Pokazywanie postów oznaczonych etykietą multi-culti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą multi-culti. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 marca 2016

Kurczę Czytane: „Zebra” Ifi Ude





W stadninie na Mazurach z siwej klaczy i karego ogiera rodzi się źrebię… w paski. Dzięki afrykańskim korzeniom na świecie pojawia się mała zebra. Kiedy zaczyna chodzić do końskiej szkoły jej odmienny wygląd nie przysparza jej przyjaciół. Są konie różnej maści, czasem nawet w łaty czy kropki, ale nie w paski! 

Wrogość reszty źrebiąt nie trwa jednak wiecznie. Kiedy uciekają one przed wizytą dentystki w szkole wbiegają na ruchliwą ulicę. Zgadnijcie kto wtedy ich ratuje? Tak, zebra właśnie. Potem okazuje się, że wygląd nie ma znaczenia i nawet źrebię w paski może być dobrym przyjacielem.

Moje oczekiwania względem tej książeczki były bardzo wysokie. Naczytałam się pozytywnych opinii, a kiedy wreszcie już przeczytałyśmy ją same trochę się rozczarowałam.

Na pewno autorce przyświecały szlachetne motywy przy tworzeniu tej opowieści. Wplatając część swojej tożsamości nadała historii szczyptę zarówno egzotyki, jak i zwróciła uwagę na nietolerancję i niesprawiedliwe traktowanie ludzi o innym kolorze skóry. Pewnie autorka wie o czym mówi, bo sama urodziła się w Nigerii z matki Polki. Ogromnie podobała mi się opowieść taty-ogiera o pochodzeniu zebr i jego piękne słowa o tym, że świat nie jest czarno-biały.

Nie podoba mi się jednak sama idea uciekania przed wizytą dentysty. Dużo pracy włożyłam w przyzwyczajanie małej Mimi do dentysty i nie uważam, że pozytywnym jest czytanie o ucieczce przed wizytą u stomatologa. Niepotrzebnie wplecione jest to do fabuły. Kolejną rzeczą jest to porównanie zebry-zwierzęcia do zebry-pasów na ulicy. To dzięki temu mała zebra pomogła innym źrebakom, bo uznała, że samochody zatrzymają się widząc ją tak jak zatrzymują się przed przejściem dla pieszych. To już kompletnie niezrozumiałe było dla małej Mimi, bo tu pasów nie ma na przejściach. Zresztą mi tez się to nie podobało. Wolałabym, żeby zebra uratowała inne koniki dzięki jakiemuś odwołaniu do afrykańskich korzeni. Co prawda, jest to oswajanie egzotyki, ale po co ją oswajać? Lepiej pokazać, że jest równie fajna jak i nasza przaśność ;)

Nie zrobiła na nas ta historia większego wrażenia. Za to ilustracje Nezki Satkov podobały mi się szalenie! Przepiękne „wycinanki” w kilku jedynie kolorach świetnie pasowały i do zebry i do Mazur.
Odłożymy na razie „Zebrę” Ifi Ude na półkę i damy sobie trochę czasu. Może nam się bardziej spodoba w przyszłości. Zresztą, naprawdę, nie jest to zła pozycja, jest interesująca i na pewno warto ją choćby raz przeczytać, aby zachwycić się niektórymi fragmentami. No i jest pięknie wydana.

„Zebra” wchodzi w skład serii ½ + ½ = 0 wydawnictwa Poławiacze Pereł, czyli serii skierowanej dla dzieci i młodzieży, w której autorzy są na w pół Polkami i Polakami i dzielą się swoim wielokulturowym doświadczeniem.

Pozdrawiam,
Mała Mimi i kura Mania.

wtorek, 30 czerwca 2015

Zbrodnia w Kurniku: ‘Foxglove Summer’ Ben Aaronovitch (seria o Peterze Grancie #5)







UWAGA! MOŻLIWE SPOJLERY. TAK, ŻE JAK MASZ ZAMIAR CZYTAĆ TĘ CZĘŚĆ W NAJBLIŻSZYM CZASIE TO CZYTAJ   TEN TEKST JEDYNIE NA PÓŁ OKA.  

