Pokazywanie postów oznaczonych etykietą supernatural. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą supernatural. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2016

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” Leslye Walton




Każdy człowiek nosi w sobie historię. Nie tylko historię własnych przeżyć i dokonań, ale i również opowieść o wiele obszerniejszą, której jest jedynie małą częścią. Czasem, żeby dobrze zrozumieć siebie lub uczynić swoją historię zrozumiałą dla innych trzeba się cofnąć w przeszłość. Opowiedzieć wypadkową jakich żyć się jest, co nas stworzyło i dla kogo byliśmy drodzy.

Spójrzcie na Avę, która dla większości będzie dziewczyną, która urodziła się ze skrzydłami, dziwolągiem z dziwacznej rodziny, nastolatką, w której najważniejszy jest jej pierzasty element.

Dlatego Ava musi się cofnąć w przeszłość, aż do losów swoich pradziadków, aby pokazać, że jest częścią pewnej historii, a  nie cudacznym wynaturzeniem. Korzenie Avy sięgają Francji skąd, pod wpływem przemożnego impulsu i marzenia o american dream, wyemigrowali jej pradziadkowie. Opowiadając kolejne rozdziały historii swej rodziny Ava opowiada sagę o miłości szaleńczej, o śmierci, która pod wpływem namiętności przychodzi przedwcześnie, o niesamowitym szczęściu i o samotności. 

Z jednej strony jest to opowieść o emigrantach, którzy słono musieli zapłacić za życie w Nowym Świecie niezbyt różniąca się od innych rodzin. Ciągłe zaczynanie od nowa i sukces okupiony ciężką pracą to taka stereotypowa fabuła.  Z drugiej jednak strony, jest to baśniowa historia o tajemniczych wypadkach, o zmienieniu się w małego ptaszka, o niemożności przejścia zmarłych do innego świata, o ich ciągłej irytującej obecności, o postanowieniu zamknięcia serca na trzy spusty, o indiańskiej magii, o powolnym zanikaniu, aż do kupki prochu i o nauce latania.

Nagle okazuje się, że na tle przeżyć przodków dziewczyny własna historia Avy nie jest taka szczególna. Ot, zwykła nastolatka chcąca się zabawić z rówieśnikami, chcąca kochać i przyjaźnić się, malująca usta i farbująca włosy, taka, której serce rwie się do świata poza murami domu, z którego ma nie wychodzić. Tytuł powieści wprowadza nas w błąd. Ava jest wciąż nastolatką i wcale nie przydarza się jej nic cudownego, a i osobliwym ciężko by nazwać dramatyczne wydarzenia, które stały się jej udziałem. Cudowność i osobliwość otacza za to ją dookoła. Znajdujemy je bowiem w historiach ludzi ją otaczających – rodzinie, przyjaciołach i sąsiadach.

Autorka wykreowała niesamowity świat, wypełniony nadprzyrodzonymi wydarzeniami oraz baśniową magią, w którym granica pomiędzy tym co rzeczywiste a tym co nadprzyrodzone jest zatarta.
Czy to będziemy czytać dosłownie historię rodziny Avy czy może jednak wybierzemy bardziej metaforyczne podejście do zrozumienia wydarzeń w niej opisujących jest to lektura niecodzienna, wciągająca i przejmująca.

Historie ludzi skrzywdzonych, pozornie szczęśliwych i zaślepionych przeplatają się ze sobą pozornie nigdzie nie prowadząc i pozostawiając czytelnika w stanie zaciekawienia i rosnącego napięcia, które swoją kulminacje ma w szokującym wypadku (jeśli można to nazwać wypadkiem) Avy. Gdyby nie to, że tytułowa bohaterka robi krok w tył, przechodzi bolesną przemianę,  wiele z postaci zaludniających karty książki nie byłoby w stanie pójść do przodu. To takie swoiste katharsis, które zatrzęsło małą lokalną społecznością.

Jest to historia o dojrzewaniu i nauce życia. Nie tylko dojrzewaniu tytułowej bohaterki, ale i innych postaci. Ktoś będzie musiał nauczyć się mówić o swoich uczuciach, ktoś inny musi zdać sobie sprawę, że niedopuszczanie do siebie miłości i zatracenie się w pracy nie ochroni przed śmiercią i stratą. Ktoś inny musi dojrzeć do myśli, że świat nie kończy się na jednej kochanej przed laty osobie. Ktoś przejrzy na oczy. Wiele z postaci przedstawionych w powieści jest uczuciowymi kalekami. Teraz nadchodzi czas rozwinięcia skrzydeł i nauki latania.

