Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 grudnia 2015

Kurczę Czytane: ‘Wanted! Ralfy Rabbit, Book Burglar’ Emily Mackenzie





Co lubią króliki? Króliki lubią marchewkę, sałatę, trawiaste zbocza oraz mleczyk. Może i tak, ale nie wszystkie króliki są takie. Ralfy na ten przykład kocha czytać. Uwielbia poznawać nowe słowa i nowe historie, robić listy książek do przeczytania, tych już przeczytanych oraz takich, które byłyby idealne dla bliskich i znajomych (skąd ja to wszystko znam?).


Niestety, ta nieopanowana miłość do książek i czytania popchnęła Ralfy’ego na drogę przestępstwa. Bowiem ten oryginalny królik nie tylko połyka książki jak szalony, on również zakrada się do domów i kradnie książki! Jakkolwiek szokujące by to nie było tak właśnie jest. Pewnego razu trafia do domu Artura, który co raz częściej zamiast książek na swoich półkach natrafiał na nadgryzione marchewki i lekko przywiędłą sałatę. Miarka się przebrała kiedy zginęła ulubiona pozycja chłopca, czyli książka wszystkich potworów. Artur się zaczaił i prawie złapał puchatego złodzieja, ale kiedy następnego dnia powiedział o tym dorosłym nikt mu nie uwierzył. Nawet policjant, któremu zgłosił telefonicznie przestępstwo, roześmiał się głośno na myśl o króliku złodzieju.
I tak Ralfy by dalej kradł książki, a Artur nigdy by nie odzyskał swojej ulubionej, gdyby królik nie wybrał złego domu do kolejnej kradzieży. Był to bowiem dom rzeczonego policjanta i ten złapał futrzastego bibliofila złodzieja.
Wszystko jednak kończy się dobrze, a Artur i Ralfy nie tylko zostają najlepszymi przyjaciółmi, ale i królik odkrył czar biblioteki.

Historia, która z początku nie pasowała małej Mimi wcale, bo za długa, bo za nudna, bo nie wiadomo co, teraz jest jedną z ulubionych. Taką do której wraca nawet w rozmowach. No bo w końcu, gdzie może się znajdować jej top topów, czyli ‘A Very Hungry Caterpillar’ Erica Carle’a jak nie w norce puchatego złodziejaszka Ralfy’ego? (Bo oczywiście nie w głęboko ukryte w szufladzie matki rodzicielki, która już ma gąsienicy po kokardę, albo i jeszcze wyżej). 

Fajna opowieść o miłości do książek, która jak okazuje się, może być niebezpieczna (haha, zaśmiała się matka mrocznie). Dzięki niej młodzi czytelnicy nie tylko mogą się utożsamiać z Arturem, który również kocha książki, ale i pokazuje jak ważną rolę odgrywa biblioteka. 

Jeśli chodzi o małą Mimi to opowieść o Ralfym jedynie potwierdziła słowa matki, że książki z biblioteki trzeba do niej odnosić (a wcześniej odnosiła się do nich dosyć podejrzliwie, bo w końcu kartę biblioteczną pokazała i do domu wzięła, tak? No i bardzo kocha swoje książki i przecież ich nie zniszczy? A w ogóle to w bibliotece jest mnóstwo książek i inne dzieci niech sobie czytają inne książki i już). 
Oczywiście, jest jeszcze dodatkowy plus, kiedy to Artur pomimo tego, że Ralfy ukradł mu wiele książek, w tym jego ulubioną, to wstawia się za nim na policji i zostają best book buddies.

Ładne, kolorowe ilustracje współgrają z tekstem i sprawiają, że nie sposób nie polubić Ralfy’ego (mimo, że przecież jest złodziejem!). 

A tak w ogóle to książeczka ta potwierdza jedynie, że nie tylko czytanie jest niebezpieczne to jeszcze czytelnicy to podejrzany element jest. A czasem nawet i futrzasty.

Pozdrawiamy,
Mała Mimi i Kura Mania.


 PS. Zdjęcia takie se, bo coś mi się z moim kartoflem-pseudo-aparatem porobiło.

