Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 sierpnia 2015

‘A Night in with Audrey Hepburn’ Lucy Holliday




Co robisz, żeby sie odstresować po ciężkim dniu? Przeglądasz Internety, czytasz książki czy może włączasz ulubiony film, który widziałeś już setki razy, ale zawsze poprawia Ci humor jak filiżanka gorącej herbaty i ciepły koc w deszczowy dzień? Właśnie tą ostatnia opcję wybrała Liberty Lomax, aktorka i miłośniczka starych filmów złotej ery Hollywood, a szczególnie tych, w których grała Audrey Hepburn. A Libby miała naprawdę ciężki dzień, który zapowiadał się całkiem nieźle.

Po raz pierwszy raz od kilku lat miała mieć „mówioną” rólkę (jedno zdanie i to w jakimś paskudnym kostiumie kosmity z brodawkami, ale zawsze), tego dnia wyprowadziła się wreszcie od matki, no i prowadziła niezobowiązującą konwersację z seksowną gwiazdą, czyli Dillonem O’Hara. Jak to się stało, że nagle jej włosy zaczęły się palić, zniszczyła kostium (600 funtów!) i została wyrzucona z planu zostając bez pracy, ale z widmem zapłaty czynszu w niedalekiej przyszłości za swoje nowe mieszkanie? Właśnie, mieszkanie… Nagle okazało się, że mołdawski… ekhm… „biznesmen” Bogdan przedzielił mieszkanie, które jej pokazywał na pół i teraz Libby została z pokojem z mini aneksem kuchennym, ale z całym czynszem! I na dodatek meble jakie sobie wybrała ze składu filmowego zostały zamienione i nagle wylądowała z wielgachną, śmierdzącą mokrym psem kanapą w kwiatowe obicie w brzoskwiniowym kolorze! Nie mówiąc już o tym, że kanapa zajęła praktycznie całe jej mieszkanie! Jedynym remedium na tego skumulowanego pecha jest ukochany film Libby, czyli „Śniadanie u Tiffany’ego”. 

I nagle okazuje się, że Libby już nie jest sama w swoim żałośnie małej kawalerce. Koło niej, na śmierdzącej kanapie, siedzi… Audrey Hepburn we własnej osobie. Z kokiem, w czarnej prostej sukience, ze sznurem pereł i w ciemnych okularach paląc papierosa przez długą fifkę. 

Libby często marzyła o spotkaniu Audrey, ale obecna sytuacja trochę ja przerasta. Ta słynna aktorka  chce udzielając dziewczynie rad odnośnie wyglądu,  życia i mężczyzn, które biorąc pod uwagę fakt, że jest wiek XXI są uroczo staroświeckie (co nie oznacza, że nie przydatne!).  Dodatkowo, bardzo aktywnie działa w Internecie lekko uzależniając się od Nespresso z maszyny do robienia kawy i iPada. 

Pojawienie się Audrey jest jednak dopiero początkiem zawirowań w życiu Libby. Boski Dillon, niezrównoważona siostra, matka jako domorosły psychoterapeuta oraz Olly, najlepszy przyjaciel, i nie widziany całe lata ojciec (plus Audrey będąca jak podejrzewa Libby halucynacją spowodowaną chorobą psychiczną, ewentualnie guzem mózgu) sprawią, że nie tylko główna bohaterka wyjdzie ze strefy komfortu wbijając się w szpilki i małą czarną, ale i będzie zmuszona stawić czoło życiu, pierwszy raz od 29 lat, które nie pytając o nic, wciągnie ją w swój szalony wir.

Po przeczytaniu blurba skrzywiłam się, bo podejrzewałam, że będzie to kolejne czytadło określane jako „babskie”, typowe chick lit niskich lotów i ogólna degrengolada. Okładka jednak urzekła mnie i z westchnieniem wzięłam książkę do domu. I jak zaczęłam czytać wieczorem to skończyłam w nocy!
Świetnie i błyskotliwie napisana skrzy się humorem. Opowiada o kilku dniach z życia Libby w czasie, których życie jakie znała główna bohaterka staje na głowie. Przewrót w jej życiu sprawia, że przez większość książki jest ona wyczerpana wydarzeniami, które wpędzają ją albo w depresją albo w euforię, a pomimo tego, że  często spotykają ją upokorzenia i przykrości to ciągle miałam nadzieję, że jednak ze wszystkiego Libby wyjdzie obronną ręką. 