Jest to powieść pięknie napisana. Szczególnie opisy są tak bardzo w punkt. Tylko, że coś mi się zrobiło, że podczas lektury cały czas miałam wrażenie, że no tak jakbym nie czytała jej własnym głosem, a ktoś by mi cicho i miękko, prawie na granicy szeptu opowiadał historię rodziny Avy. Co muszę przyznać było leciutko creepy.

Baśniowość historii o której zbyt często wspominam objawia się w nie tylko w budowaniu postaci, czyli takim skupieniu na jednej cesze lub jednym wydarzeniu, ale też rodzaju zdarzeń. Wykrawanie serca, zamienianie się w kanarka lub magiczne właściwości jedzenia są jakby żywcem zaczerpnięte z  oryginalnych baśni. 

W pewnym jednak momencie pomyślałam sobie, że nastąpi jednak odbaśniowienie powieści. Po tym co przydarzyło się Avie pomyślałam, że ten baśniowy czar czy może raczej klątwa ciążąca na jej rodzinie zniknie, a poszczególne postaci przejrzą na oczy i wszystko się wyprostuje. Autorka jednak nie zrezygnowała z elementów magicznych i, niestety, przydarzyło się to straszliwie pompatyczne, nieco zakrawające o kicz zakończenie, które jednak było dla mnie pewnym zgrzytem w tej bardzo dobrze napisanej historii. No, ale może baśniowe postaci zasługują jedynie na baśniowy finał?

Jeszcze jeden malutki minusik to historia poprzedniej właścicielki fioletowego domu Avy, która pomimo tego, że pasująca do atmosfery całej opowieści w sumie niewiele w nią wnosiła.

Polecam wszystkim, którzy nie boją się czytać smutnych historii. Lirycznych, ale i tak strasznie smutnych wypełnionych cierpieniem, niespełniona miłością, samobójstwem, śmiercią, duchami. Takie, których słodkich smutek nie zasłania nawet delikatność precyzyjnego języka i nieśmiała nadzieja.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę wygrałam  w konkursie instagramowym Wielkanocnym organizowanym przez lubieczytac.blogujaca.pl

wtorek, 21 lipca 2015

‘The Watcher in the Shadows’ Carlos Ruiz Zafon ("Światła września")




Dawno temu był sobie bardzo zdolny zegarmistrz. Pewnego razu do jego sklepu zaszedł tajemniczy klient i zamówił skomplikowany zegar, którego wskazówki miały chodzić w odwrotną niż normalnie stronę. Klient sowicie zapłacił zegarmistrzowi, a ten pracował ciężko i włożył całe swoje serce i całą swoją duszę w ten projekt. Klient był bardzo zadowolony. Krótko po tym zegarmistrz zauważył, że zaczął się gwałtownie starzeć i to tak szybko i niespodziewanie, że nie tylko nie poznawali go jego sąsiedzi, ale i on sam nie poznawał własnej twarzy w lustrze. Znalazł swojego tajemniczego klienta i zażądał wyjaśnienia. Ten powiedział mu, że jako, że włożył całą swoją duszę w ten dziwny zegarek, stracił ją i zaczął się starzeć. Zgodził się jednak odwrócić ten proces jeśli zegarmistrz odda w zamian swój cień. Zegarmistrz zgodził się bez namysłu. Kilka dni później, w okolicy doszło do kilku strasznych mordów, a świadkowie wskazali zegarmistrza jako na tego kto za nimi stał. Został on uniewinniony, ale zdał sobie sprawę, że to jego własny cień był mordercą.

Był sobie pewien nieszczęśliwy chłopiec, który w samym środku swojej rozpaczy spotkał tajemniczego osobnika, właściciela fabryki zabawek widzianej tylko przez dzieci, który obiecał mu, że kiedyś wszystko będzie dobrze i, że to on właśnie będzie kontynuował chwalebną tradycję konstruowania zabawek. W zamian jednak musiał przyrzec, że serce jego będzie należało tylko do starego fabrykanta.

Nieszczęścia dotykają każdego, a Irene oraz jej rodzina są na to przykładem. Po śmierci ojca Irene rodzina wpadła w długi. Bieda dotknęła ich dotkliwie zmuszając do niewdzięcznej pracy i sprzedania prawie wszystkich rzeczy. Kiedy matka Irene dostaje propozycję pracy na francuskim wybrzeżu jako zarządczyni domu i biznesów tajemniczego  Lazarusa Janna wydaje się to długo wyczekiwaną odmianą losu wreszcie na lepsze. 