M.

wtorek, 25 sierpnia 2015

„Fangirl” Rainbow Rowell


empik.com 


Jednym z powodów dla którego czytam książki są światy wykreowane przez ich autorów. Światy, do których wejście jest jak powrót do domu, do dobrze znanego miejsca, które pomimo swojej fikcyjności są jak najbardziej dla mnie realne. Skończenie powieści, czyli opuszczenie ukochanego miejsca wiąże się nie tylko z żalem za poznanymi miejscami i bohaterami, ale też i ze smutkiem, niechęcią do powrotu do „realu”, a czasem i z uczuciem niedosytu. Dla osób, które nie chcą wyjeżdżać z Hogwartu, opuszczać Narnii czy Sródziemia skierowane jest fanfiction, czyli opowieści tworzone przez czytelników-fanów bazujące na świecie wykreowanym przez danego autora i „pożyczające” stworzonych przez niego bohaterów.

Taką fanką wyższej klasy jest Cath, która nie dość, że zakochana w świecie stworzonym przez poczytną autorkę tworzy własne fanfiki opowiadające alternatywną historię głównych bohaterów, czyli Simona Snowa i wampira Baza robiąc z nich parę to jeszcze jako Magicath jest jedną z najbardziej uwielbianych autorek fan fiction w wirtualnym świecie. Pisząc kolejne opowieści oraz alternatywne zakończenie cyklu publikowane w odcinkach zdobyła prawdziwą sławę. I o ile w świecie Internetu jest ona pewna siebie odpowiadając na liczne mejle dotyczące napisanych przez nią opowieści to w świecie rzeczywistym jest nieśmiałym, skomplikowanym i zupełnie nieprzystosowanym społecznie nerdem.

Sytuacji nie pprawia wielka zmiana, która dokonuje się w jej życiu, czyli wyprowadzka z domu rodzinnego na uczelnie, gdzie pierwszy raz od urodzenia nie będzie dzielić pokoju z siostrą bliźniaczką Wren (która chce niezależności), a z zupełnie obcą osobą. Reagan, która zostaje jej współlokatorką, nie dość, że starsza od Cath to jeszcze z lekko onieśmielającym sposobem bycia wydaje się być absolutnym przeciwieństwem zamkniętej w sobie Cather. Ale czy przeciwieństwa się nie przyciągają?

„Fangirl” to cudowna, lekka opowieść o dorastaniu. Wiem, że większość czytelników zwraca głównie uwagę na miłość Cath do książek i jej zaangażowanie w pisanie fanfików, ale w powieści zaakcentowana jest jej fanatyczna miłość jedynie do serii poświęconej jej ukochanym Simonie i Bazie. Oczywiście, to właśnie ta miłość nadaje sensu jej życiu, jest jej strefą komfortu do której wraca w razie nieprzyjemnych/dramatycznych wydarzeń  w jej życiu, jak i pomogła jej w jako takim pozbieraniu się po odejściu matki. To miłość do Simona i Baza łączyła ją z Wren i to tylko ona została jej, kiedy siostra wybrała samodzielność rzucając się w wir studenckiego życia.

Uwielbiam Cath nie za to, że pisze te swoje fanfiki, ale za to, że zaciska zęby i brnie dalej w życie popełniając czasem głupie gafy, czy zachowując się dziwnie, ale zawsze zgodnie ze sobą. Owinięta w swetry, z kucykiem i bez makijażu jest jakby kwintesencją nerda, ale w jego dziewczyńskim wydaniu (bez fizyki, komputerów i komiksów jak w „Bing Bang Theory”). 

Nagle okazuje się, że może być sobą i zyskać przyjaciół, bo lekko przerażająca Reagan staje się jej bliższa niż siostra bliźniaczka. Zresztą również Levi, chłopak-niechłopak Reagan, który nie czyta wcale, ma wiele wspólnego z Cather, zamkniętą w sobie i przekonaną o swojej inności i dziwności. 

