Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologicznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologicznie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2015

‘Instructions For a Heatwave’ Maggie O’Farrell (“Zalecenia na wypadek upałów”)




Mój pierwszy dłuższy pobyt w Wielkiej Brytanii przypadł na lato, tuż po maturze. Wylądowałam w samym środków upałów, podobno najgorszych od kilkudziesięciu lat. Dzień za dniem żar lał się z nieba, idealnie i okrutnie błękitnego. Duszne, bezsenne noce. Wielkie billboardy mówiące o potrzebie oszczędzania wody. Plakaty informujące o karach za podlewanie trawników. Pomarańczowa, spieczona trawa. Suche, poskręcane listki na drzewach. Przez prawie trzy miesiące, jakie spędziłam w Anglii padało może przez kilka dni i to już pod koniec września.

Latem 1976 roku podobna fala upałów wysuszyła Anglię. Pewnego lipcowego dnia, wczesnym rankiem,  Robert Riordan, emeryt, poszedł kupić gazetę w sklepie na rogu. Jego żonie, Grecie, nie wydało się to niczym nadzwyczajnym, bowiem  robił tak bardzo często. Od zwyczajności odbiegał jednak fakt, że Robert już nie wrócił. 

Do domu rodzinnego przyjeżdża trójka rodzeństwa, żeby pomóc w ciężkich chwilach swojej matce i zastanowić się nad kolejnymi działaniami. Francis Michael, najstarszy, jest nauczycielem historii, a jego własne małżeństwo przechodzi właśnie trudności. Nowi znajomi żony, ekstrawaganccy i atrakcyjni, wypełniają nie tylko jego dom, ale i cały czas jego drugiej połowy, która zaczęła kurs na uczelni. Sam nie bez winy w oziębieniu ich relacji nie umie sobie poradzić  w tej sytuacji. 

Niewiele od niego młodsza siostra Monica ma swoje własne problemy. Jej drugie małżeństwo z porządnym miłośnikiem antyków komplikuje trudna relacja z pasierbicami, które nie wydają się zachwycone, że ich tata ma nowa żonę mieszkającą w ich starym domu. Jest jeszcze trudna przeszłość z wiązana z pierwszym mężem i rozpad więzi z Aoife, najmłodszą z dzieci Grety i Roberta, która jest uważana za „najtrudniejszą” w rodzinie. 

Od urodzenia przeżywająca mniejsze i większe dramaty, nieposłuszna i niezdyscyplinowana, „na złość” sprawiająca problemy w nauce, Aoife uciekła kilka lat temu od rodziny i aktualnie mieszka w Nowym Jorku pracując jako barmanka w noc, a asystentka znanej fotografki w dzień. Również i ona ma swój sekret, który rzutuje nie tylko na jej życie, ale i na życie bliskich jej osób. 

Nie jest ona jednak jedyną osoba z sekretami w tej rodzinie. Moniki tajemnica rozbiła nie tylko związek z jej pierwszym mężem, ale i więź z siostrą. Francis Michael również ma sekret, który wyszedłszy na jaw popsuł relacje z żoną. Oczywiście, tajemnicą jest dlaczego Robert zniknął z życia swojej rodziny, ale i osoba, która nikt by nie podejrzewał o zdolność do zachowania czegokolwiek tylko dla siebie, czyli Greta, nosi w sobie ogromny ciężar, który z upływem czasu zaczął niejako tracić na wadze upchnięty w najdalszy kąt świadomości…

Nieco klaustrofobiczna opowieść, po którą sięgnęłam w chwili upałów kilka tygodni temu (tym razem zapowiadana fala upałów trwała… tydzień). Psychologiczno-obyczajowa opowieść o rodzinie o irlandzkich korzeniach postawionej w obliczu kryzysu, który zadecyduje o tym, czy będzie ona trwała dalej czy może rozpadnie się na mnóstwo małych kawałeczków. 

Historia składająca się z tajemnic, tych małych i ogromnych, których ukrycie wymaga nadludzkich wręcz wysiłków, ale czy wartych ciągłego życia w stresie? Tajemnicach, które kiedyś tam dawno powstały, a potem zostały zamiecione pod dywan po to, żeby teraz objawić się jeszcze potężniejsze niż na początku.

