Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lutego 2016

Kurczę Czytane: 'Jack Frost' Kazuno Kohara




Był sobie chłopiec, który mieszkał w chacie w lesie. Zimą był bardzo samotny, ponieważ wszyscy jego przyjaciele spali. Jednak pewnego dnia zobaczył na oknach piękne kształty. Okazało się, że na dworze stała dziwna biała postać, która pokrywała dom chłopca lodem i mrozem. Przedstawił się jako Jack Frost, a potem czmychnął do lasu. Zaciekawiony chłopiec pobiegł za nim i szybko okazało się, że sa idealnymi towarzyszami zabaw. Jack Frost powiedział chłopcu, że może z nim zostać tak długo jak długo ten powstrzyma się od wspominania przy nim ciepłych rzeczy. Wszystko szło dobrze, ale pewnego dnia chłopiec zobaczył małego przebiśnieg.  Kiedy wskazał go swojemu mroźnemu przyjacielowi jego już nie było! Po Jacku Froście został jedynie szept „Do zobaczenia kolejnej zimy!”.



Sympatyczna zimowa opowieść z elementem mroźnej magii oraz pierwiastkiem przygodowym. Nie jest to opowieść szczególnie zapadająca w pamięć, ale świetnie wpisuje się w zimowego ducha. Szczególnie przypadł mi do gustu chłopiec, który poradził sobie doskonale z droczącym się z nim Jackiem Frostem swoją zaradnością zdobywając uznanie i przyjaźń lodowego duszka (?).

Również ilustracje nawiązujące kolorystyką do zimy (biały, srebrny i niebieski) przypominają wycinane z papieru śnieżynki. Jest ładnie i elegancko, a w dodatku okładka ma błyszczące elementy.

Na plus trzeba też zaliczyć, że poznałyśmy mnóstwo książeczek nawiązujących czy to do zimy czy to bardziej szczegółowo do Bożego Narodzenia, ale żadnej o Jacku Froście. Więc jest nie tylko ładnie, ale i oryginalnie.



Kazuno Kohara jest autorką kilku picture booków i już od dłuższego czasu mam chętkę na ‘The Midnight Library’, ale jakoś nie było nam po drodze. Kohara jest Japonką, ale mieszka w Wielkiej Brytanii.

Pozdrawiamy,
Mała Mimi i Kura Mania.

niedziela, 31 stycznia 2016

Kurczę Czytane: „Yeti” Eva Susso & Benjamin Chaud




Nareszcie przyszła zima! Uno i Mati wybiegają na dwór pozjeżdżać z górek na deskach. Tata chłopców zostaje w domu, żeby usmażyć naleśniki na obiad. Chłopcy świetnie się bawią, ale w pewnym momencie zdają sobie sprawę, że zgubili się wśród zaśnieżonych drzew. Jak wrócić do domu? Nagle widzą jakąś wielką postać wśród drzew – to yeti! Na całe szczęście to całkiem miły stwór, który łapie chłopaków pod pachy i zanosi ich do swojej pieczary w stoku góry. Tam okazuje się, że swój przytulny dom dzieli on z jeszcze starszym yeti, który zajmuje się rzeźbieniem drewnianych sówek. Po posiłku (zupie szyszkowo - jagodowej) i odpoczynku yeti odprowadza chłopców do domu. Uno i Mati nie chcą zdradzać tacie co im się przytrafiło, ale okazuje się, że i tata ma swoją drewnianą sowę na półce!

„Yeti” zamówiłam Mimi pod Choinkę, bo w końcu to taka zimowa lektura jest. Od razu przypadła nam do gustu. Mimi podobała się trzymająca w napięciu (przynajmniej dla trzylatki) historia spotkania chłopca z yeti. Przy ostatniej ilustracji w mig skojarzyła, jeszcze za nim jej przeczytałam odpowiedni fragment, że i tata chłopców kiedyś spotkał Yeti (sowa!). Co prawda Mimi pytała, gdzie jest mama i sam fakt, że to tata przygotowuje obiad bardzo ją rozśmieszył (co chyba nie świadczy dobrze o poziomie równouprawnienia u nas w domu).

Moje serce podbiły cudnej urody ilustracje, bo jak mają mi się nie podobać jak ilustratorem jest twórca ukochanego przez wszystkich Pomelo! Mnogość obrazków nie przeszkadza jednak w odbiorze, bo wszystko jest bardzo przejrzyste.

Proste zdania, nieskomplikowana historia, ale opowiedziana z humorem, pełna ciepła i sympatyczności. Książka idealna dla dzieci 3+, bo pewnie i starszaki chętnie poznają Yeti.