Oczywiście, Cath musi się zmienić, ale jej metamorfoza wcale nie jest spektakularna. Nie zamienia się w przebojową i pewną siebie Wren, ale jej sposób postrzegania samej siebie się zmienia. Jej „nerdyzm” nie staje się murem odgradzającym ją od świata, a mostem łączącym ją z nim i dodającym dziewczynie wartości.

Jak to jest z Rainbow Rowell, że tak dobrze czyta się jej książki to sama nie wiem. „Fangirl” przeczytałam dwa razy pod rząd po tym jak połowa Internetów zaczęła się książką zachwycać. I pomimo tego, że znów nie spodobało mi się zakończenie książki (tak jak w „Eleonorze i Parku”) to jest to cudowna książka.
Polecam wszystkim, którzy potrzebują odrobiny pokrzepienia, samotnym nerdom oraz prawdziwym fanom.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Acha, świat stworzony przez fikcyjną autorkę do którego nawiązuje w soich fanfikach Cath jest bardzo zbliżony do tego wykreowanego przez J.K.Rowling w Harry Potterze. Myślę, że to dobrze, nie dlatego, że Rowell żżyna z Rowling, ale pomaga w uświadomieniu sobie jak bardzo popularna była seria o Simonie i Bazu w świecie Cath. A była bardzo bardzo.

M.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY i KLUCZNIK 2015(odkryta w blogosferze).

sobota, 15 sierpnia 2015

‘A Night in with Audrey Hepburn’ Lucy Holliday




Co robisz, żeby sie odstresować po ciężkim dniu? Przeglądasz Internety, czytasz książki czy może włączasz ulubiony film, który widziałeś już setki razy, ale zawsze poprawia Ci humor jak filiżanka gorącej herbaty i ciepły koc w deszczowy dzień? Właśnie tą ostatnia opcję wybrała Liberty Lomax, aktorka i miłośniczka starych filmów złotej ery Hollywood, a szczególnie tych, w których grała Audrey Hepburn. A Libby miała naprawdę ciężki dzień, który zapowiadał się całkiem nieźle.

Po raz pierwszy raz od kilku lat miała mieć „mówioną” rólkę (jedno zdanie i to w jakimś paskudnym kostiumie kosmity z brodawkami, ale zawsze), tego dnia wyprowadziła się wreszcie od matki, no i prowadziła niezobowiązującą konwersację z seksowną gwiazdą, czyli Dillonem O’Hara. Jak to się stało, że nagle jej włosy zaczęły się palić, zniszczyła kostium (600 funtów!) i została wyrzucona z planu zostając bez pracy, ale z widmem zapłaty czynszu w niedalekiej przyszłości za swoje nowe mieszkanie? Właśnie, mieszkanie… Nagle okazało się, że mołdawski… ekhm… „biznesmen” Bogdan przedzielił mieszkanie, które jej pokazywał na pół i teraz Libby została z pokojem z mini aneksem kuchennym, ale z całym czynszem! I na dodatek meble jakie sobie wybrała ze składu filmowego zostały zamienione i nagle wylądowała z wielgachną, śmierdzącą mokrym psem kanapą w kwiatowe obicie w brzoskwiniowym kolorze! Nie mówiąc już o tym, że kanapa zajęła praktycznie całe jej mieszkanie! Jedynym remedium na tego skumulowanego pecha jest ukochany film Libby, czyli „Śniadanie u Tiffany’ego”. 

I nagle okazuje się, że Libby już nie jest sama w swoim żałośnie małej kawalerce. Koło niej, na śmierdzącej kanapie, siedzi… Audrey Hepburn we własnej osobie. Z kokiem, w czarnej prostej sukience, ze sznurem pereł i w ciemnych okularach paląc papierosa przez długą fifkę. 

Libby często marzyła o spotkaniu Audrey, ale obecna sytuacja trochę ja przerasta. Ta słynna aktorka  chce udzielając dziewczynie rad odnośnie wyglądu,  życia i mężczyzn, które biorąc pod uwagę fakt, że jest wiek XXI są uroczo staroświeckie (co nie oznacza, że nie przydatne!).  Dodatkowo, bardzo aktywnie działa w Internecie lekko uzależniając się od Nespresso z maszyny do robienia kawy i iPada. 