Jest to też historia hipokryzji. Nie takiej rozmyślnej, ale takiej jakby mimochodem. Tak jakby tamten popełniony kiedyś błąd nigdy się nie wydarzył, a późniejsze zachowanie wróciło do normalności, tak jak gdy by nic się nigdy nie wydarzyło. Takie chwilowe uchylenie od przestrzegania zasad moralnych.

Wszystko to skąpane w żarze lejącym się z nieba, oblepiającym i męczącym. Czy kiedyś naprawdę padał deszcz? Czy kiedykolwiek zrobi się chłodniej?

Wyjazd do starego domku w Irlandii, który był niegdyś obowiązkowym miejscem wakacyjnego odpoczynku, jawi się nie tylko jako możliwe wyjaśnienie tajemnic, ale i chwila odpoczynku od upału, moment upragnionej ochłody. 

Mimo, że jest to dramat pozornie rozpisany na jedynie kilka osób to jest tak gęsty i bogaty w uczucia i skomplikowane relacje, że robi się duszno nie tylko od fali upałów. Nie polubiłam żadnej postaci, wszyscy byli w mniejszym lub większym stopniu irytujący. Tak jak upał obezwładnia człowieka, tak i bohaterowie książki trwali w takim jakimś stuporze, marazmie wynikającym ze strachu przed konsekwencjami swojego działania. Jedynym, który się z tego marazmu wyrwał był właściwie zaginiony Robert. 

Świetna opowieść, o której fabule nie można napisać za wiele, bo zepsułoby to przyjemność czytania. Sięgnęłam po nią ze względu na tytuł i porę roku spodziewając się jakieś przyjemnej obyczajówki. Dostałam świetną, trzymająca w napięciu i trudną historię zwyczajnej rodziny stojącej w obliczu kryzysu. Taką, która pokazuje jak skomplikowane i trudne są relacje rodzinne, jak dzieci mimo swojej dorosłości zawsze pozostają dziećmi mającymi określone żądania względem rodziców oraz jak to rodzice w pomimo ich zwyczajności i codzienności  zawsze mogą mieć swoje własne sekrety.

W ogóle można powiedzieć, że słowa „tajemnica” i „skomplikowane relacje” to słowa kluczowe jeśli chodzi o tę powieść. Nie znaczy to jednak, że czyta się ją trudno. Jest tak wciągająca i interesująca, że połyka się ją tak szybko jak szybko zmienia się pogoda w Wielkiej Brytanii.

Polecam wszystkim miłośnikom dobrej powieści obyczajowej, zmarzluchom na rozgrzanie i wszystkim, którzy myślą, że w ich rodzinie tajemnic nie ma.

Pozdrawiam,
Kura Mania.                                                                                                                          

‘Instruction For a Heatwave’ to szósta powieść w dorobku Maggie O’Farrell, ale pierwsza, którą czytałam tej autorki. Bardzo chętnie zapoznam się z resztą jej twórczości, bo tą książką narobiła mi wielkiego smaku na resztę jej twórczości.

Zapraszam również do przeczytania tekstu o książce, w której również znika ktoś z rodziny, czyli tytułowa Bernadette z 'Where'd You Go, Bernadette?'  Marii Semple.
M.

wtorek, 17 lutego 2015

'Daisy Miller and The Turn of the Screw' Henry James ("W szponach lęku")

Dziś przedstawiam drugą nowelę z zestawu, czyli 'The Turn of the Screw'


Chcesz usłyszeć prawdziwie przerażającą historię? Taką, która spowoduje, że po kręgosłupie przejdzie Cię zimny dreszcz, a w Twoim umyśle zagnieździ się nieokreślony lęk? Jeśli tak, to dzielisz tą chęć z grupą ludzi, którzy w myśl kiedyś popularnej tradycji opowiadają sobie historię o duchach w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Jedna z osób ma rękopis opowiadający o przeżyciach w pewnej wiejskiej rezydencji w Anglii. Czy odważysz się jej wysłuchać?

Guwernantka, dwudziestolatka o niewielkim doświadczeniu życiowym, zgadza się przyjąć posadę w Bly, wiejskiej posiadłości należącej do pewnego przystojnego dżentelmena na stałe mieszkającego w Londynie. Jest on wujem dwóch sierot, dziesięcioletniego Milesa i ośmioletniej Flory, których to nauczaniem ma się zająć młoda kobieta, której imienia nie poznajemy. W dużej posiadłości jest jeszcze trochę służby i Mrs Grose, gospodyni. Zostaje ona powiernicą i przyjaciółką guwernantki oraz służy jej często radą, pomimo tego, że sama stawia się o wiele niżej niż młoda kobieta z racji swojego analfabetyzmu.