Dodatkowym smaczkiem jest postać Audrey Hepburn, taka jaką znamy z filmów. Urocza, sympatyczna, dobrze wychowana, z lekkim dystansem, zawsze wyglądająca jak z żurnala. Jej pojawienie się w życiu Libby jest bodźcem do zmian, drogą do poznania siebie i własnej wartości dla dziewczyny, której samoocena była ciągle podkopywana przez wieczną nieobecność ojca, który przekładał swoja pracę zawodową nad czas spędzany z jedyną córką, przez wieczne podkreślanie wspaniałości siostry i przez matkę, skoncentrowaną  głownie na córce wyglądającej bardziej oszałamiająco, odnoszącej więcej sukcesów, ale mającej pstro w głowie. Przyjemnie jest mieć kogoś kto w ciebie wierzy, a jeśli jest to Audrey Hepburn przyjemność jest jeszcze większa. Mimo, że Libby uznaje samą siebie za ta gorszą od innych wcale taka nie jest. Ma wielką wiedzę filmową, jest miła i sympatyczna, jest dobrą przyjaciółką i ma w sobie iskrę, ale jednocześnie boi się żyć według swojego scenariusza. Ba, ona nawet nie wie jak naprawdę chciałaby żyć. I tutaj wkracza do akcji Audrey, która ja lekko popycha wypychając ją ze strefy komfortu Libby, czyli dżinsów, bluz z kapturem i życia według scenariusza ustanowionego przez matkę dziewczyny.

Oprócz pokręconej rodziny Libby jest też jej przyjaciel Olly,  którym dzieli poszukiwania pewnego tajemniczego sera, no i Bogdan, syn Bogdana, czyli z wygląda bandyta, a  w głębi serca mistrz nożyczek!

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to opowieść o miłości. O miłości niespodziewanej, takiej, która wydaje się być darem z niebios, ale i takiej cichej, wiernej, nie rzucającej się w oczy. Głównie jednak jest to historia opowiadająca o tym jak łatwo jest się zagubić w życiu i jak ciężko jest dorosnąć. Lekka w tonie, ale z ważnym przesłaniem. Nagle okazało się, że można napisać niby „babską” powieść, ale lekko i z polotem napisaną, taką, która puszcza oko do czytelnika mówiąc „ja wiem, wiem, że takie rzeczy się nie zdarzają i w ogóle to jak z okładki kolorowego pisma, ale w sumie? Może jednak?”. No bo to jest historia w typie „od pucybuta do milionera”, czyli od aktorki łapiącej ogony i to tez tylko dzięki matce-agentce, aktorki, która wcale nie chce nią być i która żyje ciągle w cieniu olśniewającej siostry do… Ha! Tego nie zdradzę! Musze jednak przyznać, że spodziewałam się kompletnie innego zakończenia i autorka przyjemnie mnie zaskoczyła. 

Naprawdę dobra lektura na poziomie, idealna na odpoczynek po ciężkim dniu/tygodniu/życiu. Zostawiła mnie z uśmiechem na twarzy i poczuciem ciepła. Taka komedia romantyczna na poziomie.

Polecam wszystkim miłośnikom Audrey Hepburn, marzącym o aktorstwie, bojącym się zmian i tym, którzy traktują lekceważąco to w czym są naprawdę dobrzy. No i miłośnikom sera!

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Acha, na jesieni ma wyjść druga część perypetii Libby, czyli „A night in with Marilyn Monroe”, a  przyszłym roku ma mieć premiera trzeciej części tym razem z udziałem Grace Kelly. Nie wiem na ile sprawdzi się powtórzenie schematu znanego z ‘A night with Audrey Hepburn, gdzie w końcu udział Audrey był czymś świeżym, ale chętnie się przekonam czytają kolejną część.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY oraz KLUCZNIK 2015 (książka w obcym języku).

wtorek, 11 sierpnia 2015

Zbrodnia w Kurniku: ‘Death at Victoria Dock’ Kerry Greenwood




Kiedy panna Phryne Fisher wraca po towarzyskim spotkaniu do domu szybę jej auta roztrzaskuje kula. Nie jest to jednak jedyna ofiara dwóch mężczyzn, którzy uciekli w ciemne uliczki portowej części Melbourne. Panna Fisher próbuje pomóc leżącemu na ulicy młodemu mężczyźnie, właściwie jeszcze chłopcu, o nadzwyczajnej urodzie, ale rana od kuli wystrzelonej przez jednego ze zbiegów okazała się śmiertelna. Kilka słów, które wyszeptał umierający nakierowały Phryne na Rygę, a nietypowy tatuaż – litera A wpisana w okrąg – głęboko zapadł w pamięć. 

