czwartek, 15 stycznia 2015

'I Capture the Castle' Dodie Smith ("Zdobywam zamek")



Dodie Smith w Polsce do niedawna mogłaby być znana jedynie jako autorka “101 dalmatyńczyków”. Na całe szczęście niedawno została wydana jej najsłynniejsza powieść, która znalazła swoje miejsce w kanonie literatury angielskiej i na wielu listach typu The Big Read, o tytule „Zdobywając zamek”.

Jest to opowieść o nietypowej rodzinie mieszkającej w nietypowym miejscu.  Ojciec, znany autor głośnej w swoim czasie książki, oczarowany ruinami zamku „odkrytego” zupełnie przypadkowo na angielskiej prowincji wynajął go od właściciela na czterdzieści lat. W momencie podpisywania umowy rodzina Mortmain była całkiem dobrze usytuowana i stać ich było zarówno na remont mieszkania w ocalałej części zamku jak i na dostatnie życie. Niestety, od tamtego czasu minęło już dwanaście lat. Żona Mortmaina umarła zostawiając trójkę małych dzieci. On sam po kilku latach związał się z modelką o oryginalnej urodzie i nietypowym imieniu – Topaz, która pozuje od czasu do czasu znanym malarzom w Londynie. 

Mortmain jednak zupełnie popadł w apatię – nie napisał ani słowa od czasu wydania ‘Jacob Wrestling’,  a dnie spędzał samotnie na czytaniu kryminałów. Z tego powodu rodzina popadła w skrajne ubóstwo. Młodsza siostra Cassandra musiała zrezygnować z dalszego kształcenia po wygaśnięciu stypendium. Starsza, Rose, rzadko kiedy się uśmiechała, zgorzkniała i cyniczna, i tak zdesperowana, że postanowiła wyjść za mąż za pierwszego lepszego bogatego mężczyznę. Młodszy brat, Thomas, jedynie dzięki stypendium i pomocy miejscowego wikarego mógł uczęszczać do szkoły. Jest jeszcze Stephen, syn dawnej gospodyni, i to dzięki niemu i jego zarobkom oraz nieustannej pomocy, rodzina Mortmainów miała co do garnka włożyć.

Książka napisana jest z perspektyw Cassandry, która w dzienniku postanowiła zapisywać swoje przeżycia i spostrzeżenia, aby ćwiczyć warsztat pisarski. Początkowo nie ma w nim za wiele ciekawego, siedemnastolatka opisuje po trochu swoją rodzinę i to jak przedziwny splot wydarzeń sprawił, że znaleźli się w obecnej, nieciekawej sytuacji. Romantyzm mieszkania w zamku romantyzmem, ale ciężko go docenić, kiedy na obiad jest chleb z margaryną. Jednak  spokojną, troszkę nudną codzienność przerywa pojawienie się dwóch amerykanów – braci, z których jeden jest spadkobiercą zarówno zamku jak i posiadłości położonej nieopodal. Obie dziewczyny, próżna i znudzona Rose jak i Cassandra o błyskotliwym umyśle zostają postawione w sytuacji, w której będą musiały wybierać pomiędzy prawdą a dobrem rodziny, pomiędzy marzeniami a twardą rzeczywistością, a ich wybory zadziwią nie tylko członków ich rodziny, ale również je same.

Powieść Dodie Smith była na mojej liście must read od dawna. Egzemplarz znaleziony w charity shopie przeleżał na mojej półce ładnych parę miesięcy. Gdyby nie wyzwanie GRA W KOLORY pewnie jeszcze długo bym po nie nie sięgnęła. A tak to pewnego styczniowego wieczoru z westchnieniem wzięłam książkę do ręki, a godzinę później odłożyłam z uczuciem rozczarowania. I to tym się ludzie tak zachwycali? Pierwsze strony dziennika Cassandry wydały mi się nudnym opisem historii rodzinnej, w której tak właściwie nic ciekawego się nie dzieje. No dobrze, mieszkają w tym malowniczu zamku, ojciec jakiś dziwny jest i niezbyt kontaktowy, macocha piękna i artystyczna, siostra również piękna, ale irytująca, a sama Cassandra naiwna. Dobrze, że postanowiłam dać książce drugą szansę, bo od momentu pojawienia się braci Cottonów akcja przyspiesza, a fabuła robi się coraz ciekawsza.

Główną bohaterka jest oczywiście Cassandra, bo to jej uczucia poznajemy w pierwszej kolejności. Opowieść zaczyna się kiedy jest uroczo naiwną, błyskotliwie dowcipną siedemnastoletnią dziewczyną, którą każdy uważa za miłego dzieciaka nie traktując zbyt poważnie. Rok, który z nią spędzamy i doświadczenia, które stają się jej udziałem sprawiają, że żegnamy nie już naiwnego podlotka, a mądrą młodą kobietę, która wie, kiedy powstrzymać się przed popełnieniem błędu i stara się widzieć pozytywy w smutnej sytuacji, w której ją zostawiamy.

Poznajemy również drugą stronę Rose, zdeterminowaną do podwyższenia poziomu swojego życia za wszelką cenę. Tak uparcie tkwiła w przekonaniu o tym, że zdobycie dużych pieniędzy warte jest małżeństwa bez miłości, że uznałam, że bieda zmieniła ją w wyrachowaną pannę i nie ma dla niej ratunku.

Ciekawą postacią jest beznadziejnie zakochany w Cassandrze Stephen. Nie zdradzę co go czeka, ale jego los odmienia się zaskakująco w prawdziwie amerykańskim stylu– od pucybuta do milionera! 