Wracamy do tej historii prawie codziennie. Nie ma tu jakiejś większej filozofii, ale jest przednia zabawa, zwierzątka wychylające zza drzew, które można odszukiwać wciąż na nowo, niespotykane postaci (yeti i jego dziadek), szama w pieczarze i naleśniki! W ogóle to naleśniki to podejrzanie częsty motyw w literaturze dziecięcej – ostatnio natrafiłyśmy na nie przy czytaniu i Muminków i Pippi. Niedługo w Anglii jest Pancake Day – przypadek?

Acha, a tak na początku to Mimi bała się yeti, bo podobno „moldy mają stlasne”, ale teraz się do tego nie przyznaje. 

Yecik, plecik, fircybecik,
Mała Mimi i kura Mania.


Eva Susso i Benjamin Chaud to autorzy książek takich jak ‘Binta tańczy”, „Lalo gra na bębnie” i „Babo chce” jak głosi tekst z tyłu okładki. Niestety, nie miałyśmy szansy zapoznać się z tymi pozycjami, choc po „Yeti” coś czuję, że to wielka szkoda jest. Może nadrobimy.

sobota, 2 stycznia 2016

Kurcze Czytane: ‘Extra Yarn’ Mac Barnett & Jon Klassen




Annabelle mieszka w mieście, w którym jedynymi kolorami jest biel śniegu pokrywającego wszystko oraz czerń osadu z kominów ogrzewających domy mieszkańców. Wszystko się zmienia, kiedy dziewczynka znajduje pudełko wypełnione różnokolorową włóczką. 

Najpierw zrobiła sobie na drutach sweter. Jednak kiedy skończyła okazało się, że w pudełku zostało jeszcze trochę włóczki. Zrobiła więc sweterek dla swojego pieska o imieniu Mars. Znów jednak zostało trochę włóczki. No to zrobiła sweter swojemu zazdrosnemu koledze i jego psu. Nie wyczerpało to jednak zasobów dziwnego pudełka. Nawet kiedy zrobiła swetry dla wszystkich swoich szkolnych kolegów, nauczyciela, rodziców i innych mieszkańców miasteczka. Nawet kiedy zrobiła swetry dla wszystkich zwierząt oraz dla rzeczy, które nawet nie nosiły swetrów (tak jak domy i drzewa). Zrobiła swetry dla wszystkich i wszystkiego oprócz pana Crabtree, któremu w samych szortach potrafi stać na luziku w śniegu (ale coś i tak dostał od Annabelle). 

Dzięki dziewczynce i jej magicznemu pudełku z włóczką zmieniło się nie tylko miasteczko, w którym mieszkała. Ludzie zaczęli przyjeżdżać z daleka, aby zobaczyć te wszystkie swetry i na chwilę rozmowy z niezwykłą Annabelle, która potrafi dodać koloru nawet najbardziej szaremu z żyć.
O tym darze dowiedział się sam arcyksiążę. Zażądał od Annabelle pudełka z włóczką. Ta jednak odmówiła nawet, kiedy zaoferował jej dziesięć milionów funtów. Arcyksiążę przyjął odmowę źle i wykradł pudełko z włóczką dziewczynce pod osłoną nocy rękami zbójców. Co się jednak okazało, kiedy wredny arystokrata dostał upragnione pudełko? 

Ha, nie powiem! Jednak ta historia pokazuje, że dobro zostaje nagrodzone, a zło, no cóż, będzie się kisić w swoim paskudnym sosie w samotności.

Jest to piękna historia o tym jak troszkę magii i mnóstwo dobrych intencji potrafi wpłynąć na życie wielu ludzi i zmienić je na lepsze. No i jaką moc niesienia ciepła ma włóczka i para drutów.
Pięknie zilustrowana opowieść rozgrzewa serce. Proste ilustracje współgrają z treścią. Bardzo fajnie pokazane jest jak to całe owłóczkowanie łączy ze sobą ludzi i ich otoczenie. Bo Annabelle kończąc jeden sweter, a zaczynając drugi nie odcina włóczki, a po prostu zaczyna kolejny. I tak od jednego włóczkowego wytworu do drugiego prowadzi cienka nić łączący mieszkańców miasta, które nabiera coraz więcej koloru.
Annabelle mnie urzekła. Jest spokojną osóbką  robiącą z niezachwianą pewnością siebie to co najlepiej jej wychodzi. Choć muszę przyznać, że i pan Crabtree skradł moje serce. Ach, te blade nogi w śniegu!
Pomimo tego, że mała Mimi nie była szczególnie zachwycona opowieścią wciąż nie oddaję jej do biblioteki. Rozgrzewa moje serce i na pewno rozgrzeje też małe serce Mimi, kiedy ta podrośnie i lepiej zrozumie całą historię. Na razie bierze ją bardzo dosłownie, więc tyłeczka jej nie urywa. 

