czwartek, 18 sierpnia 2016

'Carry On' Rainbow Rowell



Simon Snow jest najpotężniejszym czarodziejem na świecie. Właśnie zaczyna ostatni rok w magicznej szkole w Watford i zamierza rozkoszować się każdą chwilą tam spędzoną. Będąc sierotą i nie mając rodzinnego domu to właśnie szkoła jest dla niego odpowiednikiem gniazda rodzinnego. Tu ma swoją najlepszą przyjaciółkę bystrą Penelopę, piękną dziewczynę Agathę, no i… znienawidzonego współlokatora, chcącego go już kilkakrotnie zabić Tyrannusa Basiltona Pitch-Grimma, czyli Baza.
Simon naprawdę chce wycisnąć co się da z ostatniego roku nauki, bo świat czarodziejów podzielony jest pomiędzy zwolennikami reform głównego maga, który jest również dyrektorem szkoły i opiekunem Simona a starszymi rodami, które niechętnie witają w swoim gronie czarodziejów o mniejszej mocy niż one same.  

 Jest też o wiele poważniejsze zagrożenie, które może spowodować zniknięcie magii na całym świecie. Jest to tak zwany Humdrum, a osobą, która ma to zniszczyć jest właśnie Simon.
Niestety, Simon jest żałosnym czarodziejem. Stara się wcale nie używać swojej różdżki, bo większość jego zaklęć kończy się źle. Magia go przepełniająca jest tak wielka, że chłopak nie jest w stanie jej kontrolować i czasem po prostu wybucha niszcząc wszystko dookoła.
Pomimo swoich niedociągnięć, Simon chce się cieszyć pobytu w Watfrod. Niestety, coś co powinno być dla niego sytuacją idealną, czyli tajemnicze zniknięcie jego współlokatora sprawia, że Simon kolejny raz wpada w obsesje na punkcie Baza próbując go znaleźć lub chociaż dowiedzieć się dlaczego ten najlepszy z uczniów odpuścił sobie szkołę.

Kiedy Baz pojawia się dwa miesiące po rozpoczęciu roku jak gdyby nic, Simon wcale się nie uspokaja.
Simon nie wie, że w ciągu kilku kolejnych miesięcy nie tylko zawrze rozejm z Bazem, ale i zbliży się do niego tak, jak jeszcze nigdy do nikogo, dowie się kim lub czym jest Humdrum i będzie musiał przeżyć śmierć jednej z najbliższych mu osób oraz stanie do najtrudniejszej walki, walki z samym sobą.
Historia Simona i Basa zaczęła się we fragmentach fan fiku pisanego przez główną bohaterkę ‘Fangirl’ Rainbow Rowell. Mimo, że czytając ‘Fangirl’ (dokładnie rok przed przeczytaniem ‘Carry On’) fragmenty te najbardziej mnie nudziły to w ‘Carry On' nie mogłam się oderwać od tej magicznej historii.
Fragmenty fan fiku denerwowały mnie, ponieważ podobieństwa do serii o Harry Potterze były tak oczywiste i dosadne, że aż irytujące. W ‘Carry On’ również widać podobieństwa do książek J. K. Rowling, ale postaci są na tyle dobrze zbudowane, że zapomina się o tym całkowicie. Sam autorka napisała, że to jej wersja historii o Wybrańcu w magicznym świecie i muszę przyznać, że to całkiem udana wersja.
Simon pomimo tego, że posiada magie najpotężniejszą w świecie czarodziei jest lekko kluskowata ciapą. Sam przyznaje, że stara się nie myślec za dużo, a jedynie robi to co jest od niego wymagane – zarówno przez Maga, jak i Penny. Ten pewien brak błyskotliwości i wiedzy nadrabia lojalnością, odwagą i dobrym sercem. Jego sidekickiem jest wspomniana Penny, która oczywiście aż skrzy od inteligencji, jest bardzo błyskotliwa i to ona właśnie jest od planowania.