Panna Fisher, będąc nie tylko prywatnym detektywem, ale i też młodą kobietą o porywczej naturze, postanowiła, że rozwiąże zagadkę śmierci młodego mężczyzny i złapie morderców. Nie tylko winni oni są śmierci przystojnego chłopca (których nie ma za wiele), ale i rozbiciu szyby jej auta, jak i zniszczeniu garderoby Phryne, całej unurzanej w krwi zabitego.

Jednak to nie jedyna zagadka do rozwiązania. Zgłasza się do Phryne pan Waddington-Forsythes prosząc ją o odnalezienie nastoletniej córki, która uciekła z domu nie pozostawiając po sobie śladu.
Studio tatuażu, seans spirytystyczny, zakon anglikański, siatka anarchistów. Dwa śledztwa, które przyniosą nie tylko mrożące krew w żyłach wydarzenia, ale i nieoczekiwaną miłość.

‘Death At Victoria Dock’ to czwarty z serii kryminałów, których główną bohaterką jest czarnowłosa i zielonooka piękność, korzystająca z życia pełnymi garściami i nieprzejmująca się konwenansami, panna Phryne Fisher. A trzeba pamiętać, że rzecz się dzieje w latach dwudziestych zeszłego wieku, gdzie widok kobiety palącej publicznie często wzbudzał wzburzenie i szok. Phryne wcale się tym nie przejmuje i robi to co się jej żywnie podoba, nieustraszenie rozwiązując detektywistyczne zagadki. Jest samotna, ale nie sama, bez skrępowania uwodzi podobających się jej mężczyzn. W tej części jest to tajemniczy anarchista w średnim wieku, pochodzący z Rygi, mający w oczach cierpienie i smutek, którym ukojenie dają ramiona Phryne. Oprócz tego, matkuje ona dwóm adoptowanym dziewczynkom, bardzo rezolutnym i odważnym, oraz znana jest z tego, że potrafi być bardzo niebezpieczna. Przykładem na to jest zachowanie jest zachowanie jej bliskich, którzy na wieść o nieudanym porwaniu panny detektyw pytali o zdrowie bandytów znając mordercze możliwości Phryne.  Dodatkowo, ma rozległe znajomości i nie gardzi przyjaciółmi z warstw, które mogą być uważane za lekko podejrzane. Jej zachowanie zaskakuje nie tylko odwagą, ale i lojalnością (np. do niezastąpionej pokojówki Dot) oraz niezależnością.

To mój pierwszy przeczytany kryminał Kerry Greenwood i muszę przyznać, że bawiłam się świetnie go czytając. Jest lekki, zabawny, posiada ciekawą fabułę, naszpikowaną akcją, bez chwili wytchnienia oraz nieskomplikowanych, ale barwnych bohaterów. Jedynym zastrzeżeniem (ale małym) jest właśnie ta szablonowość postaci, bez głębi, ale za to z nakreślonymi wyraźnie kilkoma cechami charakteru. Czasem to mnie irytowało (jak w przypadku, Phryne mimo, że niby pozostająca w smutku po utracie przyjaciela zrywa się na odgłos muzyki, bo nie leży w jej charakterze opuszczenie jakiegokolwiek przyjęcia lub szablonowe przedstawienie Petera Smitha, melancholijnego Rosjanina, no dobra, Łotysza), ale 184 strony powieści nie sprzyjają jakiejś pogłębionej analizie postaci. Ma być szybko, łatwo i ciekawie i tak właśnie jest. Obydwie sprawy – zarówno ta pokazująca nam struktury anarchistyczne w Australii, jak i ucieczka nastoletniej Alicji o skomplikowanej sytuacji rodzinnej – przedstawione są bardzo dynamicznie. 

Jest to świetny kryminał, który na pewno dostarczy każdemu czytelnikowi wiele rozrywki i przyjemności. Chętnie sięgnę po inne części niesamowitej panny Fisher, szczególnie, że rzecz dzieje się w australijskim Melbourne.