Foxglove, czyli naparstnica purpurowa znana również pod nazwą lady’s glove, czyli rękawiczka damy. Z jednej strony roślina lecznicza, którą można stosować przy leczeniu chorób serca i nerwic. Z drugiej strony jej spożycie niby rzadko kiedy kończy się śmiertelnie, bo wywołuje ona natychmiastowy odruch wymiotny, ale substancja z niej wytwarzana przy za dużej dawce powoduje śmierć.

To właśnie łąka tych kwiatów będzie jednym z najważniejszych miejsc w śledztwie opisanym w piątej już części przygód policjanta Petera Granta w powieści ‘Foxglove Summer’.

Dwie jedenastoletnie dziewczynki, przyjaciółki, Gaby i Nikky, znikają pewnej nocy z domów w wiosce w północnym Herefordshire. Na pierwszy rzut oka, the Folly, siedziba oddziału londyńskiej policji odpowiedzialnej za zdarzenia… hmmm… bardziej nietypowe (słowo „magiczne” nie zawsze jest dobrze przyjmowane przez tych, którzy z the Folly pracować muszą), nie jest w żadny sposób powiązana z tymi wydarzeniami. Okazuje się jednal, że w pobliżu miejsca zniknięcia dziewczynek mieszka pewien emerytowany czarodziej ze swoją wnuczką, a w przeszłości dzieci były często wykorzystywane do pewnych eksperymentów związanych ze słowem na „m”. Peter zostaje wysłany, aby sprawdzić czy staruszek miał coś z tym wspólnego. Kiedy okazuje się, że obawy te były płonne, Grant uznał, że jak już jest na miejscu to po uprzednim uzyskaniu pozwolenia od Nigtingale’a, swojego przełożonego, pomoże w poszukiwaniach. 

Sprawa, który na pierwszy rzut oka była po prostu kolejnym dramatycznym porwaniem lub ucieczką z niewiadomych przyczyn zmienia się niezwykłe śledztwo, w którym mieszają się owce, przerażające magiczne istoty, jak i  równoległe światy. Nie mówiąc już o prywatnym życiu Petera, w którym namiesza pewna manifestacja rzeki z południowego Londynu, z którą nie dość, że będzie tworzył nowe bóstwo rzeki, ale i maszerował na golasa znaczny kawał drogi i to w ruchliwym miejscu.

Ach, co to jest za seria! chciałoby się zakrzyknąć. Po troszkę przyciężkiej i momentami nudnawej części czwartej, której koniec wywołało u mnie taki opad szczęki nie występujący nigdy wcześniej, Ben Aaronovitch wpadł na genialny sposób na nabranie lekkiego dystansu do wspomnianego zakończenia, jak i do wprowadzenia powiewu świeżości i przeniósł do bólu miejskiego Petera Granta w egzotyczne rejony angielskiej wsi. Peter, nie dość, że orientacji w terenach wiejskich nie ma wcale, nie wie nic o florze i faunie (zdziwiony rozpoznał gruchanie gołębia stwierdzając, że słyszał je w Londynie), to jeszcze ma problemy z interpretacją zachowań ludzi mieszkających na tych obszarach. Tak, więc duża część tego co nauczył się w trakcie swojej służby w Londynie stała się po prostu bezużyteczna. 

Warto przypomnieć (bo ja o tym ciągle zapominam), że Peter wyróżniał się na wsi nie tylko tym, że był ekspertem od spraw magicznych o czym przecież nie każdy wiedział, ale głównie wyglądem. Niby ogarniam, że matka z Sierra Leone, ale jakoś nie ma to przełożenia w mojej wyobraźni na wygląd Petera. Szczerze mówiąc, akcja powieści jest tak wciągająca, że nie mam czasu na myślenie o kolorze jego skóry. No i autor tak nie nachalnie wplata te swoje multi-culti, że czytelnik nie spędza nad tym aspektem więcej czasu niż potrzeba.