Pojawienie się Audrey jest jednak dopiero początkiem zawirowań w życiu Libby. Boski Dillon, niezrównoważona siostra, matka jako domorosły psychoterapeuta oraz Olly, najlepszy przyjaciel, i nie widziany całe lata ojciec (plus Audrey będąca jak podejrzewa Libby halucynacją spowodowaną chorobą psychiczną, ewentualnie guzem mózgu) sprawią, że nie tylko główna bohaterka wyjdzie ze strefy komfortu wbijając się w szpilki i małą czarną, ale i będzie zmuszona stawić czoło życiu, pierwszy raz od 29 lat, które nie pytając o nic, wciągnie ją w swój szalony wir.

Po przeczytaniu blurba skrzywiłam się, bo podejrzewałam, że będzie to kolejne czytadło określane jako „babskie”, typowe chick lit niskich lotów i ogólna degrengolada. Okładka jednak urzekła mnie i z westchnieniem wzięłam książkę do domu. I jak zaczęłam czytać wieczorem to skończyłam w nocy!
Świetnie i błyskotliwie napisana skrzy się humorem. Opowiada o kilku dniach z życia Libby w czasie, których życie jakie znała główna bohaterka staje na głowie. Przewrót w jej życiu sprawia, że przez większość książki jest ona wyczerpana wydarzeniami, które wpędzają ją albo w depresją albo w euforię, a pomimo tego, że  często spotykają ją upokorzenia i przykrości to ciągle miałam nadzieję, że jednak ze wszystkiego Libby wyjdzie obronną ręką. 

Dodatkowym smaczkiem jest postać Audrey Hepburn, taka jaką znamy z filmów. Urocza, sympatyczna, dobrze wychowana, z lekkim dystansem, zawsze wyglądająca jak z żurnala. Jej pojawienie się w życiu Libby jest bodźcem do zmian, drogą do poznania siebie i własnej wartości dla dziewczyny, której samoocena była ciągle podkopywana przez wieczną nieobecność ojca, który przekładał swoja pracę zawodową nad czas spędzany z jedyną córką, przez wieczne podkreślanie wspaniałości siostry i przez matkę, skoncentrowaną  głownie na córce wyglądającej bardziej oszałamiająco, odnoszącej więcej sukcesów, ale mającej pstro w głowie. Przyjemnie jest mieć kogoś kto w ciebie wierzy, a jeśli jest to Audrey Hepburn przyjemność jest jeszcze większa. Mimo, że Libby uznaje samą siebie za ta gorszą od innych wcale taka nie jest. Ma wielką wiedzę filmową, jest miła i sympatyczna, jest dobrą przyjaciółką i ma w sobie iskrę, ale jednocześnie boi się żyć według swojego scenariusza. Ba, ona nawet nie wie jak naprawdę chciałaby żyć. I tutaj wkracza do akcji Audrey, która ja lekko popycha wypychając ją ze strefy komfortu Libby, czyli dżinsów, bluz z kapturem i życia według scenariusza ustanowionego przez matkę dziewczyny.

Oprócz pokręconej rodziny Libby jest też jej przyjaciel Olly,  którym dzieli poszukiwania pewnego tajemniczego sera, no i Bogdan, syn Bogdana, czyli z wygląda bandyta, a  w głębi serca mistrz nożyczek!

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to opowieść o miłości. O miłości niespodziewanej, takiej, która wydaje się być darem z niebios, ale i takiej cichej, wiernej, nie rzucającej się w oczy. Głównie jednak jest to historia opowiadająca o tym jak łatwo jest się zagubić w życiu i jak ciężko jest dorosnąć. Lekka w tonie, ale z ważnym przesłaniem. Nagle okazało się, że można napisać niby „babską” powieść, ale lekko i z polotem napisaną, taką, która puszcza oko do czytelnika mówiąc „ja wiem, wiem, że takie rzeczy się nie zdarzają i w ogóle to jak z okładki kolorowego pisma, ale w sumie? Może jednak?”. No bo to jest historia w typie „od pucybuta do milionera”, czyli od aktorki łapiącej ogony i to tez tylko dzięki matce-agentce, aktorki, która wcale nie chce nią być i która żyje ciągle w cieniu olśniewającej siostry do… Ha! Tego nie zdradzę! Musze jednak przyznać, że spodziewałam się kompletnie innego zakończenia i autorka przyjemnie mnie zaskoczyła. 