Mimo tajemnicy osnuwającej domostwo wytwórcy zabawek na która się składa nie tylko obłożnie chora żona, której nikt nigdy nie widzi, dziwne światełka z opuszczonej latarni morskiej położonej na niewielkiej wysepce nieopodal, ale i sam dom wypełniony do cna przedziwnymi mechanicznymi automatami, zabawkami, zegarami i najdziwniejszą maszynerią. Wszystko to, cudowne i straszne zarazem, sprawia, że życie Irene, jej brata oraz matki nabiera całkiem nowego wymiaru. 

Jednak spokojne życie rodziny przerywa brutalne morderstwo młodej kucharki w domu Janna, Hannah, która była nie tylko ulubienicą całej wioski, ale i przyjaciółką Irene. Okazuje się, że już wcześniej takie niewyjaśnione morderstwa miały miejsce w lesie okalającym posiadłość fabrykanta zabawek. Późniejsze, dziwne i przerażające wydarzenia, już na zawsze zapadną w pamięć nie tylko rodzinie, ale i Ismaelowi, kuzynowi, którego z Irene połączyło niezwykłe uczucie.

 ‘The Watcher in the Shadows’, czyli "Światła września" to trzecia pozycja z cyklu Trylogia mgły skierowanej do młodzieży, na którą składają się "Książę mgły" oraz "Pałac północy". Książki nie są powiązane ze sobą, więc spokojnie można je czytać w dowolnej kolejności. 

Nie wiem czy to dzięki odpowiedniemu momentowi, czy może potrzeba przeczytania czegoś nowego, ale połknęłam tę książkę w jeden wieczór z wypiekami na twarzy. Szybka akcja, pełna smakowitych detali, ale i bez zbytniego skomplikowania fabuły nasycona jest elementami nadnaturalnymi, lekko przerażającymi i nieoczywistymi. To jak  skrzyżowanie powieści gotyckiej z atmosferą The Turn of the Screw” z lekkim romansem młodzieżowym (całkiem fajny wątek nastoletniej miłości między piętnastoletnią Irene a o rok starszym Ismaelem, który nie zdominował fabuły, a jedynie dodał jej koloru). Plus motyw faustowskiego paktu. Cały ten miks sprawia, że ciężko oderwać się od lektury. 

Jest tu wszystko co lubię – wspomniana atmosfera nieoczywistego zagrożenia, elementy nadnaturalne, szczypta wątku miłosnego oraz przerażający finał na bogato. Są też takie drobnostki do których mogłabym się doczepić (oprócz ogromnej czcionki, od której rozbolały mnie oczy, ale to wina wydania, nie powieści oczywiście) takie jak według mnie niepotrzebny epilog powieści, czyli odpowiedź Irene na otwierający powieść list Ismaela. Pomimo prostoty i lekkiej przewidywalności powieści jest ona naprawdę godna polecenia, pełna akcji oraz nasycona interesującymi szczegółami.

Polecam wszystkim tym, którzy potrzebują lektury, która porwie, miłośnikom grozy, mrocznych cieni czających się w kątach pokoju oraz tym, którzy kochają totalnie.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

wtorek, 17 lutego 2015

'Daisy Miller and The Turn of the Screw' Henry James ("W szponach lęku")

Dziś przedstawiam drugą nowelę z zestawu, czyli 'The Turn of the Screw'


Chcesz usłyszeć prawdziwie przerażającą historię? Taką, która spowoduje, że po kręgosłupie przejdzie Cię zimny dreszcz, a w Twoim umyśle zagnieździ się nieokreślony lęk? Jeśli tak, to dzielisz tą chęć z grupą ludzi, którzy w myśl kiedyś popularnej tradycji opowiadają sobie historię o duchach w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Jedna z osób ma rękopis opowiadający o przeżyciach w pewnej wiejskiej rezydencji w Anglii. Czy odważysz się jej wysłuchać?

Guwernantka, dwudziestolatka o niewielkim doświadczeniu życiowym, zgadza się przyjąć posadę w Bly, wiejskiej posiadłości należącej do pewnego przystojnego dżentelmena na stałe mieszkającego w Londynie. Jest on wujem dwóch sierot, dziesięcioletniego Milesa i ośmioletniej Flory, których to nauczaniem ma się zająć młoda kobieta, której imienia nie poznajemy. W dużej posiadłości jest jeszcze trochę służby i Mrs Grose, gospodyni. Zostaje ona powiernicą i przyjaciółką guwernantki oraz służy jej często radą, pomimo tego, że sama stawia się o wiele niżej niż młoda kobieta z racji swojego analfabetyzmu.