Tak więc Peter bez bezpośredniej pomocy Nightingale’a, z którym się jedynie konsultował, sam musiał wykombinować jak ruszyć śledztwo do przodu, a jak już ruszył to klękajcie narody, co tam się działo! Nie chce zdradzać za wiele, ale naprawdę nie spodziewałam się takiego sposobu prowadzenia akcji i istot, które spotkał na swojej drodze zarówno Peter, jak i przydzielona mu pomoc w  osobie lokalnego policjanta Dominica.

No i nie zapominajmy o Beverley, która nie tylko pełniła funkcję nieoficjalnej asystentki Petera w sprawach magicznych, ale i stała się jego partnerką w sprawach bardziej, nazwijmy to, romantyczno-osobistych. Czyli tak, wreszcie się z nią przespał. Nie mówiąc już o tym, że ich pierwszy seks miał o wiele większą wagę niż zazwyczaj ma pierwszy raz między dwojgiem ludzi. 

Peter, sam lub z pomocą wspomnianej dwójki, nie dość, że tropił baranożercze jednorożce (tak, tak, dobrze przeczytałeś) przy pomocy czujników własnego wyrobu to korelował informacje dotyczące aktywności UFO na tamtym terenie z wycinką i odbudową lasów, jak i przeniósł się do równoległego świata (fucking fairyland). Brzmi nieprawdopodobnie? Nic podobnego, styl Aaronovitcha sprawia, że czytelnik przyjmuje wszystko jak leci nie skupiając się na elementach nadprzyrodzonych, ale na śledztwie prowadzonym przez Granta i lokalna policję. 

Jak zwykle gama postaci występujących w powieści jest różnorodna i barwna. Pomijając postaci nadnaturalne to na swojej drodze Peter spotyka ciekawych bohaterów. Lokalny policjant Dominic, sympatyczny, dowcipny i miły. Rodzice zaginionych dziewczynek, którzy również mają swoje mroczne sekrety. Emerytowany czarodziej mieszkający w wieży wraz ze swoją nie-do-końca-ludzką wnuczką i rojem pszczół. Stan, wąchająca ropę i nie do końca kontaktująca co i jak. 

Również i Pete, którego znamy z poprzednich części pokazuje swoją nową stronę. Może nie tyle nową co raczej głęboko ukrywaną. Grant to szczery i porządny glina. Ma on sporo dystansu zarówno do siebie, jak i do innych, a ironiczny humor pomaga mu utrzymać równowagę psychiczną. Pod wieloma względami jest on dosyć naiwny i ufny.  Pomimo jego wielu zalet i kilku wad nie wydaje się on osobą zbyt głęboką. Ale prawdą jest, że każdy człowiek ma swoją historię, a historia Petera nie jest tak wesoła jak on lubi ją przedstawiać. Jego ironiczne uwagi dotyczące ilości członków jego rodziny, czy dziwacznych przyzwyczajeń jego rodziców, nie tworzą pełnego obrazu jego dzieciństwa, które przedstawiane było trochę ironicznie, trochę zabawnie – idealny materiał na anegdoty. W tej części po interwencji Beverley, która niejako zmusiła go do tego, wyrzuca on z siebie wszystkie żale. Nie tylko te dotyczącej zdrady Lesley, ale również żal do matki, która zabierała mu rzeczy twierdząc, że jego dalekie kuzynostwo z Sierra Leone bardziej ich potrzebuje i do ojca, który zazwyczaj naćpany był bardziej jak zombie niż jak normalny człowiek. To wszystko siedzi gdzieś tam głęboko w Peterze pod maską zwykłego chłopaka z sąsiedztwa i fragment, który jest poświęcony temu wybuchowi jest moim najulubieńszym w całej powieści, bo pokazuje, że główny bohater nie jest płaski ani jednowymiarowy, a ma swoje lekko popieprzone wnętrze.

‘Foxglove Summer’ to taki przerywnik, dający chwilę oddechu od całej sprawy z Faceless Manem, arcywrogiem, która jednak jest zaakcentowana w powieści w niepokojący sposób, taki, że ciarki przechodzą po plecach. No i pokazuje, że rozwiązanie jednego śledztwa to dopiero początek kolejnego, jeszcze bardziej skomplikowanego.