Dziewczyna Simona, z którą się rozstaje już na samym początku książki jest… no cóż, nie powiem, że jest tak kompletnie niepotrzebna, bo jako postać miała swoją rolą do odegrania, ale była jednak trochę takim piątym kołem u wozu. Oczywiście, najciekawszy jest Baz – wampir i dziedzic starego rodu, piekielnie inteligentny i zabójczo perfekcyjny. Zaciekły wróg Simona. Ale czy na pewno?
Pierwsze kilkadziesiąt stron powieści troszku się dłuży, nie dzieje za wiele, ale czytelnikowi zostaje wiele rzeczy wyjaśnionych dotyczących świata przedstawionego i przeszłości Simona. Dzięki temu, że cała powieść jest podzielona na krótkie rozdziały opowiedziany z perspektywy kilku głównych bohaterów daje to ciekawą perspektywę opowiadania zdarzeń zarówno współczesnych, jak i  z przeszłości.
Ale prawdziwa akcja zaczyna się od momentu pojawienia się Baza w szkole. Kolejne następujące po sobie szybko wydarzenia utrzymują równe tempo, nie pozwalające się znudzić, ale dające też postaciom chwilę na rozmowę, przemyślenia i rozwój.

Najlepsze jednak w 'Carry On' jest sposób działania zaklęć. Magia zaklęta jest w słowach, które poprzez ich częste używanie przez zwykłych, niemagicznych ludzi nabierają mocy. Dlatego najmocniejsze są te zaklęcia związane z dziecięcymi rymowankami ukochanymi i powtarzanymi do znudzenia zarówno przez dzieci jak i rodziców, ale i zaklęta jest w piosenkach znanych na całym świecie zespołów uwielbianych przez rzesze fanów (jak np. tych zespołu Queen). Rozwiązanie to nie dość, że wydaje się nawet logiczne to jeszcze sprawia, że natykamy się na perełki zaklęciowe w postaci tekstów piosenek (choć część będzie lepiej znana ludziom z kręgów kultury anglosaskiej). Szalenie mi się to podobało.
 
Język powieści jest nie tylko bardzo przystępny (wydaje mi się, że i osoba, która nie zna języka perfekcyjnie jest w stanie książkę przeczytać i zrozumieć ) to jest tak do bólu współczesny, że aż uśmiechałam się sama do siebie momentami. No cóż, Harry raczej nie użyłby słowa „fuck” w takiej ilości, obfitości i odmianach (choć HP był skierowany jednak do trochej innej grupy docelowej).
Bardzo na plus zaliczam słodko-gorzkie zakończenie, które dużo wyjaśnia w kwestii późniejszych losów bohaterów, ale i pokazuje ile jeszcze pracy i trudności ciągle przed nimi leży.
Tak, jest to opowieść o magicznym Wybrańcu, ale jest to tez powieść o tylu więcej rzeczach. O miłości, która może wydawać się niemożliwa, ale rodzi się bez naszego świadomego udziału i, która wybiera bez względu na uzdolnienia, wygląd czy płeć. (Bardzo wierzę, że zakochujemy się w osobie, a nie w płci).  Jest to też fantasy z duchami, wampirami, dziwnymi stworami mieszkającymi od mostami i kochającymi ciepło. 
Jest to powieść tak czasem absurdalna, że się sama sobie dziwię, że tak ja pokochałam (Simon z ogonem diabła jak z kreskówki i czerwonymi skrzydłami). Jest to takie spełnienie mojego książkowego marzenia jako fan girl.
To jest bardzo przyzwoita opowieść, która wypełniona magia i całowaniem się może i nie trafi do każdego (są glosy, że w wieku 25+ jest się na nią już za starym), ale warto ją spróbować.
Polecam wszystkim miłośnikom fanfików, romansu w stylu Romea i Juli oraz wszystkim fan girls.
Pozdrawiam,
Kura Mania.

wtorek, 16 sierpnia 2016

ZBUK: ‘After you’ Jojo Moyes ("Kiedy odszedłeś")


TYSIĄC SPOJLERÓW

Kiedy czytałam ‘Me Before You’ Jojo Moyes dałam porwać się historii Lou i Willa nie zważając na pewne minusy powieści. Byłam autentycznie zaangażowana w rozterki Lou, z napięciem śledziłam dynamikę relacji między nią a Willem, a sama powieść pomimo dotykania tematu śmierci i dramatycznego zakończenia wypełniona była humorem.