Dzieci wydają się prawdziwymi aniołkami. Piękne buzie chwytają za serce. Tak samo jak i ich gorące przywiązanie do swojej guwernantki, nieskazitelne maniery i rozliczne talenty. Jednak nie wszystko jest tak idealne jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Miles zostaje wydalony ze szkoły, a w liście przysłanym przez jej dyrektora nie ma ani słowa o powodzie, dla którego to zrobiono. Dzieci ani słowem nie wspominają o swoim życiu sprzed przybycia nowej guwernantki. Miles nie mówi o szkole czy o swoich kolegach, a Flora ani razu nie wspomniała poprzedniej guwernantki, która w dziwnych okolicznościach nagle wyjechała.

Młoda guwernantka, pomimo absolutnego oczarowania tą dwójką, zauważa, że coś niedobrego dzieje się w domu. Pewnego dnia widzi przystojnego, rudego mężczyznę na jednej z wież posiadłości. Okazuje się, że jest to Peter Quint, który poprzedniego lata pracował dla wuja dzieci i spędzał szczególnie wiele czasu z chłopcem. Quint jednak umarł! Nie jest to jedyna zjawa, którą widzi młoda kobieta. Drugą jest piękna jakąś straszną urodą panna Jessel, poprzednia guwernantka, która miała romans z Quintem, a po odejściu z pracy również umarła. Dwudziestolatka jest jedyną osobą, która widuje oba duchy, ale w miarę upływu czasu zyskuje pewność, że również i dzieci kontaktują się ze zjawami i rozmyślnie ukrywają to przed dorosłymi.
Odkrycie fałszu w zachowaniu Flory i Milesa jest prawdziwym wstrząsem zarówno dla guwernantki, jak i gospodyni. Teraz wszelkie działania młodej kobiety dążą do uchronienia dzieci przed złym wpływem zjaw, choć podejrzewa ona, że młode duszyczki zostały już skażone niemoralnym prowadzeniem się martwej pary jeszcze zza ich życia. 

Prawdziwą sensacją jest moment, kiedy guwernantka widzi pannę Jessel w towarzystwie pani Grose i Flory. Jednak zarówno gospodyni, jak i dziewczynka zaprzeczają, że cokolwiek widziały. Mimo to pani Grose dalej wspiera guwernantkę i na jej życzenie zabiera dziewczynkę, aby odpoczęła od niezdrowej atmosfery domu do wuja. Kiedy dwudziestolatka zostaje sam na sam z Milesem odbywają oni dziwną rozmowę. Chłopiec przyznaje się, że ukradł napisany przez guwernantkę list do wuja i go spalił, ale kiedy kobieta wskazuje na zaglądającego przez okno ducha Quinta, Miles nie potwierdza tego, że również go widzi. Nowela kończy się zaskakująco i dramatycznie (nie napiszę jednak jak zostawiając to Tobie do odkrycia).

Co jest cecha charakterystyczną tej noweli? Myślę, że psychologiczny aspekt utworu. Nie jest to typowa historia o duchach. Dostajemy wgląd w psychikę głównej bohaterki, która opisując swoje uczucia i rozterki wprowadza niezdrową atmosferę obsesji i lekkiego obłąkania. Smaku dodaje fakt, że nikt oprócz niej nie widzi duchów. Powstaje więc pytanie czy one naprawdę istniały czy były jedynie chorym wytworem udręczonego umysłu kobiety. 

Mogło być to spowodowane jej stłamszoną seksualnością, jak chciałby to widzieć Freud (a jakżeby inaczej). Mi jednak odpowiada myśl, że kobieta, której wychowanie odbywało się głównie w domu i której doświadczenie życiowe jest mizerne, nabiła sobie głowę pewnymi szlachetnymi ideami. Postawiła się ona w sytuacji udręczonej bohaterki dzielnie chroniącej niewinność dzieci, choćby za wszelką cenę. Nawet kiedy zaczyna ona podejrzewać, że kryształowe młode duszyczki nie są tak nieskalane jak z początku myślała, winą za to obarcza zgubny wpływ poprzednich ich opiekunów. Stawia siebie między diabelskimi siłami, a duszami dzieci, które są stawką w tej walce. 