Dodatkowo, pokazuje, że Peter Grant przeszedł dłuuuugą drogę od tego naiwnego policjanta, który spotkał ducha w nocy, w pierwszej części cyklu. Pomimo tego, że akcja nie jest osadzona w rodzinnym Peterowi Londynie, w którym czuje się jak ryba w wodzie, to i na angielskiej wsi daje on sobie świetnie radę, dzięki zdobytej wiedzy, policyjnemu instynktowi i dużej dawce nieostrożnej pracy w terenie. 

Dowiadujemy się też kilku dodatkowych informacji uzupełniających naszą wiedzę, np. o tym o co chodziło w bitwie w czasie drugiej wojny światowej, gdzie zginęła większość brytyjskich czarodziejów, jak i o pochodzeniu Molly.

Polecam wszystkim fanom cyklu o Peterze Grancie (którzy i tak sięgną po ta pozycję), marzącym o zamieszkaniu w krainie wróżek oraz tym, którzy od zawsze mieli swoje podejrzenia co do jednorożców…

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Ps. Acha, pomimo tego, że książka jest już piątą powieścią w  cyklu to spokojnie można czytać ją nie znając poprzednich części. Autor zazwyczaj wyjaśnia kluczowe pojęcia z zakresu magii, jak i przypomina kim są główni bohaterzy. Myślę, że każdy w miarę rozgarnięty czytelnik ogarnie co i jak. Z drugiej jednak strony polecam zapoznać się z cyklem od pierwszej części ‘Rivers of London’, bo kocham i uwielbiam i kocham też.

A, no i popatrzcie tylko na te okładki z angielskich wydań – CUDO!

Acha, i jeszcze coś – piętnastego lipca ma wyjść komiks na podstawie pierwszego tomu przygód Petera Granta, a szósta część nosząca tytuł ‘The Hanging Tree’ wychodzi 19 listopada tego roku! 

M.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

środa, 24 czerwca 2015

Zbrodnia w Kurniku: „Szurmo” Jean-Claude Izzo


żródło: empik.com


Kiedy młody Guito uciekł z domu, aby spotkać się potajemnie z pochodzącą z arabskiej rodziny Naimą, nie wiedział jak dramatycznie skończy się ich pierwsza wspólna noc.

Fabio Montale, ekspolicjant, zostaje poproszony przez swoją dawno niewidzianą kuzynkę o znalezienie jej najmłodszego dziecka, którym jest właśnie Guito. Jedzie do Marsylii sprawdzić jedyny trop jaki ma, czyli rodzinę dziewczyny. Na jego oczach ginie Serge, dawny znajomy z którym często współpracował w trakcie pracy w policji. Okazuje się, że dwie niby wcale nie związane sprawy łączy mroczna sieć kłamstw, dilerów narkotykowych i gangów, które rządzą Marsylią, w której rozgrywa się akcja. Fabio znów zanurzy się w bezlitosny półświatek, w którym dobrze pamiętano dawnego komisarza, a jego prywatne śledztwo zamieni się w osobistą wendettę. Montale, pomimo tego, że jest ekspolicjantem ma wielu znajomych wśród półświatka. Nie był takim typowym, sztywno przestrzegającym reguł policjantem, ale pomagał wielu takim, którym już nikt nie chciał pomóc. Dzięki temu stał się jednym z „nas”, swoim, należał do szurmo, ponad podziałami i różnicami. Z drugiej strony, byli policjanci  dla których jedynie statystyki się liczyły i gangsterzy dla których liczył się jedynie hajs i jak największa strefa wpływów. 

Montale, miłośnik lokalnej kuchni, pięknych kobiet oraz Marsylii, jest jakby żywcem wyjęty z klasycznego kryminału w stylu noir. Już nie warto wspominać o takich oczywistościach jak nieudane życie uczuciowe, słabość do pięknych, ale niebezpiecznych kobiet z tajemnicą i popijanie trunków o wszelkich możliwych godzinach w ilościach, które dawno już powinny sprawić, że zwaliłby się do swojego kawalerskiego wyra nieprzytomny. Jest on również źródłem mnóstwa powiedzonek i takich mrocznych prawd życiowych, którymi sypie jak z rękawa (np. „Śmierć mnie nie opuszcza, uczepiła się jak jakieś gówno, w które musiałem kiedyś wdepnąć” lub  „A ja byłem jak Marsylia. Stałem się nikim albo prawie nikim. Minus złudzenia, plus uśmiech, jakoś tak).  Dodatkowo Marsylia, która znana jest raczej ze słoneczno-rozrywkowych obrazków,  przedstawiona jest w sposób niepokojący jako miasto przeżarte korupcją, zepsuciem i degeneracją zarówno fizyczną jak i moralną.