Po skończeniu książki byłam pewna, że Lou wcale nie zacznie żyć życiem takim jakiego chciał dla niej Will, ponieważ były to jego marzenia, a nie jej. Zresztą pomimo tego, że kilka razy w trakcie czytania natknęłam się na zdanie o tym jaki ma w sobie potencjał Lou ja tego w niej nie widziałam. 

Dlaczego więc sięgnęłam po dalszy ciąg przygód Lou? DLACZEGO? Pewnie z tej zwykłej ciekawości, której doświadcza każdy czytelnik po skończeniu książki, która mu się podobała. Co stało się z bohaterami? Jak sobie poradzili?

Wszystko jest okej, jeśli autorka czy autor naprawdę mają pomysł na dalsze losy swoich bohaterów. Gorzej jeśli kolejna części (lub, co gorzej, części) napisane są chyba jedynie po to, by zaspokoić ciekawość fanów za wszelką cenę, za to bez ładu, składu i pomysłu na to co napisać.

Tak właśnie jest z ‘After You’. Mija kilkanaście miesięcy od śmierci Willa, w czasie, których Lou trochę podróżowała zgodnie z życzeniem mężczyzny, ale nie znalazła w tym ani radości ani satysfakcji. Bo przecież wszystko smakuje gorzej, jeśli nie ma się z kim tego dzielić. A już najgorzej smakują smutne i szare miasta odległej części Europy (czyt. Berlin). Więc Lou wraca do Wielkiej Brytanii, kupuje mieszkanie w Londynie i zaczyna pracę w pseudoirlandzkim barze na lotnisku jako kelnerka i na w pół sprzątaczka. Życie ma smutne, żałosne i nieciekawe, aż przydarza się jej wstrząsający wypadek, który zmienia jej postrzeganie rzeczywistości. 

A nie, jednak nie. Dalej jej życie jest smutne, żałosne i nieciekawe, ale teraz jeszcze musi chodzić na grupę wsparcia dla ludzi w żałobie (bo przypadkowy upadek z dachu budynku w którym mieszka przecież mógł być próbą samobójczą), a w pracy po zmianie menadżera zaczyna nosić obowiązkowy uniform, czyli kusą zieloną sukienkę i sztuczną perukę w tym samym kolorze. 

Ale, ale, przecież znów przydarza się jej cos wstrząsającego, coś co nadaje jej życiu sensu i zmienia je o 180 procent. Nagle pojawia się córka Willa, szesnastolatka, o której istnieniu rodzina Treynorów nie wiedziała.

Tylko, że i to nic nie zmienia.

Choć jest jeszcze przystojny para medyk Sam z zacięciem do budowania i hodowli kur.

Ale to też nic nie zmienia.

I Nathan, pielęgniarz pomagający Williamowi, odzywa się z Nowego Jorku i poleca Lou  swoim zamożnym pracodawcom jako osobę do pomocy w rodzinie bogatych polskich imigrantów (czy tam drugiego pokolenia) i Lou dostaje tą pracę, ale jednak odmawia.

I nic się nie zmienia.

Choć przecież para medyk zostaje postrzelony i nagle Lou zdaje sobie sprawę, że tak, mój Ci on, to ten jedyny.

Tylko, że to też nic nie zmienia, bo wszyscy mówią Lou jaka to wielka szansa dla niej zacząć pracę w Nowym Jorku, więc musi tam lecieć i złapać byka za rogi.

Więc Lou stwierdza, że nie miała racji uważając, że powinna zostać z paramedykiem, bo w sumie to naprawdę chce jechać do Nowego Jorku i zawsze tak czuła, ale teraz strasznie się czuje zostawiając swojego nowego chłopaka, ale i tak leci.

Koniec. Fanfary. Lou zaczyna wreszcie żyć prawdziwym życiem.

Czterysta stron opowiadających o niczym, bo nic co się na kartach tej powieści wydarza nie jest znaczące. Co z tego, że pojawia się Lily, niepokorna nastolatka, której bunt zrodził się z traumatycznego przeżycia, jeśli jej pojawienie się nie zmienia Lou w żaden sposób? 