Dlaczego guwernantka przyjęła, że jej podopieczni są tak idealni? Głównie dlatego, że dzieci miały anielskie oblicza. Również to z powodu fizycznej atrakcyjności ich wuja zgodziła się przyjąć tę posadę. Pokazuje to jak małe ma ona doświadczenie i jak bardzo nie zna się na ludziach. Nie boi się jednak duchów, a jej postawa charakteryzuje się odwagą. 

Z drugiej jednak strony, może dlatego tylko ona widzi oba duchy, bo jest wyjątkowo wrażliwa i w pewien sposób nieskażona przez obce wpływy? Przecież podała pani Grose dokładny opis obu osób, których w życiu nie widziała i o których nawet nie słyszała. Również i zachowanie dzieci wydaje się dosyć podejrzane. Idealnie potrafią one okręcić swoje opiekunki wokół małego paluszka. Tak chcą przypodobać się swojej guwernantce, że niejako wyprzedzają jej pragnienia i myśli robiąc to co jej się by najbardziej podobało. To tu to tam przemykają małe fragmenty wiadomości o tym, ze Miles nie do końca jest tak dobry jakim się zdaje. Okazuje się, że jest zdolny do zła, co z resztą sam czasem mówi swojej opiekunce. 

Siła tej opowieści tkwi w niedopowiedzeniu. Nie wiemy jakie zło czyha ze strony duchów na dzieci. Na pewno nie jest to zło fizyczne, ale bardziej jest to groźba skalania ich charakteru i sprowadzenie ich na złą drogę. Również sposób prowadzenia się panny Jessel i Quinta nie jest opisany dosłownie, a dowiadujemy się o nim z informacji wyrwanych przez guwernantkę od pani Grose. Nie wiemy dlaczego Miles został usunięty ze szkoły, a obie opiekunki nie wnikają w tą sprawę głębiej. Wszędzie są jedynie niedopowiedzenia i przypuszczenia wysnute na podstawie przemyśleń guwernantki. Spiętrzają się one wprowadzając skisłą lepkość, która przywiera do czytelnika nie dając mu chwili odpoczynku od fabuły. 

Dodatkowo atmosferę niepokoju i nieokreślonego lęku podsycają pewne zabiegi autora. Kiedy po raz pierwszy guwernantka widzi rudowłosą zjawę wszelkie dźwięki cichną, ptaki zamierają i zapada złowroga cisza. W innych przypadkach już po zapadnięciu mroku nagle gaśnie świeca. Takie proste zabiegi, niby oczywiste i takie do których już powinnam przywyknąć, sprawiały, że zaczynałam czuć się nieswojo.

Czy jest to opowieść o duchach czy może opis psychologicznego rozpadu umysłu młodej kobiety to już zostawiam Tobie do zdecydowania. Jednak kiedy, zaczniesz czytać ‘The Turn of the Screw’ nie nastawiaj się na typową historię o zjawach, a na powolne zanurzanie się w syropie złożonym z szaleństwa, obsesji i niedopowiedzenia.

Polecam wszystkim fanom psychologicznych rozkmin, nietypowych opowieści o duchach, oraz tym, którzy mają swoje podejrzenia w stosunku do słodkich, blondwłosych dzieciątek. 

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

poniedziałek, 16 lutego 2015

‘Daisy Miller & The Turn of the Screw’ Henry James ("Daisy Miller")




Dziś będzie o pierwszej z nowel. Jutro druga.

Daisy Miller to młoda kobieta podróżująca w towarzystwie całkowicie sobie podporządkowanej matki i młodszego brata o zdecydowanych poglądach. Cała rodzina pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdzie ojciec Daisy dorobił się majątku prowadząc swój biznes. Chciał on, żeby jego młoda córka poznała Europę przed rozpoczęciem dorosłego życia. W czasie swojej podróży piękna Daisy poznaje Winterbourne’a, Amerykanina, który jest do pewnego stopnia „zeuropeizowany”, ponieważ wiele lat spędził mieszkając i studiując w Genewie. Mężczyzna jest absolutnie oczarowany młodą Amerykanką, jej urodą, jak i oryginalnym sposobem bycia. Kiedy spotykają się ponownie w Rzymie, fascynacja Winterbourne’a Daisy rośnie, ale jej swobodny, tak różny od sztywnego ograniczonego ściśle określonymi zasadami, styl życia, zaczyna wpływać na jego pozytywną o niej opinię. Winterbourne w końcu stwierdza, że to co brał za świeżość i nieobycie jest jednak wyrachowaniem. Czy wydarzy się coś co sprawi, że Amerykanin znów zmieni zdanie o pięknej Daisy?