- To dlatego, że jesteśmy dziećmi wygnania.
-Marsylia tez jest częścią wygnania. To miasto nigdy nie będzie czymś innym, to ostatni przystanek, ostatni port. Jego przyszłość należy do tych, którzy tu przyjeżdżają. Nie do tych, co wyjeżdżają.
- A co powiesz o tych, którzy zostają?
- Tacy sami jak ci, co na morzu. Nigdy nie wiadomo, czy są żywi, czy umarli.
Jak my, pomyślałem, dopijając kieliszek.

Zresztą Marsylia powinna być traktowana jako pełnoprawny współbohater tej powieści, bo to atmosfera tego właśnie miasta wpływa na umysły i zachowania jej mieszkańców. Zaludniona imigrantami, „mieszańcami”, którzy przez mieszkańców południowej Francji są określani jednym pogardliwym określeniem Mau-Mau zawierającym w sobie zarówno Arabów, jak i  Cyganów oraz Włochów urodzonych na południe od Rzymu. Miasto to jest targane wewnętrznymi konfliktami na tle narodowościowo-religijnym, które rodzą się na styku kultury arabskiej z europejską.

Wiele miejsca zabierają przemyślenia  byłego policjanta. Jego podejście do życia mimo tego, że on sam twierdzi, że już jest z nim pogodzony, jest zabarwione negatywnie. Częste powtórzenia dotyczące szumnej młodości, w której często łamał on prawo wybierając łatwe życie wraz ze swoim przyjaciółmi, przypomnienia nieudanych związków z kobietami, opisy upadku dawnych przyjaciół oraz poczucie pustki w obecnym życiu, które nie ma celu,  pomimo pozornego spokoju i zadowolenia dodawałoby fajnego mrocznego smaczku, gdyby nie to, że te powtórzenia były jedna zbyt liczne i przez to lekko nużące. Często nie łączyły się z opisywanym śledztwem i dodatkowo spowalniały akcję.

Jak na taką krótką powieść wypełniona jest ona wieloma wątkami.  Nie jest to typowy kryminał, ale raczej powieść o zabarwieniu noir z wątkiem kryminalnym. Zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, bo akcja przyśpieszyła znienacka. Wpisało się ono jednak w styl kryminału noir, w którym to główny bohater, cyniczny i przegrany dokańcza sprawy z racji obowiązku i silnego poczucia moralności. 

Jest to świetna powieść. Ma swoje wady takie jak przerysowana sylwetka głównego bohatera, jego ciągłe wynurzenia i trochę zbyt monotonnie jednostronny opis Marsylii jako miasta przemocy i zepsucia. Jednak z ciekawością dowiedziałam się o „ciemnej stronie” Marsylii, a wiedza, która z tej książki wyniosłam przeraziła mnie. Ja wiem, może ja jestem naiwna i życia nie znam, bo pewnie tak już jest w dzisiejszych czasach, że nowoczesnymi miastami rządzi mafia, która zazwyczaj zajmuje się narkotykami, ale i tak aż tak dobitne uświadomienie sobie tej prawdy przeraża. Z drugiej strony, Marsylia jest miastem imigrantów, ludzi, Francuzów, wśród których przodków znajdziemy więcej przyjezdnych z Afryki czy Azji niż Europejczyków. Ta wybuchowa mieszanka pozostawała we względnym spokoju dopóki nie wmieszała się w nią religijność fanatyków muzułmanizmu, których ekstremistyczne poglądy nawet wśród innych Muzułmanów wywołują  krytykę. Dramaty rozgrywające się na ulicach i w domach Marsylii nie są jedynie typowe dla tamtego regionu, ale dla wszystkich miejsc, gdzie społeczność jest niejednolita pod względem pochodzenia, kultury czy religii. Nie chodzi mi to o tą „tradycyjną” nienawiść białego człowieka do Araba, ale o dramaty, które rozgrywają się w arabskich rodzinach, w których część chce żyć po „europejsku” ubierając np. krótkie spódnice czy słuchając nowoczesnej muzyki, a inni zaczynają fanatycznie przestrzegać Koranu rozumiejąc go w drastyczny i ekstremalny sposób. 