Dzieci wydają się prawdziwymi aniołkami. Piękne buzie chwytają za serce. Tak samo jak i ich gorące przywiązanie do swojej guwernantki, nieskazitelne maniery i rozliczne talenty. Jednak nie wszystko jest tak idealne jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Miles zostaje wydalony ze szkoły, a w liście przysłanym przez jej dyrektora nie ma ani słowa o powodzie, dla którego to zrobiono. Dzieci ani słowem nie wspominają o swoim życiu sprzed przybycia nowej guwernantki. Miles nie mówi o szkole czy o swoich kolegach, a Flora ani razu nie wspomniała poprzedniej guwernantki, która w dziwnych okolicznościach nagle wyjechała.

Młoda guwernantka, pomimo absolutnego oczarowania tą dwójką, zauważa, że coś niedobrego dzieje się w domu. Pewnego dnia widzi przystojnego, rudego mężczyznę na jednej z wież posiadłości. Okazuje się, że jest to Peter Quint, który poprzedniego lata pracował dla wuja dzieci i spędzał szczególnie wiele czasu z chłopcem. Quint jednak umarł! Nie jest to jedyna zjawa, którą widzi młoda kobieta. Drugą jest piękna jakąś straszną urodą panna Jessel, poprzednia guwernantka, która miała romans z Quintem, a po odejściu z pracy również umarła. Dwudziestolatka jest jedyną osobą, która widuje oba duchy, ale w miarę upływu czasu zyskuje pewność, że również i dzieci kontaktują się ze zjawami i rozmyślnie ukrywają to przed dorosłymi.
Odkrycie fałszu w zachowaniu Flory i Milesa jest prawdziwym wstrząsem zarówno dla guwernantki, jak i gospodyni. Teraz wszelkie działania młodej kobiety dążą do uchronienia dzieci przed złym wpływem zjaw, choć podejrzewa ona, że młode duszyczki zostały już skażone niemoralnym prowadzeniem się martwej pary jeszcze zza ich życia. 

Prawdziwą sensacją jest moment, kiedy guwernantka widzi pannę Jessel w towarzystwie pani Grose i Flory. Jednak zarówno gospodyni, jak i dziewczynka zaprzeczają, że cokolwiek widziały. Mimo to pani Grose dalej wspiera guwernantkę i na jej życzenie zabiera dziewczynkę, aby odpoczęła od niezdrowej atmosfery domu do wuja. Kiedy dwudziestolatka zostaje sam na sam z Milesem odbywają oni dziwną rozmowę. Chłopiec przyznaje się, że ukradł napisany przez guwernantkę list do wuja i go spalił, ale kiedy kobieta wskazuje na zaglądającego przez okno ducha Quinta, Miles nie potwierdza tego, że również go widzi. Nowela kończy się zaskakująco i dramatycznie (nie napiszę jednak jak zostawiając to Tobie do odkrycia).

Co jest cecha charakterystyczną tej noweli? Myślę, że psychologiczny aspekt utworu. Nie jest to typowa historia o duchach. Dostajemy wgląd w psychikę głównej bohaterki, która opisując swoje uczucia i rozterki wprowadza niezdrową atmosferę obsesji i lekkiego obłąkania. Smaku dodaje fakt, że nikt oprócz niej nie widzi duchów. Powstaje więc pytanie czy one naprawdę istniały czy były jedynie chorym wytworem udręczonego umysłu kobiety. 

Mogło być to spowodowane jej stłamszoną seksualnością, jak chciałby to widzieć Freud (a jakżeby inaczej). Mi jednak odpowiada myśl, że kobieta, której wychowanie odbywało się głównie w domu i której doświadczenie życiowe jest mizerne, nabiła sobie głowę pewnymi szlachetnymi ideami. Postawiła się ona w sytuacji udręczonej bohaterki dzielnie chroniącej niewinność dzieci, choćby za wszelką cenę. Nawet kiedy zaczyna ona podejrzewać, że kryształowe młode duszyczki nie są tak nieskalane jak z początku myślała, winą za to obarcza zgubny wpływ poprzednich ich opiekunów. Stawia siebie między diabelskimi siłami, a duszami dzieci, które są stawką w tej walce. 

Dlaczego guwernantka przyjęła, że jej podopieczni są tak idealni? Głównie dlatego, że dzieci miały anielskie oblicza. Również to z powodu fizycznej atrakcyjności ich wuja zgodziła się przyjąć tę posadę. Pokazuje to jak małe ma ona doświadczenie i jak bardzo nie zna się na ludziach. Nie boi się jednak duchów, a jej postawa charakteryzuje się odwagą. 