Naprawdę dobra lektura na poziomie, idealna na odpoczynek po ciężkim dniu/tygodniu/życiu. Zostawiła mnie z uśmiechem na twarzy i poczuciem ciepła. Taka komedia romantyczna na poziomie.

Polecam wszystkim miłośnikom Audrey Hepburn, marzącym o aktorstwie, bojącym się zmian i tym, którzy traktują lekceważąco to w czym są naprawdę dobrzy. No i miłośnikom sera!

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Acha, na jesieni ma wyjść druga część perypetii Libby, czyli „A night in with Marilyn Monroe”, a  przyszłym roku ma mieć premiera trzeciej części tym razem z udziałem Grace Kelly. Nie wiem na ile sprawdzi się powtórzenie schematu znanego z ‘A night with Audrey Hepburn, gdzie w końcu udział Audrey był czymś świeżym, ale chętnie się przekonam czytają kolejną część.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY oraz KLUCZNIK 2015 (książka w obcym języku).

wtorek, 28 lipca 2015

‘The Goldfinch’ Donna Tartt („Szczygieł”)






Theodore stracił swoją matkę w zamachu terrorystycznym na muzeum w Nowym Jorku. Na chwilę przed wybuchem rozdzielili się, bo Theo zamiast ponownie spojrzeć na jakiś obraz wolał zostać, żeby poszukać pewnej konkretnej dziewczyny, rudowłosej, która przykuła jego wzrok. Wybuch, niespodziewany, rozdzielił ich nas zawsze. Matka Theodora zginęła od razu, ale jemu się udało przeżyć. Jednak to co przeszedł przez kilkadziesiąt minut od wybuchu do momentu wyjścia się z budynku przypomina senną marę, które położy się cieniem na całym jego późniejszym życiu.

Theo wydostał się z muzeum. A razem z nim niewielki obraz Fabritiusa pt. „Szczygieł”, czyli tytułowy goldfinch. Dlaczego chłopiec go wyniósł? Działając jak automat, pod wpływem mężczyzny, z którym widział rudowłosą nastolatkę. Nie w złej wierze, ale raczej w koszmarnym odrętwieniu, odłączeniu działania od racjonalnego myśleniu, w szoku. Ta decyzja, tak jak i śmierć matki, głęboko wpłynie na jego życie.

Bez matki, z ojcem, który bez zapowiedzi opuścił ich jakiś czas wcześniej, z dziadkiem i jego żoną, którzy nie bardzo się nim interesowali, Theo został sam. Dalej śniąc swój koszmar. Myśl o dawnym koledze ze szkoły, Andym, skierowała go do domu państwa Barbour, rodziców chłopca. Tam spędził kilka kolejnych miesięcy mając nadzieję na pozostanie pod skrzydłami tej bogatej, lekko snobistycznej i bardzo specyficznej rodziny. Trafił również do Hobiego, wspólnika zmarłego w muzeum mężczyzny, który odrestaurowuje antyki i odnalazł swoją rudowłosą dziewczynę, Pippę. Nagle, jak tornado, w jego życie wpadł ojciec. Z nową dziewczyną u boku, Xandrą, mieszkający w Las Vegas i nie wiadomo czym się zajmujący. Porwał go z inteligenckiego środka Nowego Jorku,  z ciemnego i wypełnionego antykami domu Andy’ego wprost w bezmiar błękitnego nieba i bezlitosny pustynny upał Las Vegas, do pustej willi na zadupiu. 