Polecam wszystkim miłośnikom lekkich kryminałów, brawurowo opisanych postaci kobiecych, tym, którym anarchizm w duszy gra oraz osobnikom o spaczonej wizji rodzinnych więzi.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

wtorek, 4 sierpnia 2015

‘Instructions For a Heatwave’ Maggie O’Farrell (“Zalecenia na wypadek upałów”)




Mój pierwszy dłuższy pobyt w Wielkiej Brytanii przypadł na lato, tuż po maturze. Wylądowałam w samym środków upałów, podobno najgorszych od kilkudziesięciu lat. Dzień za dniem żar lał się z nieba, idealnie i okrutnie błękitnego. Duszne, bezsenne noce. Wielkie billboardy mówiące o potrzebie oszczędzania wody. Plakaty informujące o karach za podlewanie trawników. Pomarańczowa, spieczona trawa. Suche, poskręcane listki na drzewach. Przez prawie trzy miesiące, jakie spędziłam w Anglii padało może przez kilka dni i to już pod koniec września.

Latem 1976 roku podobna fala upałów wysuszyła Anglię. Pewnego lipcowego dnia, wczesnym rankiem,  Robert Riordan, emeryt, poszedł kupić gazetę w sklepie na rogu. Jego żonie, Grecie, nie wydało się to niczym nadzwyczajnym, bowiem  robił tak bardzo często. Od zwyczajności odbiegał jednak fakt, że Robert już nie wrócił. 

Do domu rodzinnego przyjeżdża trójka rodzeństwa, żeby pomóc w ciężkich chwilach swojej matce i zastanowić się nad kolejnymi działaniami. Francis Michael, najstarszy, jest nauczycielem historii, a jego własne małżeństwo przechodzi właśnie trudności. Nowi znajomi żony, ekstrawaganccy i atrakcyjni, wypełniają nie tylko jego dom, ale i cały czas jego drugiej połowy, która zaczęła kurs na uczelni. Sam nie bez winy w oziębieniu ich relacji nie umie sobie poradzić  w tej sytuacji. 

Niewiele od niego młodsza siostra Monica ma swoje własne problemy. Jej drugie małżeństwo z porządnym miłośnikiem antyków komplikuje trudna relacja z pasierbicami, które nie wydają się zachwycone, że ich tata ma nowa żonę mieszkającą w ich starym domu. Jest jeszcze trudna przeszłość z wiązana z pierwszym mężem i rozpad więzi z Aoife, najmłodszą z dzieci Grety i Roberta, która jest uważana za „najtrudniejszą” w rodzinie. 

Od urodzenia przeżywająca mniejsze i większe dramaty, nieposłuszna i niezdyscyplinowana, „na złość” sprawiająca problemy w nauce, Aoife uciekła kilka lat temu od rodziny i aktualnie mieszka w Nowym Jorku pracując jako barmanka w noc, a asystentka znanej fotografki w dzień. Również i ona ma swój sekret, który rzutuje nie tylko na jej życie, ale i na życie bliskich jej osób. 

Nie jest ona jednak jedyną osoba z sekretami w tej rodzinie. Moniki tajemnica rozbiła nie tylko związek z jej pierwszym mężem, ale i więź z siostrą. Francis Michael również ma sekret, który wyszedłszy na jaw popsuł relacje z żoną. Oczywiście, tajemnicą jest dlaczego Robert zniknął z życia swojej rodziny, ale i osoba, która nikt by nie podejrzewał o zdolność do zachowania czegokolwiek tylko dla siebie, czyli Greta, nosi w sobie ogromny ciężar, który z upływem czasu zaczął niejako tracić na wadze upchnięty w najdalszy kąt świadomości…

Nieco klaustrofobiczna opowieść, po którą sięgnęłam w chwili upałów kilka tygodni temu (tym razem zapowiadana fala upałów trwała… tydzień). Psychologiczno-obyczajowa opowieść o rodzinie o irlandzkich korzeniach postawionej w obliczu kryzysu, który zadecyduje o tym, czy będzie ona trwała dalej czy może rozpadnie się na mnóstwo małych kawałeczków. 

Historia składająca się z tajemnic, tych małych i ogromnych, których ukrycie wymaga nadludzkich wręcz wysiłków, ale czy wartych ciągłego życia w stresie? Tajemnicach, które kiedyś tam dawno powstały, a potem zostały zamiecione pod dywan po to, żeby teraz objawić się jeszcze potężniejsze niż na początku.