Jeśli już jesteśmy przy Lily. Przez to co zrobiła na jednej z imprez jest teraz szantażowana przez pewnego chłopaka. Wydarzenie to zostaje przyrównane do gwałtu, który przeżyła Lou w labiryncie co jest dla mnie kompletnym nieporozumieniem. Wcale nie miałam ochoty tulać Lily i mówić jej, że nie jest winna. Miałam ochotę za to powiedzieć jej, że popełniła błąd i tak, wszyscy je popełniamy, ale trzeba zacząć myśleć, bo nie jest już małym dzieckiem. Ale nie, Lily to ciągle dziecko i żadnej nie ma  w tym winy, że zgodziła się na seks z nowo poznanym chłopakiem, bo chciała być taka fajna. Peszek, że zrobił wtedy jej zdjęcie.

Związek Lou z przystojnym paramedykiem, Samem, również nic nie wnosi. Lou zachowuje się strasznie egoistycznie w stosunku do Sama na zmianę uprawiając z nim seks i zarzucając go swoimi przemyśleniami i uczuciami związanym z Willem. Nie widać między nimi żadnej chemii, żadnych głębszych uczuć. Nawet nagły zryw Lou, która odkrywa jak bardzo ważny dla niej jest mężczyzna  wydaje się sztuczny i naciągany. Zresztą sam Sam jest też bez głębi. Taki stereotypowy silny mężczyzną z romantyczną stroną osobowości.

Nawet podły Richard, menadżer Lou, okazuje się być jedynie zestresowanym pracownikiem od którego wymaga się zbyt dużo i dlatego zachowuje się jak kompletny dupek i źle traktuje swoich podwładnych. To przecież zrozumiałe.

Ale, ale, przecież to wszystko jest za mało! Jeszcze musi być wątek o rodzinie Lou, który jest tak tragicznie stereotypowy i po prostu zły, że aż czerwienię się ze wstydu za autorkę. Albowiem matka Lou, po latach zajmowania się domem i rodziną, sprzątania, prania i gotowania, odkryła, że jej coś więcej niż dom. I stała się feministką. A co robi kobieta, która przemienia się w feministkę? Przestaje golić nogi i pachy. I to właśnie staje się tą pierwszą ością niezgody pomiędzy matką a ojcem Louise. Później dochodzi jeszcze sprawa obiadu w niedzielę  (zamiast czegoś w typie tradycyjnego roast dinner jest zupa!), a kroplą przechylającą czarę niezgody jest kupne ciasto czekoladowe na urodziny dziadka. No, ale kobieta ma prawo przecież do własnych zajęć i hobby, nawet jeśli wydaje się przy tym wszystkim nieszczęśliwa (więc może lepiej gólmy nogi i zajmujmy się domami?). A mężczyzna, ten, co to nawet nie wie, gdzie co leży w jego własnym domu, choć mieszka tam z trzydzieści nie przymierzając lat i ma nierealistyczne fantazje rodem z lat pięćdziesiątym co do roli kobiety, okazuje się jednak tym dobrym i poczciwym, tym, który dla ukochanej kobiety nawet nogi ogoli pokazując jej, że tak, rozumie ten ból, że wcale owa kobieta golić się nie musi tylko niech wraca do domu.

Cyrk, panie, cyrk na kółkach.

Jest to powieść zła, źle napisana, nieprzemyślana, przyprawiająca o depresję, ciężka, bez krztyny humoru z samolubną, nie liczącą się z uczuciami innych bohaterką i stadem  stereotypowych bohaterów drugoplanowych nic nie wnoszących do fabuły.  

Jest to powieść, której mogłoby nie być, bo Lou wcale się podczas tych wszystkich przeróżnych doświadczeń nie zmienia. Okazuje się, że nagromadzenie wydarzeń wcale nie robi powieści. Autorka oczywiście chce, żebyśmy tą zmianę zobaczyli, ale jej nie ma. Tak jak w pierwszej części została Lou wypchnięta w świat przez Willa, tak w drugiej wypycha ją w świat zarówno rodzina jak i Sam. 