Psychodelia doświadczeń z Las Vegas, które dzielił z nowym przyjacielem, Borysem, jest nierealna (jak to psychodelia). Wspólne noce pod gołym niebem spędzane na wąchaniu kleju, zakręcone tripy na kwasie, wódka na obiad i piwo na śniadanie, niekończące się rozmowy o filmach i literaturze, drobne kradzieże, wszechobecne niedomycie i głód. A w środku tego mały obraz dawnego mistrza nadający życiu Thea ciężar. Nie tylko ciężar odpowiedzialności, ale i taki ciężar ciągnący ku szaleństwu. Miała rację matka głównego bohatera mówiąc o obrazach:

„It’s crazy,” she’d said, 
“but I’d be perfectly happy if I could sit looking at the same half dozen paintings 
for the rest of my life. 
I can’t think of a better way to go insane.”

Kolejna śmierć. Kolejny zwrot w życiu Theodora. Powrót do Nowego Jorku, znów z obrazem pod pachą i przyjacielem z Las Vegas, czyli Popperem, małym puchatym pieskiem, pieszczotliwie nazywanym Popczikiem. Nowy Jork jest miejscem do którego zawsze będzie wracał Theodor, ale osią dokoła której obraca się jego życie jest obraz. Co się stanie jak ta oś zniknie?

 ‘The Goldfinch’ to świetna powieść. Grubaśna na prawie osiemset stron. Nie mogłam się jednak do niej przekonać. Przeczytanie pierwszych stu stron zajęło mi dwa tygodnie. Te opisy, rozwlekłe i nużące. Autorka zamiast napisać, że po błądzeniu przez czterdzieści minut korytarzami muzeum Theo znajduje wreszcie wyjście, opisuje każdy ślepy zaułek, emocje towarzyszące chłopcu w poszukiwaniu wyjścia, ciemne korytarze, opuszczone w pośpiechu biura. Po pewnym czasie jednak załapałam rytm powieści. 

Kiedy Theo zamieszkał u ojca i poznał Borysa czytało się „Szczygła” prześwietnie. Z wypiekami na twarzy czekałam co go dalej spotka. Nieoczekiwany zwrot akcji i znów jesteśmy w Nowym Jorku. I nagle, bach!, mija kilka lat. Zdezorientowana lekko przeskokiem w przód czytałam dalej, nie, ja pochłaniałam kolejne strony w ekspresowym tempie. I kiedy pomyślałam, że już wszystko wiem i podejrzewałam jak się zakończy, nagle znów  bach!, i twist. Ostatnie dwieście stron pożerałam zapychając dziecko chrupkami, wafelkami i soczkami, żeby tylko dało mi spokojnie czytać. Nagle wszystko stało się jasne, sposób prowadzenia narracji i te szczegółowe opisy. 

Zresztą są one świetne, bardzo plastyczne, z dbałością o szczegóły. Tak jak wtedy, kiedy Tartt opisuje jak Theo i Boris jedli wielkie ilości chipsów i Theo przypomina sobie jak bardzo go bolały kąciki ust od nadmiaru soli. Po za tym, myślę, że świetnie odpowiadały one zaburzonej percepcji Theodora, skrzywionej jego traumami i czasem groteskowymi wypadkami w życiu. 

Postaci w tej książce są naprawdę zakręcone, co nie oznacza, że nierealne. Theo nie obraca się w świecie „normalnych” ludzi. Barbourowie są snobami ukrywającymi trupa w szafie, Hobie ma zawód zanikający już we współczesnym świecie i jest do gruntu uczciwy, Pippa ma zakręconą historię rodziną i swoje własne przeżycie również traumatyczne. Boris, ach Boris!, ten jest najbardziej kolorowym ptakiem w tym całym zoo, ale o nim musisz sam przeczytać, a cała gama wykolejeńców, narkomanów i gangsterów, których spotkasz na kartach tej powieści dodaje jej jeszcze więcej barwy. No i sugestywnie oddane Las Vegas, nie z tej najbardziej znanej strony neonowych kasyn, ale od strony przegranych, od strony wyludnionych przedmieść, piasku zasypującego ulice i nielegalnych imigrantów mieszkających w opuszczonych domach.
Zakończenie uważam za najsłabsze z całej powieści. Nie z racji wydarzeń zamykających książkę, ale z powodu tego jak są one przedstawione. Najdziwniejsze jednak jest to, że wcale to nie umniejsza mojej wysokiej oceny „Szczygła”. 