Smaku powieści nadaje postać Topaz, na pierwszy rzut oka artystki oderwanej od rzeczywistości, która dla ratowania małżeństwa i przybranej rodziny zdolna jest do poświęcenia, i która to, aby naładować baterie łączy się z naturą… na golasa. To ona, pomimo artystycznego zawodu, najlepiej gotuje w domu, jak i zajmuje się jego prowadzeniem.

Sam ojciec jednak jest dla mnie nie do zaakceptowania, bardzo irytujący swoją bierną postawą. Jak można aż tak się nie przejmować tym, że własne dzieci nie mają co na siebie założyć i bardzo często są głodne. Wydaje się być strasznym egoistą skupionym na własnej blokadzie pisarskiej ignorując sprawy dnia codziennego. Cóż, jego ekscentryzm może być usprawiedliwiony jedynie jego geniuszem. 

Uroku powieści dodaje umiejscowienie jej w latach czterdziestych ubiegłego wieku na angielskiej wsi. Najważniejszą osobą we wsi (oczywiście zanim przyjechali do niej Cottonowie) jest wikary, wyglądający jak starzejący się niemowlak z całkiem nie świątobliwym poczuciem humoru, ale wielką mądrością i świetnym wyczuciem sytuacji. Drugą osobą i również przyjaciółką rodziny jest nauczycielka, panna Marcy, która poświęciła się pomocy potrzebującym i której pogoda ducha oraz roztropność wielokrotnie wspomogły rodzinę Mortmain. 

Mimo, że to lata powojenne to rodzina z powieści żyje jakby we wcześniejszym stuleciu. Dziewczęta są dosyć staromodne, a nawet niby nowoczesna i wyzwolona Topaz uważa nowe tańce za wulgarne. Dla sióstr jedynym sposobem na poprawienie losów rodziny jest dobre wydanie się za mąż – zupełnie jak w książkach Jane Austen (która jak i siostry Bronte jest dosyć często wspominana w powieści przez główne bohaterki). Sprawia to, że są one oryginalne i świeże w swojej staromodności. 

Koloru powieści dodają opisy angielskiej przyrody zmieniającej się wraz z porami roku, ale zawsze jednakowo porywającej i pięknej.

W pewnym momencie pewna byłam zakończenia, uznałam, że na pewno będzie szczęśliwe, bo powieść wydawała mi się być takim typowym romansem. Jakież było moje zdziwienie kiedy wszystko stanęło na głowie, a środek ciężkości przeniósł się bardziej w stronę świetnej powieści obyczajowej niż prostego romansu! 

Książka okazała się nieoczywistą opowieścią o losach rodziny, którą los doświadczył biedą. Widzimy do czego w stanie jest posunąć się osoba, która wcale nie będąc złą czy zepsutą, popełnia same błędy, aby zaznać choć odrobiny luksusu, który miał być tożsamy ze szczęściem. Okazuje się również, że słuszne jest stare powodzenie, że pieniądze szczęścia nie dają, a luksus bez miłość to złota klatka. A miłości nie można się nauczyć, nie można zmusić się by ją odwzajemnić, ona przychodzi kiedy chce i oprócz euforii i szczęścia może również przynieść straszliwe cierpienie. 

Nie spodziewała się takiego zakończenia, choć w pewnym momencie przeszła mi przez głowę myśl, że „Może… ona z nim… choć nie, to bez sensu” i szybko ją porzuciłam. Samo zakończenie, wcale nie typowo szczęśliwe napawa jakimś smutkiem i nostalgią. 

Bardzo poruszająca historia, przepięknie napisana, która klimatem przypomina mi książki Lucy Maud Montgomery.  Wypełniona dowcipem, miłością, smutkiem i atmosferą, która jest niepowtarzalna, trudna do opisania, ale podbija serce. Szkoda, że teraz już się tak nie pisze.

Polecam miłośnikom prozy L. M.Montgomery, angielskiej prowincji, uroczej niewinności i romansu.

Pozdrawiam,
Kura Mania.



Książkę przeczytałam w ramach wyzwań GRA W KOLORY oraz KLUCZNIK 2015 (niewspółcześnie).



4 komentarze:

  1. Polska wersja podbiła serca czytelników, czytałam same pochlebne opinie.
    Myślałam, że Twoje początkowe rozczarowanie wiąże się z tym, że oryginał jest inny w odbiorze, ale widzę, że książkę trzeba poznać w całości żeby prawidłowo ją ocenić. Cieszę się, że dałaś książce drugą szansę, a jeszcze bardziej, że mimo iż leżała na Twojej półce długi czas to przeczytałaś ją dzięki mojemu wyzwaniu :)
    Ja też dzięki "Grze w kolory" trafiłam na kilka perełek, a dwa tytuły ukończyłam czytać tylko dlatego, że były w wyzwaniu. Początek tych książek też mnie drażnił, nudził i nużył, ale postawiłam sobie za cel, że muszę skończyć i suma sumarum nie żałuję, choć nie będę ich nikomu polecała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja wiele zawdzięczam Twojemu wyzwaniu :)

      A ksiazka faktycznie zyskuje im dłużej się ja czyta.

      Usuń
  2. Jestem strasznie zapóźniona, bo "Zdobywam zamek" przeczytałam dopiero teraz - i przyłączam się do grona fanów :)

    Jedno sprostowanie - czas akcji to lata 30., a dokładnie 1934 lub '35. Smith pisała tę książkę w czasie wojny w Ameryce, to był jej nostalgiczny powrót do krainy niewinności. Tęsknotę widać w tych wszystkich rozważaniach o "angielskości". Myślę, że w latach 40. Cassandra musiałaby już być całkiem inna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za sprostowanie. Nie wiem dlaczego, ale byłam przekonana, że to jednak lata 40. Człowiek uczy się przez całe zycie jednak :D

      Usuń

Skomentuj. Daj Kurze coś do roboty!