Mam jedno tylko zastrzeżenie. Cały ten fragment poświęcony arcyksięciu wypada nieco sztucznie. Nie wiem, czy tak naprawdę ta historia potrzebowała, aż takiego zwrotu w akcji. 

Pozdrawiamy ciepło,
Mała Mimi i Kura Mania.





niedziela, 13 grudnia 2015

Kurczę czytane: ‘The Snowman’ Raymond Briggs



tło jest zielone...

Co robią dzieci, kiedy budzą się rano, a na dworze wszystko przykryte jest ciągle padającym białym puchem? Pewnie jeśli to rodzeństwo lub przyjaciele to rzucają się śnieżkami. A jeśli jest to chłopiec, który mieszka tylko z rodzicami? Lepi bałwana, oczywiście. Ulepienie porządnego bałwana z mandarynkowym nosem, oczami i guzikami z węgla oraz czapką i szalikiem zajmuje sporo czasu. Chłopcu zajęło to cały dzień. Po tak wyczerpującym dniu szybko zasypia, ale coś jednak budzi go w środku nocy. Tknięty jakimś przeczuciem wybiega na dwór, a tam okazuje się, że bałwan ożył! Z uprzejmym uchyleniem kapelusza wita się z chłopcem, a ten zaprasza go do domu. Bałwana wszystko interesuje – jak działa lampa, kuchenka, lodówka. Idą do pokoju rodziców, a potem pobawić się zabawkami. W ramach rewanżu bałwan zaprasza chłopca w magiczna podróż – lecą ciemną nocą wśród śniegowej zawieruchy. Przy pierwszych brzaskach słońca wracają do domu – bałwan na swoje miejsce na zaśnieżonym trawniku, a chłopiec do łóżka złapać kilka godzin snu. 

‘The Snowman’ Raymonda Briggsa od momentu pierwszej publikacji w roku 1978 nie wyszedł z druku. Oprócz klasycznej wersji książki, są wersje z klapkami, pop-upowe, primery. Historia została zekranizowana, a w Stanach nawet nominowana do Oscara. Jest też musical i przedstawienia teatralne. Nie mówiąc już o mnóstwie gadżetów z pluszowym bałwankiem na czele. Jest też nowa część ‘The Snowman and the Snowdog’. W czym tkwi siła tej opowieści? 

nie ma to jak kąpiel w zamrażarce
Myślę, że w tym, że jest to w sumie bardzo prosta historia o spełnieniu jednego z podstawowych marzeń dzieciństwa – o zabawce, która ożywa. W tym przypadku jest to śniegowy bałwan, ale co to za różnica? Dziecko przeżywa wspaniałe przygody ze swoim przyjacielem w świecie pełnym magii i niedostępnym dla dorosłych.
Dodatkowym atutem jest fakt, że jest to opowieść stricte obrazkowa bez jednego słowa co daje dużo możliwości do interpretacji i dostosowania poziomu skomplikowania historii do wieku czytelnika. No i oczywiście, taki mały czytelnik może sam „czytać” książkę czy to samemu sobie czy mamie, tacie lub rodzeństwu. Fajna opcja, z której bardzo często korzysta mała Mimi.
No i sam zimowy temat świetnie współgra z okresem świątecznym. Choć pewnie moje dziecko śnieg będzie znało jedynie z książek i filmów, bo szału w Anglii z zimą nie ma. Ale bałwanek jest tak uroczy i sympatyczny, że troszkę nam rekompensuje brak zimowej aury.

Mimi stwierdziła, że to dom Alladyna
Staroświeckie rysunki jakby zrobione kredkami ołówkowymi (może i tak było) mają sporo uroku i przypadły do gustu zarówno mi jak i Mimi. Ilustracje są takie lekko rozmazane, bez ostrych konturów i jaskrawych kolorów co nadaje im atmosferę jak ze snu (a może to był jedynie sen?). No i w tej wersji okładka jest cudnie brokatowa i świetnie to wygląda.