Z drugiej jednak strony, może dlatego tylko ona widzi oba duchy, bo jest wyjątkowo wrażliwa i w pewien sposób nieskażona przez obce wpływy? Przecież podała pani Grose dokładny opis obu osób, których w życiu nie widziała i o których nawet nie słyszała. Również i zachowanie dzieci wydaje się dosyć podejrzane. Idealnie potrafią one okręcić swoje opiekunki wokół małego paluszka. Tak chcą przypodobać się swojej guwernantce, że niejako wyprzedzają jej pragnienia i myśli robiąc to co jej się by najbardziej podobało. To tu to tam przemykają małe fragmenty wiadomości o tym, ze Miles nie do końca jest tak dobry jakim się zdaje. Okazuje się, że jest zdolny do zła, co z resztą sam czasem mówi swojej opiekunce. 

Siła tej opowieści tkwi w niedopowiedzeniu. Nie wiemy jakie zło czyha ze strony duchów na dzieci. Na pewno nie jest to zło fizyczne, ale bardziej jest to groźba skalania ich charakteru i sprowadzenie ich na złą drogę. Również sposób prowadzenia się panny Jessel i Quinta nie jest opisany dosłownie, a dowiadujemy się o nim z informacji wyrwanych przez guwernantkę od pani Grose. Nie wiemy dlaczego Miles został usunięty ze szkoły, a obie opiekunki nie wnikają w tą sprawę głębiej. Wszędzie są jedynie niedopowiedzenia i przypuszczenia wysnute na podstawie przemyśleń guwernantki. Spiętrzają się one wprowadzając skisłą lepkość, która przywiera do czytelnika nie dając mu chwili odpoczynku od fabuły. 

Dodatkowo atmosferę niepokoju i nieokreślonego lęku podsycają pewne zabiegi autora. Kiedy po raz pierwszy guwernantka widzi rudowłosą zjawę wszelkie dźwięki cichną, ptaki zamierają i zapada złowroga cisza. W innych przypadkach już po zapadnięciu mroku nagle gaśnie świeca. Takie proste zabiegi, niby oczywiste i takie do których już powinnam przywyknąć, sprawiały, że zaczynałam czuć się nieswojo.

Czy jest to opowieść o duchach czy może opis psychologicznego rozpadu umysłu młodej kobiety to już zostawiam Tobie do zdecydowania. Jednak kiedy, zaczniesz czytać ‘The Turn of the Screw’ nie nastawiaj się na typową historię o zjawach, a na powolne zanurzanie się w syropie złożonym z szaleństwa, obsesji i niedopowiedzenia.

Polecam wszystkim fanom psychologicznych rozkmin, nietypowych opowieści o duchach, oraz tym, którzy mają swoje podejrzenia w stosunku do słodkich, blondwłosych dzieciątek. 

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

czwartek, 8 stycznia 2015

„Takeshi. Cień Śmierci” Maja Lidia Kossakowska






Takeshi. Jedno z wielu imion przez lata przybieranych przez mężczyznę o niesamowitych zielonych oczach. Imię, z którym dobrze się czuł i które sam sobie wybrał. Pasowało do niepozornego, lekko przygarbionego holopacykarza podróżującego po wioskach oferując swoje usługi artysty przy odnawianiu szyldów lub odnawianiu wnętrz.

Przez siedem lat nikt nie odkrył tego co znajduje się na dnie serca Takeshiego. Odwiecznego, mrocznego cienia, który pomimo lat ukrycia i pozornego zapomnienia, wciąż czai się, aby przejąć kontrolę. Aby odżyć i zawładnąć Takeshim, sprawić, żeby znów stał się Cieniem Śmierci – idealnym wojownikiem wytresowanym w Zakonie Czarnej Wody, którego życie wypełnione było zapachem krwi, widokiem flaków i wszechogarniającą śmiercią. 

Przez siedem lat, mężczyzna był Takeshim, ale to nie oznacza, że zapomniało o nim przeznaczenie. Kiedy zbliża się do Zimnej Wody, małej wioski w górach, nie wie, że już nie długo  na drodze zwykłego holoartysty stanie psychopatyczna czarna gejsza, domorosła księżniczka, dawna miłość i stary przyjaciel, który nie jest do końca człowiekiem. Przeznaczenie upomni się o Takeshiego, a on będzie musiał zrobić to co należy, nawet jeśli będzie to oznaczać powrót Cienia Śmierci.

Cóż to była za lektura! Taka dla której zarywasz noc mimo tego, że wiesz, że jutro musisz wcześnie wstać. Świat stworzony przez Kossakowską to przyszłość, która zasiedlona wiele wieków temu przez prawdopodobnie Ziemskich osadników teraz przeżywa regres. Jedyną szansą na przetrwanie, zapisaną w starych pismach, które teraz bardziej traktuje się jak bajki niż wytyczne, to ścisłe stosowanie się do stworzonych w przeszłości reguł i praw oraz kultywowanie dawnych zwyczajów, które mają utrzymać wysoki poziom społeczeństwa. 