Powieść, która dostarczyła mi może nie przyjemności, ale wielu ciekawych informacji, lekko mną wstrząsając. Mroczna pomimo pełnego słońca Marsylia, w której lepka atmosfera osiada na skórze i przyciąga ku ziemi, w której obcy nie zapuszcza się w nieznane sobie blokowiska, a idee dobra i zła rozmywają się w szarościach, zostawiła głęboki ślad w moich myślach. 

„Szurmo” to druga część tzw. trylogii marsylskiej i z chęcią sięgnę po resztę tomów, jeśli tylko będę miała na to okazję.

Polecam wszystkim uprzedzonym do kultury arabskiej, chętnym na wycieczkę do Marsylii, jak i miłośnikom kuchni śródziemnomorskiej.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

wtorek, 6 stycznia 2015

'NW' Zadie Smith ("Londyn NW")



Są takie miejsca przez które przechodząc czujesz sie niepewnie. Tubylcy dziwnie na Ciebie patrzą długo odprowadzając Cię wzrokiem, a Ty podświadomie przyspieszasz kroku. Miejsca ze specyficzną atmosferą, które rządzą się swoimi własnymi niepisanymi prawami, a złamanie reguł w nich panujących w najlepszym wypadku wiąże się ze społecznym ostracyzmem. Nie znaczy to jednak, że społeczność jest jakoś specjalnie zżyta. Nie,  po prostu ludzie, którzy tam się urodzili i wychowali (born and bred) mają zakodowany sposób życia. Ciężko się spod tej niewidocznej presji wyrwać, bo oplata ona umysł i wgryza się w podświadomość.

Dwie przyjaciółki, Leah i Keisha, które połączył dramatyczny wypadek w parkowym jeziorku. Pierwsza to blady rudzielec, w której płynie krew irlandzka, a druga to czarnoskóra dziewczyna z łatwością do liczb. Obydwie wyrwały się ze swojego blokowiska w biedniejszej dzielnicy, w której chaos i stagnacja rządzą się na równych prawach. W pewnym momencie ich drogi zaczęły się różnić, a przyjaźń nie była już tak bliska jak w dzieciństwie. Jednak nigdy za daleko od siebie nie odeszły i przez lata się spotykały. Dwie dziewczyny, „którym się udało”.

Leah w czasach studenckich wyzwolona aktywistka zajmująca się sprawami polityki i ekologii, eksperymentująca z narkotykami, już jako dorosła kobieta związała się z czarnoskórym Michelem, którego ciała nigdy nie ma dosyć. Pracuje w organizacji społecznej i jest tam jedyną białą kobietą. Na dodatek jej otoczenie oraz mąż  oczekuje, że już niedługo zostanie ona matką. Po kryjomu bierze podkradzione z apteczki Keishii pigułki antykoncepcyjne, a kiedy jednak zachodzi w ciążę usuwa ją. Trzeci raz. Nigdy nie pragnęła mieć dzieci, a uczucia macierzyńskie przelewała na swoja suczkę, Olive. Nagle zdaje sobie sprawę, że wszyscy jej znajomi dorośli, a ona sama wcale nie ma na to ochoty.