Postać Daisy, entuzjastycznej Amerykanki nie szanującej społecznych konwencji, nie szokuje teraz tak jak szokowała w czasach jej pierwszej publikacji. Teraz prawie każde zachowanie jest dopuszczalne i społecznie akceptowane. Nikogo nie dziwi, że młoda dziewczyna bez przyzwoitki umawia się o późnej godzinie z mężczyzną. Jednak ponad sto trzydzieści lat temu takie zachowanie szokowało.

Teraz czytamy tę nowelę jako opis dwóch przeciwstawnych zachowań czy stylów życia. Daisy reprezentuje amerykańskość, czyli naturalność, naiwność, nieobycie. Jej nie poszanowanie społecznych form nie wynika z wyrachowania, ale z tego, że brakuje jej „kultury”, czyli obycia i wykształcenia, którym charakteryzuje się z kolei Winterbourne. Nie widzi ona nic zdrożnego w tym, że chce żyć po swojemu, ponieważ swoim zachowaniem nikogo nie krzywdzi. Jej licznych spotkań z przystojnym Włochem, Giovanellim, nie traktuje jak czegoś co nie przystoi młodej kobiecie w jej sytuacji, ale jako po prostu dobrą zabawę. W końcu, para jedynie rozmawia, zwiedza i przesiaduje na bulwarach Rzymu. Niestety, takie podejście do życia, które kłóci się zupełnie z uznaną ówcześnie konwencją, w której niezamężna, szanująca się kobieta nie może spędzać czasu sam na sam z mężczyzną, szczególnie w pewnych, uznanych za wulgarne rejonach miasta czy o późnej porze, sprawia, że nikt z Amerykanów przebywających w Rzymie nie chce mieć nic wspólnego z Daisy. 

Mimo, że Daisy również jest Amerykanką nikt z tamtejszej society nie broni jej zachowania. Wszyscy jedynie widzą jak bardzo jest ono wulgarne, to przebywanie z Włochami, to porzucenie wszelkich norm. Jedynie Winterborune powodowany fascynacją próbuje jej bronić. Jednak wygrywa w nim jego europejska strona i zaczyna myśleć jak reszta amerykańskiej socjety – potępia zachowanie Daisy i ją samą. Widać, że nie ma dla Winterbourne’a ratunku. Porzuca on swoją naturalną amerykańskość na rzecz sztywnych genewskich, czyli europejskich reguł. O tyle o ile na początku noweli jest jeszcze dla niego szansa to później wszystko zaprzepaszcza chowając się za plecami reszty towarzystwa. 

Już pierwsze spotkanie Daisy i Winterbourne’a pokazuje jak bardzo się oni różnią. Sposób w jaki mężczyzna się wysławia cechuje powściągliwość i sztywność. Za to Daisy nie dba o poprawność gramatyczną i mówi prosto z serca. Uważa ona, że Europa jest całkiem sweet, mówi, że zawsze miała dużo męskiego towarzystwa i chce jechać z Amerykaninem do nieopodal położonego zamku mimo, że zna go jedynie pół godziny. Jej zachowanie można czytać na dwa sposoby. Albo jest rozpuszczoną, zepsutą do szpiku kości kokietką, która udaje niewinną istotkę, albo naprawdę jest niewinna, nie zniszczona cynizmem i pełna entuzjazmu. Początkowo Winterbourne wybiera to drugie podejście. Nawet traci on na chwilę nieco ze swojej sztywności zwracając się do Daisy z większym luzem, ale zaraz znów nakłada maskę słuszności i sztywności (co zresztą (za) często  mu dziewczyna wypomina). 