Jest to też historia hipokryzji. Nie takiej rozmyślnej, ale takiej jakby mimochodem. Tak jakby tamten popełniony kiedyś błąd nigdy się nie wydarzył, a późniejsze zachowanie wróciło do normalności, tak jak gdy by nic się nigdy nie wydarzyło. Takie chwilowe uchylenie od przestrzegania zasad moralnych.

Wszystko to skąpane w żarze lejącym się z nieba, oblepiającym i męczącym. Czy kiedyś naprawdę padał deszcz? Czy kiedykolwiek zrobi się chłodniej?

Wyjazd do starego domku w Irlandii, który był niegdyś obowiązkowym miejscem wakacyjnego odpoczynku, jawi się nie tylko jako możliwe wyjaśnienie tajemnic, ale i chwila odpoczynku od upału, moment upragnionej ochłody. 

Mimo, że jest to dramat pozornie rozpisany na jedynie kilka osób to jest tak gęsty i bogaty w uczucia i skomplikowane relacje, że robi się duszno nie tylko od fali upałów. Nie polubiłam żadnej postaci, wszyscy byli w mniejszym lub większym stopniu irytujący. Tak jak upał obezwładnia człowieka, tak i bohaterowie książki trwali w takim jakimś stuporze, marazmie wynikającym ze strachu przed konsekwencjami swojego działania. Jedynym, który się z tego marazmu wyrwał był właściwie zaginiony Robert. 

Świetna opowieść, o której fabule nie można napisać za wiele, bo zepsułoby to przyjemność czytania. Sięgnęłam po nią ze względu na tytuł i porę roku spodziewając się jakieś przyjemnej obyczajówki. Dostałam świetną, trzymająca w napięciu i trudną historię zwyczajnej rodziny stojącej w obliczu kryzysu. Taką, która pokazuje jak skomplikowane i trudne są relacje rodzinne, jak dzieci mimo swojej dorosłości zawsze pozostają dziećmi mającymi określone żądania względem rodziców oraz jak to rodzice w pomimo ich zwyczajności i codzienności  zawsze mogą mieć swoje własne sekrety.

W ogóle można powiedzieć, że słowa „tajemnica” i „skomplikowane relacje” to słowa kluczowe jeśli chodzi o tę powieść. Nie znaczy to jednak, że czyta się ją trudno. Jest tak wciągająca i interesująca, że połyka się ją tak szybko jak szybko zmienia się pogoda w Wielkiej Brytanii.

Polecam wszystkim miłośnikom dobrej powieści obyczajowej, zmarzluchom na rozgrzanie i wszystkim, którzy myślą, że w ich rodzinie tajemnic nie ma.

Pozdrawiam,
Kura Mania.                                                                                                                          

‘Instruction For a Heatwave’ to szósta powieść w dorobku Maggie O’Farrell, ale pierwsza, którą czytałam tej autorki. Bardzo chętnie zapoznam się z resztą jej twórczości, bo tą książką narobiła mi wielkiego smaku na resztę jej twórczości.

Zapraszam również do przeczytania tekstu o książce, w której również znika ktoś z rodziny, czyli tytułowa Bernadette z 'Where'd You Go, Bernadette?'  Marii Semple.
M.

wtorek, 21 lipca 2015

‘The Watcher in the Shadows’ Carlos Ruiz Zafon ("Światła września")




Dawno temu był sobie bardzo zdolny zegarmistrz. Pewnego razu do jego sklepu zaszedł tajemniczy klient i zamówił skomplikowany zegar, którego wskazówki miały chodzić w odwrotną niż normalnie stronę. Klient sowicie zapłacił zegarmistrzowi, a ten pracował ciężko i włożył całe swoje serce i całą swoją duszę w ten projekt. Klient był bardzo zadowolony. Krótko po tym zegarmistrz zauważył, że zaczął się gwałtownie starzeć i to tak szybko i niespodziewanie, że nie tylko nie poznawali go jego sąsiedzi, ale i on sam nie poznawał własnej twarzy w lustrze. Znalazł swojego tajemniczego klienta i zażądał wyjaśnienia. Ten powiedział mu, że jako, że włożył całą swoją duszę w ten dziwny zegarek, stracił ją i zaczął się starzeć. Zgodził się jednak odwrócić ten proces jeśli zegarmistrz odda w zamian swój cień. Zegarmistrz zgodził się bez namysłu. Kilka dni później, w okolicy doszło do kilku strasznych mordów, a świadkowie wskazali zegarmistrza jako na tego kto za nimi stał. Został on uniewinniony, ale zdał sobie sprawę, że to jego własny cień był mordercą.