Keisha, która zamiast imprezować udzielała się w kościele i świetnie się uczyła. Od zawsze była boleśnie świadoma jak przeciętną jest przy swojej przyjaciółce. Dostała się na dobry uniwersytet razem ze swoim chłopakiem Rodneyem, z którym się zeszła w sumie z braku laku, za to z dużą ilością presji ze strony matki. Na studiach radziła sobie dobrze, rozstała się z Rodneyem do którego nigdy nic nie czuła, za to zeszła się z Francesco, pięknym jak młody bóg pół-Włochem. Poszła na prawo, ale kiedy spytałbyś się jej dlaczego nie umiałaby powiedzieć. Zatraciła się w pracy, potem wzięła ślub, w odpowiednim momencie zaszła w ciążę, a potem w drugą. Miała uporządkowane życie jak ze snu – przystojny mąż, piękny duży dom, mnóstwo pieniędzy i idealnie urocze dzieci. Niestety, przeszłość Keishy, obecnie Natalie, bo takie nowe imię sobie wybrała, sprawia, że podświadomie pragnie ona elementu chaosu w swoim życiu. I sama go sobie organizuje ryzykując wszystko co ma. Kiedy wszystko się wydaje uzmysławia sobie jak fałszywe jest jej życie i ona sama. 

Jest też trzeci bohater, czarnoskóry Felix. Poznajemy go na kilka godzin przed tragiczną śmiercią. Postanawia on zacząć nowe życie i wyrwać się z okowów blokowiska. Ma nową świetną dziewczynę, Grace, rozsądną i sympatyczną. Zerwał z  narkotykami. W swojej wędrówce przez Londyn odwiedza ojca, starego hipisa wspominającego rewolucyjne czasy, dobija targu z młodym mężczyzną, a potem odwiedza byłą dziewczynę – narkomankę po czterdziestce z dobrego domu, która po prostu lubi ten sport (jak to się kiedyś mówiło). Zamyka ten rozdział swojego życia definitywnie, ale przeznaczenie staje mu na drodze.

Co łączy Felixa z dziewczynami? To, że nie tak łatwo jest wyrwać się z blokowiska i zerwać ze swoją przeszłością, z miejscem w którym się wyrosło. W przypadku ‘NW’ dwie rzeczy dominują w osobowościach głównych bohaterów – stagnacja, czyli powielanie błędów swoich rodziców i starszego rodzeństwa (bieda, bajzel w domu, kolejne dzieci z kolejnymi partnerami) i chaos, czyli ten element zagrożenia, przemocy, podejrzanych interesów, ciągłego pilnowania się. Pomimo tego, że Natalie-Keisha i Leah wyrwały się z blokowiska to dalej ono w nich siedzi, pod skórą.

Ciężko było mi się wgryźć w tą powieść, tak jest gęsta i mocna. Nie znajdziesz tutaj opisów pozytywnego życia i radosnych bohaterów, ale za to dostaniesz prawdę brutalnie rzuconą prosto w twarz. Świetnie opisana jest fikcyjna dzielnica znajdująca się w północno-zachodnim Londynie. Opisana jest pośrednio, głównie poprzez zachowanie ludzi w niej mieszkających. To też powieść bardzo brytyjska – właśnie przez tą multikulturowość postaci zaludniających jej strony, ale również przez to, że tak świetnie oddaje realia współczesnej Wielkiej Brytanii. Ciężko mi dokładnie to opisać, ale naprawdę oddaje ona współczesnego ducha Londynu. Czytałam o Wielkiej Brytanii, której może nie znam zbyt dobrze (bo w Londynie jestem jedynie od czasu do czasu), ale z którą miałam i mam kontakt. Ta stagnacja typowa dla ludzi żyjących z zasiłków, którzy mają pełno dzieciaków, żyją sobie z dnia na dzień i w sumie się niczym nie martwią. Ta agresja, która wybucha kiedy ścierają się osoby z różnymi poglądami, różnego pochodzenia lub po prostu z różnych dzielnic. Ta przynależność do miejsca w którym się mieszka, która góruje nad rasą i pochodzeniem. 

A, no i przypominam, że blokowisko w Wielkiej Brytanii nie musi wyglądać jak to w Polsce. Wysokie bloki z płyty to nie jest jednak widok codzienny. Częściej dostajemy niewysokie bloczki, wszystkie identyczne, poustawiane w równych rzędach. Jednak duch takich miejsc jest wspólny dla wszystkich blokowisk, niezależnie od miejsca ich występowania.

Polecam wszystkim fanom bogatej, prawdziwej prozy, Londynu jak i tym, dla których fałsz i udawanie jest prozą życia.

Pozdrawiam,
Kura Mania.