Nie oznacza to jednak, że wolę Daisy od Winterbourne’a. Oczywiście, zawszę wybiorę naturalność i entuzjazm ponad skostniałe formy, ale trzeba przyznać, że Daisy nie olśniewa intelektem.  Mówi ona w prosty sposób, używa luźnych form, powtarza się często i kokietuje mężczyznę. Jest ciekawska i zmienia zdanie co chwilę (chce oglądać zamek, ale kiedy tylko para znajduje się w środku zamiast podziwiać wnętrza wyciąga ona tysiąc informacji z Winterbourne’ a o sobie). Kiedy mężczyzna mówi jej dlaczego odwróciło się od niej całe towarzystwo w Rzymie nic kompletnie do niej dochodzi. Uznaje ona, że oni jedynie udają, że są zszokowani jej zachowaniem. 

Czasem miałam ochotę nią potrząsnąć. Również za to jak traktowała Giovanniego. Mimo, że ten „Włoch trzeciej klasy” nie robił sobie nadziei na wspólną z Daisy przyszłość, dziewczyna powinna choć trochę zdawać sobie sprawę, że monopolizując Włocha przez cały czas może w końcu zranić jego uczucia lekkim traktowaniem ich przyjaźni. Czy aż tak nieobyta była? Czy może aż tak ślepa? Kiedy Daisy zachorowała przez nocne powietrze w Koloseum z satysfakcją wspomniałam słowa Giovanniego, który powiedział Winterbournowi, że pomimo tego, że wiedział, że dziewczyna będzie narażona na złapanie chorobę zabrał ja na jej żądanie do Koloseum. A niech ma dziewczyna, a co!

Irytującą postacią jest matka Daisy. Kobieta całkowicie ślepa na to co ludzie sądzili o jej córce, a martwiąca się jedynie swoim zdrowiem i brakiem ukochanego lekarza z jej rodzimego miasta. Jej bierność i głupota działały mi na nerwy. Całkowicie podporządkowana córce i małemu synkowi, nie miała ani swojego zdania ani iskry do jakiegokolwiek niezależnego działania.
 
Wydaje się, że James zaczyna nowelę z raczej negatywną opinią o Daisy, ale kończy ją już całkowicie odmiennie. Tak samo i ja przy pierwszym spotkaniu Daisy nie polubiłam jej, tak pod koniec, pomimo tego, że dalej jej nie lubiłam stanęłam po jej stronie. Nie oznacza to jednak, że James opisuje w „Daisy Miller” złoty środek na podejście do życia czy sposób zachowania. Naturalność Daisy kończy się dla niej źle. Sztywność Winterbourne’a sprawia, że nie jest on zdolny do miłości (z początkowej bardziej „uczuciowej” fascynacji przeradza się ona w bardziej „naukowe” podejście do „problemu Daisy”). Czy oznacza to, że nie ma złotego środka? Czy może i ten entuzjazm Daisy również powinien być potępiony, bo nic dobrego z niego nie wynika? Czy warto żyć na całego, choćby i krótko, ale zgodnie z sobą? Czy lepiej może zrezygnować z niezależności podążając za regułami wyznaczonymi przez towarzystwo i „kulturę”, dzięki którym podążając za innymi nigdy nie popełnimy błędu?

Na te pytania odpowiedzi musisz poszukać sobie sam(a). Na przykład poprzez przeczytanie tego jak i innych utworów Henry’ego Jamesa, który lubował się w takich przeciwieństwach między dwoma kulturami, amerykańską i europejską.

Polecam wszystkim miłośnikom podróży, konfliktu między naturą a kulturą, oraz europejskim Amerykanom.

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

PS. Tak mnie naszło przemyślenie - czy Daisy naprawdę nie zdawała sobie sprawy jak postrzegają ją inni? Czy może za wszelką cenę chciała żyć po swojemu i bawić się według własnych reguł?  Tą ceną początkowo była jej dobra opinia, ale miała ją przecież za nic. Wydaje mi się, że wiedziała, że w tej grze chodzi o ostateczną cenę, czyli cenę życia. Wiedziała lub miała przebłyski, że żyjąc tak jak żyje, jej życie nie potrwa długo (wspomniała w rozmowie z Winterbournem o tym, że może i Millerowie umrą w Rzymie). Sześćdziesiąt osiem stron, a rozmyśleń na dziesięć razy tyle. Chyba znów zacznę czytać Jamesa.

M.