Acha, a tym cudownym światem jest Nowy Jork, który jest przecież o tyle lepszy niż Londyn, bo ma oferuje lepsze perspektywy, lepszych ludzi, lepszą pracę i w ogóle. W pewnym momencie zastanowiłam się czy ja aby nie czytam o głodującej irlandzkiej rodzinie pod koniec XIX w.

Jest to powieść pokazująca co się stanie jak napisze się książkę bez solidnej podstawy, dobrego na nią pomysłu.

Czterysta stron niczego. 

That’s it, I’m done.

Nie polecam nikomu.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Kurczę Czytane: „Wakacje Fryderyka” Walter R. Brooks, il. Kurt Wiese




Lato się kończy, wieczorem i rankiem czuć chłód w powietrzu co zwiastuje nadchodzącą nieubłaganie jesień. Zaraz zaczniemy zakładać grubsze swetry, kurtki, czapki i szaliki.

Co jednak mają zrobić zwierzęta na jesień i w czasie zimy? Niektóre z nich mają co prawda grubsze futra, a część mieszka przecież w stodołach czy kurnikach. Jednak zimniejszy okres jest bardzo dla nich nieprzyjemny, szczególnie jeśli tak jak w przypadku znajomych prosiaczka Fryderyka (i jego samego) gospodarz nie jest zbytnio bogaty i nie ma pieniędzy na potrzebne naprawy zabudowań gospodarskich.

Jest jednak pewien sposób na zimno – wakacje w ciepłych  krajach!
To właśnie wymyślił kogut Karol i razem z wybranymi zwierzętami postanowił pomysł wcielić w życie.

Cóż to była za podróż! Pełna przygód,  czasem bardzo niebezpiecznych i mrożących krew w żyłach, nowych widoków, maszerowania wielu kilometrów dziennie, ale też i pełna nowych przyjaciół, śmiesznych zdarzeń i opromieniona słońcem. No i niecodziennie spotyka się prezydenta Stanów Zjednoczonych!

Uroczy bohaterowie „Wakacji Fryderyka” podbili nasze serca w trakcie swojej podróży na Florydę. Mimo, że prosiaczek jest bohaterem tytułowym nie zajmuje on czołowej roli w powieści. Jest co prawda bardzo zażywnym, pełnym wigoru i mądrym zwierzęciem, ale każde z wędrujących zwierząt miało swoje miejsce w książce – od malutkiego małżeństwa pająków państwa Web  i myszy poprzez kaczki Alicję i Emmę, parę kogutów Karola i Henrietty, psów Dżeka i Roberta, kota Jinxa do krowy pani Wandy i konia Hanka
Moim ulubionych bohaterem został kot Jinx, zapatrzony w siebie, lekko zarozumiały kocur, którego pycha została nieźle ukarana.

Koty rzadko składają obietnice, jednak jeżeli już do czegoś się zobowiążą, można na nich polegać. Słowo kota jest niezawodne jak koci skok.

Wszystkie koty doskonale potrafią wiązać węzły. Nawet najgłupszy kociak umie w ciągu dwóch minut zawiązać czterdzieści supłów na włóczce rozwiniętej z kłębka. Jeżeli nie wierzycie, spytajcie swoja babcię.

Wszystkie zwierzęta mają tak różne charaktery, że powieść nigdy nie nudzi, bo przecież każdy zachowuje się w różnych sytuacjach inaczej. Jednak to co ich łączy, oprócz pragnienia przygody, jest silne poczucie sprawiedliwości i chęć niesienia pomocy. Pomimo tego, że narzekają czasem na swojego gospodarza, pana Bean, to wiedzą dobrze, że nie jest on w stanie im zapewnić takich wygód jakich by chciał ze względów finansowych. I nawet trochę za nim tęsknią.

Świetna lektura, nawet dla młodszego dziecka, napisana prostym, przystępnym językiem.  Zwierzęta są przeurocze, ich przygody bardzo zabawne , czasem niebezpieczne (wtedy trzeba czytać szybko, szybko, a słuchać  z zapartym tchem), a dodatkowym smaczkiem są świetne ilustracje Kurta Wiese. A wszystko to opromienione takim lekko rustykalnym urokiem i pełne ciepła.