Był sobie pewien nieszczęśliwy chłopiec, który w samym środku swojej rozpaczy spotkał tajemniczego osobnika, właściciela fabryki zabawek widzianej tylko przez dzieci, który obiecał mu, że kiedyś wszystko będzie dobrze i, że to on właśnie będzie kontynuował chwalebną tradycję konstruowania zabawek. W zamian jednak musiał przyrzec, że serce jego będzie należało tylko do starego fabrykanta.

Nieszczęścia dotykają każdego, a Irene oraz jej rodzina są na to przykładem. Po śmierci ojca Irene rodzina wpadła w długi. Bieda dotknęła ich dotkliwie zmuszając do niewdzięcznej pracy i sprzedania prawie wszystkich rzeczy. Kiedy matka Irene dostaje propozycję pracy na francuskim wybrzeżu jako zarządczyni domu i biznesów tajemniczego  Lazarusa Janna wydaje się to długo wyczekiwaną odmianą losu wreszcie na lepsze. 

Mimo tajemnicy osnuwającej domostwo wytwórcy zabawek na która się składa nie tylko obłożnie chora żona, której nikt nigdy nie widzi, dziwne światełka z opuszczonej latarni morskiej położonej na niewielkiej wysepce nieopodal, ale i sam dom wypełniony do cna przedziwnymi mechanicznymi automatami, zabawkami, zegarami i najdziwniejszą maszynerią. Wszystko to, cudowne i straszne zarazem, sprawia, że życie Irene, jej brata oraz matki nabiera całkiem nowego wymiaru. 

Jednak spokojne życie rodziny przerywa brutalne morderstwo młodej kucharki w domu Janna, Hannah, która była nie tylko ulubienicą całej wioski, ale i przyjaciółką Irene. Okazuje się, że już wcześniej takie niewyjaśnione morderstwa miały miejsce w lesie okalającym posiadłość fabrykanta zabawek. Późniejsze, dziwne i przerażające wydarzenia, już na zawsze zapadną w pamięć nie tylko rodzinie, ale i Ismaelowi, kuzynowi, którego z Irene połączyło niezwykłe uczucie.

 ‘The Watcher in the Shadows’, czyli "Światła września" to trzecia pozycja z cyklu Trylogia mgły skierowanej do młodzieży, na którą składają się "Książę mgły" oraz "Pałac północy". Książki nie są powiązane ze sobą, więc spokojnie można je czytać w dowolnej kolejności. 

Nie wiem czy to dzięki odpowiedniemu momentowi, czy może potrzeba przeczytania czegoś nowego, ale połknęłam tę książkę w jeden wieczór z wypiekami na twarzy. Szybka akcja, pełna smakowitych detali, ale i bez zbytniego skomplikowania fabuły nasycona jest elementami nadnaturalnymi, lekko przerażającymi i nieoczywistymi. To jak  skrzyżowanie powieści gotyckiej z atmosferą The Turn of the Screw” z lekkim romansem młodzieżowym (całkiem fajny wątek nastoletniej miłości między piętnastoletnią Irene a o rok starszym Ismaelem, który nie zdominował fabuły, a jedynie dodał jej koloru). Plus motyw faustowskiego paktu. Cały ten miks sprawia, że ciężko oderwać się od lektury. 

Jest tu wszystko co lubię – wspomniana atmosfera nieoczywistego zagrożenia, elementy nadnaturalne, szczypta wątku miłosnego oraz przerażający finał na bogato. Są też takie drobnostki do których mogłabym się doczepić (oprócz ogromnej czcionki, od której rozbolały mnie oczy, ale to wina wydania, nie powieści oczywiście) takie jak według mnie niepotrzebny epilog powieści, czyli odpowiedź Irene na otwierający powieść list Ismaela. Pomimo prostoty i lekkiej przewidywalności powieści jest ona naprawdę godna polecenia, pełna akcji oraz nasycona interesującymi szczegółami.

Polecam wszystkim tym, którzy potrzebują lektury, która porwie, miłośnikom grozy, mrocznych cieni czających się w kątach pokoju oraz tym, którzy kochają totalnie.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.