wtorek, 18 listopada 2014

‘Death of a Sweep’ M.C. Beaton (“Hamish Macbeth i śmierć kominiarza”)





Milly, żona kapitana Henry’ego Davenporta, umawia kominiarza do przeczyszczenia komina w jednym z pokojów w nowo przez nich zakupionym domu w szkockim Drim. Kapitan wychodzi na długi spacer, co jest jednym z jego zwyczajów. Milly korzysta z okazji, żeby zrobić zakupy w lokalnym sklepie. Powróciwszy ze sklepu zauważa krew skapująca z wnętrza komina. Dzwoni na policję przekonana, że to biedny kominiarz miał wypadek. Wkrótce okazuje się, że to Davenport został zamordowany i wciśnięty w komin, a podejrzenie dokonania morderstwa pada na lokalnego kominiarza, Pete Ray, który zostaje znaleziony martwy na drodze wśród wrzosowisk. Sprawa wydaje się prosta – kapitan był bogaty, więc Peter go zamordował, a uciekając miał wypadek i  zginął. 

Jest jedno „ale”. A może i kilka. Po pierwsze, Pete był chudy i nie miał wystarczająco dużo sił, aby wcisnąć dużego mężczyznę w komin. Po drugie, kominiarz był uczciwym człowiekiem i ciężko uwierzyć, że mógłby kogoś okraść, a co dopiero zabić. Po trzecie, nikt oprócz niezawodnego Hamisha Mackbetha nie zwrócił uwagi na wymienione wyżej zastrzeżenia. Dociekliwy policjant sam sprawdził motocykl Pete, a ślady które znalazł jednoznacznie pokazały, że ktoś wcisnął już martwego kominiarza do pojazdu. Od tego momentu sprawa przestaje być prosta, a Hamish za punkt honoru przyjmuje sobie jej rozwiązanie.

W czasie czytania kolejnego tomu z serii o przygodach szkockiego policjanta z niedowierzaniem kręciłam głową. Czego w tej powieści nie ma! Jest czwórka dawnych przyjaciół z armii, którzy stają się głównymi podejrzanymi, ponieważ kapitan wyłudził od nich sporą ilość gotówki mamiąc złotym interesem. Jest żona, Milly, zastraszona przez dominującego męża, która po jego śmierci zaczyna żyć pełnią życia, wikła się w romans z dziennikarzem, zaręcza się z nim, po to aby od niego uciec i zaręczyć się z kolejnym macho poznanym na tropikalnym rejsie, w który się wybiera pod wpływem impulsu. Jest policjant, który pomimo tego, że wielokrotnie postępuje nierozważnie i wręcz łamie regulamin w spektakularny sposób (hej ho, ludziska bierzcie broń i zapolujmy na mordercę na pobliskich wzgórzach) to nie dość, że nie zostaje wyrzucony z policji to jeszcze każdy idzie mu na rękę ukrywając jego występki. Bardziej zachowuje się jak awanturnik-detektyw niż stróż prawa.  A na deser dostajemy żonę mordercy, która postanawia wyjechać z Brazylii, w której się ukrywa, trafia na młodego mężczyznę, który po wspólnej nocy kradnie jej pieniądze po czym ona go znajduje, śledzi, zabija, pozbywa się ciała, leci na Florydę, a tam zjada ją rekin. A jeśli jeszcze będzie Wam mało to przeczytacie również o przebierankach rodem z komedii, przyklejaniu sobie wąsów i farbowaniu włosów.  I to wszystko na 199 stronach wydrukowanych sporą czcionką. 

Czy książka ta ma jakieś plusy? Hmm… nie można jednoznacznie stwierdzić, że jest zła. Był w niej na początku jakiś zamysł, ale w miarę czytania miałam wrażenie, ze autorka zapominając o czym tak naprawdę chciałaby opowiedzieć pisała o wszystkim co jej przyszło do głowy. Za dużo tu niedorzecznych wydarzeń, fabuły, która się rozmywa przez jakieś drobne, poboczne zdarzenia, a skomasowanie fantastycznych zbiegów okoliczności i akcji rodem z amerykańskich filmów sensacyjnych woła o pomstę do nieba. Czyta się łatwo i szybko, co chyba jest jedynym „plusem”. Wystarczy powiedzieć, że kiedy w kilka dni po przeczytaniu tej książki siadłam do komputera, aby o niej napisać w głowie miałam jedno pytanie „Ale w sumie o czym to było?”. Po przeczytaniu tego tomu już z większą uwaga będę wybierać książki z tej serii. Mam nadzieję, że te wcześniejsze są na wyższym poziomie. Choć szczerze mówiąc na razie dam sobie na wstrzymanie.

Polecam zwichrowanym miłośnikom nieprawdopodobnych fabuł z tysiącem wątków pobocznych nic nie wnoszących do głównej akcji.

Pozdrawiam,

Kura Mania.

2 komentarze:

  1. Książka niestety nie dla mnie, nie przepadam za taką gmatwaniną wątków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nic nie stracisz nie czytając, naprawdę.

    OdpowiedzUsuń

Skomentuj. Daj Kurze coś do roboty!