Pozdrawiam,
Mała Mimi i kura Mania.

Książka została przetłumaczona przez Stanisława Kroszczyńskiego, a wydana nakładem Wydawnictwa Jaguar. W serii są tez inne pozycje o Fryderyku, więc chętnie się z nimi zapoznamy.

M.

wtorek, 9 sierpnia 2016

'The Astronaut Wives Club' Lily Koppel




W 1959 roku przez NASA zostało wybranych siedmiu mężczyzn, którzy mając doświadczenie głównie wojskowych pilotów miało zostać pierwszymi astronautami. Zimna Wojna trwała w najlepsze, a USA przegrywało w „kosmicznym” wyścigu ze Związkiem Radzieckim. Amerykański rząd postanowił nie tylko nadgonić opóźnienia, ale i prześcignąć wrogi kraj. Ci pierwsi Amerykanie w kosmosie stali się prawdziwymi gwiazdami patriotycznych i do bólu amerykańskich obywateli zyskując status ikon i cele brytów. Niczym gwiazdy rocka rozbijali się sportowymi autami, bywali u najznamienitszych osobistości, jednocześnie konkurując między sobą w konkursie na największego macho. NASA pozwało im na tyle na ile nie wpływało to na ich zdolności czy zdrowie, kontrolując jednak sygnał jaki ich zachowanie i postawa wysyłały światu.

A jedną z kluczowych kwestii w wizerunku tych idealnych Amerykanów było życie rodzinne. Kochająca żona, stojąca murem za swoim mężczyzną, która prowadziła dom, gotowała pożywne obiady i wychowywała dzieci była warunkiem nie podlegającym dyskusji. I tak jak NASA przymykało oko na kochanki astronautów dopóki wiadomość o nich nie przedostawała się do opinii publicznej tak agencja kontrolowała życie ich żon narzucając nawet takie banalne rzeczy jak pastelowy kolor ich sukienek.
O ile na początku utrzymywanie fasady idealnej amerykańskiej żony walczącej na kosmicznym froncie za pomocą łyżki w kuchni było częścią ekscytującej przygody i  szansą, również finansową, na lepsze życie to z biegiem lat ciągłe pozostawanie pod obstrzałem reporterów i fotografów odcisnęło piętno na żonach astronautów. 

Siłą ujednolicane w prasie, która przedstawiała wybielony i często nieprawdziwy ich obraz, kobiety balansowały na krawędzi. Z jednej strony żyły w idealnym świecie lat pięćdziesiątych, gdzie jedyną ambicją kobiety było wspieranie męża i zajmowanie się domem i to z uśmiechem na ustach i w idealnym stroju i fryzurze. Z drugiej jednak strony, taki tryb życia w końcu nie do końca odpowiadający prawdziwemu życiu z jego trudnościami i gorszymi dniami powodował ciągłe napięcie, któremu nie można było dać ujścia. Kobiety tamtych lat nie skarżyły się, nie zwierzały się sobie ze wszystkiego, a wątpliwościami nie można było podzielić się z mężem, ponieważ w domu miał on odpoczywać psychicznie od wymagającej pracy w trakcie tygodnia.

To również utrudniało ich sytuację. Ciągła nieobecność męża, który przechodził różnorakie treningi w bazie NASA, wzięcie odpowiedzialności za całokształt życia rodzinnego plus obawa o życie partnera, jak i pewne podejrzenia co do jego wierności były kolejnym obciążeniem dla kobiet. 

Z biegiem czasu większości z nich spadły łuski z oczu, a american dream stał się uciążliwą harówką, w której nie było miejsca na indywidualność, własne potrzeby, normalne życie rodzinne. Jedyną pomocą były przyjaźnie zawierane wewnątrz kolejnych grup żon astronautów, bo z biegiem czasu program kosmicznego podboju nabierał rozmachu po to, by ostatecznie na początku lat siedemdziesiątych z racji ogromnych kosztów i niezadowolenia społecznego zostać przerwanym.