Jak to jednak zrobić kiedy świat ten zasiedlony jest, oprócz ludzi, przez magiczne istoty, krwiożercze demony, mściwe duchy, a bogowie albo mają to wszystko gdzieś albo chcą zrobić swoim podopiecznym na złość. Dorzućmy do tego rywalizujące ze sobą gangi, szogunów i panów włości, którzy ciągle walczą ze sobą o strefy wpływów, jak i kilka Zakonów specjalizujących się w bardzo osobliwych funkcjach, które nie koniecznie współpracują za sobą, i już wiesz, że nie może być dobrze. Takeshi, wrzucony w sam środek wiru wydarzeń ma odegrać w nich rolę kluczową, ale nic nie jest do końca przesądzone. Nawet dla starego, mądrego smoka-wróżbiarza przyszłość jest mglista.

Świat przedstawiony przez autorkę wypełniony jest miksem złożonym z mitologii i tradycji japońskiej, stosunków feudalnych i po szczypcie wierzeń z innych kręgów kulturowych (patrz: El Chupacadabra). Jeśli chodzi o kulturę japońską to jedyne co mogę o niej powiedzieć to to, że piłam sake do sushi, ale dla takiego laika jak ja świetnie Kossakowskiej to wszystko wyszło. Dostajemy oczywiście słowniczek najważniejszych pojęć na końcu powieści, ale i bez niego bardzo łatwo rozeznać się kto kim jest i jaką role odgrywa. Najbardziej przypadła mi do gustu rola magicznych zwierząt, takich np. jak lisy czy jenoty, która jednak dla Europejczyka jest czymś zupełnie nowym. 

Ważną sprawą dla postaci zasiedlających Wakumi jest karma, której lepiej sobie nie zbrukać, bo można się odrodzić jako coś paskudnie niemiłego w przyszłym życiu. Oczywiście nie dotyczy to członków Zakonu Przerwanego Kręgu, którzy twierdzą, że przerwali odwieczny cykl reinkarnacji i sami potrafią sobie wybrać osobę, w której chcą się odrodzić. Powszechne jest również dosyć fatalistyczne podejście do spraw codziennych – spotyka nas coś złego, cóż, taki dzos i tyle.  

Czymś co naprawdę mi się spodobało są opisy walk i tortur – krew się leje strumieniami, cierpienie jest do nie wytrzymania, a blizny straszliwe. Utrzymane w klimacie Kill Billa, więc naprawdę wszystko spływa posoką. No lubię takie mięsne klimaty i już. W ogóle opisy są mocna stroną powieści – bardzo sugestywne i kolorowe. Choć mam tutaj też małe zastrzeżenie – niektóre są zbyt poetyckie na mój gust, a ciągłe powtórzenia dotyczące tych niesamowicie zielonych oczu Takeshiego czy setne podkreślanie jaką to tygrysią naturę ma dama Funoko trąci kiczem. Na całe szczęście, wartka akcja ratuje sprawę. Po za tym, wydaje mi się, że to lekkie przerysowanie jest częścią świata przedstawionego w powieści.

Ponieważ jest to pierwsza część trylogii akcja jest trochę pocięta. Poznajemy Takeshiego i jego przygody w Zimnej Wodzie, ale przetykane jest to retrospektywnymi fragmentami poświęconemu np. jego życiu w Zakonie. Dodatkowo, poznajemy władców i panów na włościach oraz szalone rodzeństwo gangsterów, których role są kluczowe w rozwoju akcji. Trochę to wszystko chaotyczne, ale jest na tyle ciekawe i wciągające, że dobrze się czyta. Oczywiście, Takeshi to główny bohater, ale to właśnie ludzkość, a nie magiczne zwierzęta, demony czy bogowie grają tutaj pierwsze skrzypce. 

„Takeshi. Cień Śmierci” kończy się tak, że nie mogę się doczekać kolejnej części (kolejny must have). Od pierwszej strony całkowicie zanurzyłam się w powieści przypominającej mi trochę jaskrawe, podświetlane  obrazki, które dalej można kupić na bazarach.Wiesz o co chodzi, taki widoczek z jadowicie zielonymi lasami plus wodospad pośrodku. Mamy tutaj trochę kiczu, wiele dumy i honoru, miłość, nienawiść, szacunek i pogardę, a przede wszystkim mocny kręgosłup moralny głównego bohatera, który każe mu robić to co słuszne, pomimo tego jak bardzo beznadziejne się może to wydawać.

Polecam wszystkim fanom dobrej, soczystej fantastyki, stylistyki godnej Quentina Tarantino oraz tym, którzy tradycyjną kulturę Japonii lubią wymieszać z Kawaii.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

A, byłabym zapomniała, książka jest pięknie wydana. „Mechata” okładka, ciekawy rozkład strony (sama nie wiem jak to nazwać), małe grafiki dzielące rozdziały i czerwona jak koraliki krwi lub kimono Mariko wstążeczka występująca w roli zakładki. 