W ogóle miałyśmy szczęście, że udało nam się wypożyczyć te książkę z biblioteki, bo w okresie świąteczno-zimowym jest nie do dostania. Na początku myślałam, że mała Mimi nie zachwyci się opowieścią jednej nocy chłopca i bałwanka, ale myliłam się zupełnie. Mimi zachwycona, książki oddać nie chce i żałuję, że tak późno ja poznałyśmy (w zeszłym roku jedynie ja przekartkowałam, nie wiem czemu), bo bym jej zamówiła własny egzemplarz pod Choinkę. A tak to będzie w styczniu. 

Taki zimowy must have do biblioteczki małej Mimi.

Pozdrawiamy,
Mała Mimi i Kura Mania.

PS. Zdjęcia nie oddają uroku ilustracji, bo robię je kartoflem. Na żywo wcale, ale to wcale, nie są niebieskie.

M.

sobota, 1 sierpnia 2015

Zbrodnia w Kurniku: „Kot, który tropił złodzieja” Lilian Jackson Braun



[żródło: merlin.pl]


Seria o „Kocie, który…” już dawno podbiła moje serce. Książki czytam w kolejności zupełnie przypadkowej, ale nie przeszkadza to w poznawaniu przygód dziennikarza i spadkobiercy fortuny Qwillerana oraz jego dwóch niezwykłych syjamskich kotów, czyli uroczej Yum Yum oraz wyrafinowanego i niezwykłego inteligentnego Koko. 

W tym tomie przygód, który rozgrywa się w trakcie zimy, przez Pickax przejdzie fala drobnych kradzieży. Okulary przeciwsłoneczne, kożuszek, inne drobiazgi. Wszystkie te rzeczy, jedne bardziej drugie mniej cenne, giną mieszkańcom tego niewielkiego miasteczka. Jednak nie tylko tym żyje lokalna społeczność. Nowy bankier z młodą, swobodnie się zachowującą żoną oraz niezwykle uzdolnionym architektonicznie kuzynem również wprowadzą wiele zamętu. Szczególnie, kiedy zabójstwo w Detroit wspomnianego bankiera nie będzie jedyną śmiercią mieszkańca Pickax. Dodatkowym zmartwieniem są roztopy, które zagrażają pierwszej edycji Festiwalu Lodowego mającego być wielkim lokalnym wydarzeniem. A w tym wszystkim znajdzie się nie tylko Qwill z jego niezwykłym wąsem, ale i Koko, który od początku wyczuwa w tym wszystkim jakiś fałsz.
 
Jak zwykle była to lektura lekka, niezobowiązująca i bardzo w stylu innych kryminalików z serii. Niestety, nie jest to lektura najwyższych lotów o czym świadczy fakt, że już po pierwszych kilkudziesięciu stronach domyśliłam się zakończenia intrygi. Również ciągłe powtórzenia opisów czy to miejsc, czy bohaterów, lekko nużą. Autorka zamiast jedynie wspomnieć o postaciach, które przewijają się przez całą serię, za każdym razem powtarza ich charakterystyczne cechy, a naprawdę nie jest to potrzebne, bo ciężko zapomnieć o danej postaci jeśli pojawia się ona kilka razy na przestrzeni dwustu kilkudziesięciu stron.
Dodatkowym minusem jest tragiczne tłumaczenie, ale to już nie wina autorki.

Mając w pamięci wszystkie minusy serii „Kot, który…” i tak wracam do tych kryminalików z chęcią i zagłębiam się w kolejne opowieści z ulgą, tak jak po długim dniu z przyjemnością zakładam kapcie. Znane postaci, niezaskakujące historie i bardzo sympatyczna atmosfera Pickax, w którym każdy wie wszystko o każdym, sprawiają, że zawsze wracam do tych powieści w chwilach czytelniczej niemocy i kryzysu.
No i te wszystkie koty! Nie tylko para należąca do Qwillerana (zresztą kto do kogo tutaj należy?), ale i te wszystkie koty sąsiadów, mieszkańców miasteczka i okolic, pracowników gazety „Moose Cunty coś tam coś tam”! Jestem wielką miłośniczką kotów i dużo przyjemności daje mi czytanie o tych wszystkich charakternych zwierzakach.

Polecam wszystkim potrzebującym chwili oddechu, przerwy w trudnej lekturze, miłośnikom kotów i dobrego jedzenia oraz tym ciekawym jak imię kota wpływa na jego osobowość.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

PS. Książki Lilian Jackson Braun przypominają mi trochę westerny Karola Maya, gdzie co druga osoba spotkana na Dzikim Zachodzie pochodzi z Niemiec. W serii "Kot, który..." to nie Niemcy, ale ludzie o szkockim pochodzeniu zasiedlają Pickax i okolice.

M.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.