Żony astronautów mogły liczyć na siebie w ciężkich chwilach. Zawsze znalazł się ktoś kto przyniósł jedzenie, skosił trawnik, zajął się dziećmi, przygotował drinka. Nie były same, ale ich przyjaźń była jednak osnuta pewnym niedopowiedzeniem, rzeczami o których po prostu nie mówiono tak jak lęk o życie męża, który był tabu.

Lily Koppel znalazła fantastyczny temat na książkę. Wspominając o ich sławnych mężach jedynie wtedy, kiedy to było konieczne, autorka skupiła się na opisaniu trudnego życia kobiet na świeczniku, wyrwanych z biednych i przeciętnych żyć wojskowych żon i podniesionych na sam szczyt publicznego zainteresowania, które z baz wojskowych rozsianych po całym świecie zaczęły bywać u Jackie Kennedy.

Niestety, pomimo świetnego tematu i wielu ciekawostek książka rozczarowała mnie z trzech powodów.

Pierwszym jest nagromadzenie bohaterów. Pod koniec kosmicznego programu NASA żon astronautów było około pięćdziesięciu. Oczywiście, autorka nie wspomina o nich wszystkich, ale zaczyna od siedmiu i już na początku przy tak wielkim nagromadzeniu imion i nazwisk można się pogubić. Dodając sylwetki kolejnych kobiet robi się lekki chaos, w którym żadna z historii nie zostaje opowiedziana porządnie. W pewnym momencie już kompletnie się pogubiłam kto jest kim, rozróżniając jedynie garstkę nazwisk. 

Drugą sprawą jest to, że pomimo  arcyciekawego (przynajmniej dla mnie) tematu książka jest najzwyczajniej… nudna. Koppel żmudnie wymienia kolejne nazwiska, pochodzenie kobiet, wydarzenia następują jedne po sobie bez barwy i polotu. Dowiadujemy się co żony nosiły, gdzie kupowały ubrania, jak budowały domy, w jakim stylu je urządzały i jakim ekstrawaganckim rozrywkom oddawali się ich mężowie. Wszystko to jest bardzo ciekawe jeśli ktoś lubi podręczniki. Nie pomaga nawet luzacki język, którym pisze autorka, pełen kolokwializmów i metafor, które pewnie miały być takim mrugnięciem do czytelnika. Jednakże z pustego nawet Salomon nie naleje, a taki język nie nadał książce ani lekkości, ani nie sprawił, że kibicowałam bohaterkom. A naprawdę przeżywały one straszne rozterki i można by jakoś lepiej oddać cały tragiczny dramatyzm ich sytuacji. Koppel jednak sprawiła, że odczuwałam straszny dystans. Takie mdłe ciepełko, ani ziębi, ani grzeje.

Po trzecie zauważyłam pewną niekonsekwencję autorki dotyczącą przyjaźni kobiet. Raz pisała, że dzieliły się one swoimi wątpliwościami, potrafiły przepłakać w kuchni cały dzień na wieść o niepowodzeniu męża, stanowiły taki wspólny front wobec świata zewnętrznego. Kilka stron później przyjaźń kobiet wydawała się bardziej na pokaz, fałszywa, czy może była to raczej pewnego rodzaju solidarność powstała na skutek podobnych przeżyć. Warto było obrać jeden kierunek zamiast w tak zdecydowany sposób opisywać uczucia łączące żony astronautów po to jedynie by chwile później kompletnie zmieniać zdanie. Szczególnie pod koniec autorka wzięła się na taki bardziej doniosły ton, który nagle sprawił, że bohaterki stały się grupą przyjaciółek przeżywających wspólnie swoje wzloty i upadki.

Nie jest to zła książka. Świetnie odmalowała realia ówczesnych czasów, jak i zarysowała temat absolutnie dla mnie fascynujący. Szkoda jednak, że koniec końców pozostał on jednak nie tylko niewyczerpany, ale i lekko zmarnowany.

Polecam jednak wszystkim miłośnikom kosmicznych wojaży, bo książka ta pokaże im zupełnie inną perspektywę oraz tym, którzy kochają zarówno lata pięćdziesiąte, jak i sześćdziesiąte. 

Pozdrawiam,
Kura Mania.

PS. Został też nakręcony serial na ten sam temat, który zamierzam w tym roku nadrobić. Koniecznie.

M.