M.


Książka przeczytana w ramach wyzwania GRA W KOLORY, jak i KLUCZNIKA 2015 (spod choinki, niewspółcześnie).

czwartek, 4 grudnia 2014

'Broken Homes' Ben Aaronovitch


This book is dedicated to all the people who get up and do something about it, whatever ‘it’ is and however small things it is they do.

Książka zaczyna się od tajemniczego wypadku samochodowego. Wypadku, w którym kierowca jest w szoku, a bagażnik upaćkany jest krwią. Mnóstwo, mnóstwo krwi, ale nie jest to krew kierowcy. Więc kogo? Dodatkowo jest jeszcze dziwna śmierć samobójcza – pewien mężczyzna rzucił się pod pociąg metra, ale wcześniej nie wykazywał żadnych oznak przygnębienia czy noszenia się z takim zamiarem. Później w lesie znaleziono okaleczonego trupa – kobieta nie ma twarzy, a w pozostałych z niej tkankach znaleziono ślady magicznej interwencji. Pełno spraw, ale czy mają one wspólny mianownik? Dodatkowo trójka z the Folly – Peter, Lesley i Nightingale – próbuje dotrzeć do potężnego czarownika, ochrzczonego mianem Faceless Man, który gdzieś w Londynie lub okolicach prowadzi swoja zbrodniczą działalność. 

Czwarta część przygód policjanta Petera Granta skierowana jest do czytelników, którzy znają już części poprzednie. Wpadamy w sam środek historii, której główną osią jest walka z potężnym i niebezpiecznym przeciwnikiem. Niestety, ta część znacząco odbiega poziomem od poprzednich. Przez pierwsze 2/3 książki wieje nudą. Dostajemy kilka wątków tak rozstrzelonych, że ciężko znaleźć rzecz, która je łączy. Źle się to czyta. Niby wiele się dzieje, a tak naprawdę nie dzieje się nic. Na dodatek, przedstawienie pracy policyjnej było zawsze mocną stroną poprzednich powieści, a w przypadku tej mnogość szczegółów i skrótów oraz suche opisy jedynie nużyły. Oczywiście, w dalszym ciągu mamy tutaj tą dwoistość pracy, którą muszą się charakteryzować pracownicy the Folly, czyli takie sporządzanie raportów, aby nie urazić co bardziej bardzie twardo stąpających na ziemi pracowników policji, a jednocześnie pisanie drugich raportów już ze wszystkimi szczegółami dla użytku własnego. Fajne jest to, że nawet ci twardogłowi policjanci przyjmują do wiadomości istnienie the Folly, ale wolą raczej się nad tym nie rozwodzić.

So I waited in the porch and wrote up my notes. I have two sets, the ones that go in my Moleskine and the slightly edited ones that go into my official Met issue book. This is very bad procedure, but sanctioned because there are some things the Met doesn’t want to know about officially. In case it might upset them.

 Męczyłam się czytając i brnęłam w powieść jak za karę. Brakowało również humoru charakterystycznego dla poprzednich przygód Granta. Ta część jest o wiele poważniejsza.

Prawie, że straciłam nadzieję na dobrą lekturę kiedy to rozpoczęty został wątek dotyczący architektury i jej związków z magią. Dostajemy opętanego pewna ideą architekta, który wybudował w centrum dzielnicy Londynu, Elephant and Castle, przedziwny budynek, którego budowla miała dwa cele. Pierwszy jest zgodny z nazwą.  Skygarden Estate, ogromny budynek mieszkalny z zaprojektowanymi dużymi balkonami, które miały być docelowo tak obrośnięte roślinnością, że stworzyłyby swoiste „wiszące ogrody”. Innowacyjna idea z przeszłości łącząca użyteczność z naturą. Niestety, nic z tego nie wyszło. Obecnie Skygarden Estate zamieszkane jest przez ludzi balansujących na granicy marginesu, desperatów pamiętających jej lepsze czasy i tych, którzy dostali mieszkania z urzędu. Większość mieszkań i tak jest pusta i zaplombowana. Drugi cel związany był z ideą „korony miasta”, punktu skupiającego w sobie energię pobieraną z aktywności ludzkiej, która po skumulowaniu miała zostać wykorzystana… ale do czego? I jak dokładnie miało to wszystko działać? Kiedy Peter wraz z Lisley wprowadzają się do jednego z wielu pustych mieszkań w nietypowym wieżowcu zaczęłam wyczuwać, że o to właśnie w tej historii chodzi, że opowieść zaczyna pulsować. Dalej jest poważnie, poruszane są np. ważne kwestie społeczne (i mogę zapewnić z własnego doświadczenia, bardzo aktualne), ale robi się jakby mroczniej. Ostatnie strony książki sprawiły, że siedziałam z otwartą buzią tępo patrząc w ścianę przede mną z książką leżącą na kolanach. Nuda, nuda, nuda, i nagle BANG! Tak jak na stronie setnej pomyślałam, że seria leży i kwiczy i postanowiłam, że nie będę czytać kolejnej części, to po skończeniu opowieści nie mogę się doczekać kolejnej. Dostałam wszystko to za co kocham te książki – wartka akcja, świetny pojedynek Nightingale’a z the Night Witch, sprytna praca policyjna i humor. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, mimo, że teraz widzę, że autor delikatnie podsuwał nam pewne wskazówki. Z pewną obawą czekam na kolejna część – czy autor wyjaśni zagadki z poprzednich czterech czy jedynie dostaniemy kolejne mgliste tropy i niedopowiedzenia?

Mocna stroną ‘Broken Homes’ jak i poprzednich tytułów z serii jest opis Londynu. Opis taki, że w sumie nawet nie zauważamy, że to jest opis. Dostajemy tętniąca życiem metropolię, możemy poczuć smak spalin i zmieszanych zapachów z restauracji  serwujących kuchnie całego świata, w ustach zostaje nam posmak taniego żarcia i słabej kawy, a okraszone jest to dużą dawką ciekawych faktów historycznych, anegdotek i ciekawostek co sprawia, że Londyn staje się jednym z głównych bohaterów.  Jak szara eminencja, której istnienia nie do końca jesteśmy świadomi, a bez której nic nie byłoby takie same. 

Heygate Estate, które mają być pierwowzorem dla Skygarden Estate

Jak już wspomniałam, Aaronovitch porusza ważne kwestie społeczne w ‘Broken Homes’. Jednych z problemów z jakim borykają się councils, czyli takie jakby rady miasta, jest brak mieszkań socjalnych. Takie mieszkanie w teorii może dostać prawie każdy. Każdy może złożyć stosowną aplikację. Pod uwagę brane są zarobki, liczba dzieci, warunki w jakich się aktualnie mieszka. Obecnie średnia czasu oczekiwania na mieszkanie z councilu w mieście, w którym ja mieszkam to 5 lat. My już czekamy rok i pewnie jeszcze kilka ładnych lat poczekamy. Council remontuje kuchnię i łazienkę, resztę trzeba odnowić samemu. Zaleta takiego mieszkania jest niski czynsz, zazwyczaj o 50% niższy niż w przypadku wynajmowania przez  agencję czy od prywatnych właścicieli. W pierwszej kolejności mieszkania takie dostają ludzie bezrobotni, niezdolni do pracy czy samotne matki. W praktyce jednak wielu ludzi specjalnie nie podejmuje pracy żyjąc na tzw. benefitach, czyli zasiłkach i żyje sobie z czwórką dzieci na koszt państwa pijąc przy tym tani cydr czy popalając trawę. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale tak właśnie bywa. I to bez względu na narodowość. W Skygarden Estate część ludzi prowadzi lekko podejrzane interesy lub ma problemy z narkotykami. Są jednak też tacy, którzy pamiętają jak kiedyś było w wieżowcu i wierzą, że może być tak jak wymarzył to sobie architekt – zielono, pięknie i przyjaźnie. Niestety, czym jest jednostka wobec machiny deweloperów i biznesmenów , którzy mają chrapkę na duży teren w środku londyńskiej dzielnicy? Urząd miasta również nie pomaga – zamiast wyremontować mieszkania i oddać je do użytku potrzebującym wolą je zaplombować po to jedynie aby coraz bardziej zmniejszać liczbę mieszkańców, a przez to zniechęcać nowych do wprowadzania się. Smutny ma wydźwięk ten wątek, ale pewnie nie będzie aż tak ważny dla nie-Anglików. 

Acha, wątek architektoniczny pozwala Peterowi na zabłyśnięcie wiedzą w tym temacie. Jak wiemy, architektura to jego konik. Również i czytelnik dowiaduje się wielu ciekawych informacji na temat budowania podanych w bardzo przystępny sposób.

Zaskakujące zakończenie i wydarzenia w drugiej połowie książki ratują początek powieści i sprawiają, że z niepokojem i niecierpliwością czekam na piątą część serii.

Polecam wszystkim fanom architektury, bojownikom o społeczne kwestie i miłośnikom nietypowych konkursów z (pół)magicznymi istotami.

Pozdrawiam,
Kura Mania.