‘The Goldfinch’ to studium uzależnienia. Uzależnienia, które prowadzi na skraj szaleństwa, załamania nerwowego, które determinuje każdą kolejna decyzję i które krok po krok wyżera mózg od środka. Theo czuje do obrazu niezwykłe uczucie przynależności, obowiązku, ale i miłości, które wytworzyło się w niezwykłym momencie jego życia. Tak opisuje nieprzepartą chęć ciągłego patrzenia na obraz:

Quickly I slid it out, and almost immediately its glow enveloped me, 
something almost musical, 
an internal sweetness what was inexplicable beyond a deep, 
blond-rocking harmony of rightness, 
the way your heart beat slow and sure 
when you were with a person you felt safe with and loved.

Nagle “Szczygieł” przestaje być obrazem, a zaczyna być czymś więcej. Czymś co nadaje wartość życiu Theodora, czymś co łączy go z utraconą matką i w pewien sposób ją reprezentuje. Tak jak Hobie przypomina mu o swoim wspólniku, czyli mężczyźnie z muzeum, który jest wujem Pippy. Zresztą Pippa to druga obsesja w życiu Theodora, niby na wyciągnięcie ręki, ale niedostępna, przyjaciółka, ale nic ponadto. 

But the thought of her gave me such continual anguish that I could no more forget her than an aching tooth. It was involuntary, hopeless, compulsive. For years she had been the first thing I remembered when I woke up, the last thing that drifted through my mind as I went to sleep, and during the day she came to me obtrusively, obsessively, always with a painful shock (…)

Jej przeżycia są podobne tym Theodora, ale Pippa radzi sobie z nimi zupełnie inaczej. Może to dzięki otoczeniu, może dzięki większej sile charakteru. Theo jednak ma naturę nałogowca. Tak jak jego ojciec był uzależniony od alkoholu, tak Theo uzależnia się od innych, równie destrukcyjnych, rzeczy.

Theodore sam siebie skazuje na porażkę, sam pogłębia traumę, której doświadczył i w przeciwieństwie do Borisa, który również w życiu wiele przeżył, nie daje sobie szansy na lepsze życie. Oślepiony zarówno obsesją jak i samotnością i smutkiem jakby nie dostrzega pozytywnych osób w swoim otoczeniu i pozostaje głuchy na ich łagodny optymizm. Zawsze łatwiejsze jest zło, tak jak łatwiejsze są wygodniejsze wybory.

Jest to studium szaleństwa, obsesji i upadku. Jest to opis życia takim jakie jest, odartego z landrynkowego optymizmu, za to z przejrzystym widokiem na koniec, czyli śmierć, przy której raczej wszystko wypada blado. Ta powieść nie daje nadziei, nie pobudza do marzeń, nie nastraja pozytywnie. Jest to też powieść sensacyjna z gangsterami, strzelaninami i niebezpieczeństwem czającym się na każdym kroku.

Mimo sporych rozmiarów jest to powieść klimatyczna wprowadzająca nas w podziemia handlu antykwarycznego, opisująca magię nierzucających się na pierwszy rzut oka zaułków miast, ale i pełnych rozmachów imprez towarzyskich na których bryluje nowojorska socjeta. To hipnotyczna opowieść o dojrzewaniu, której finał, czyli stan końcowy głównego bohatera łatwiej mi nazwać odrętwieniem niż dojrzałością, pomimo tego, że Theodore zaczyna podejmować dojrzałe decyzje. Ale czy tak naprawdę to on je podejmuje? Czy może okoliczności go tego zmuszają?

Co jest w „Szczygle” takiego, że nie można się oderwać od tej powieści? Pomimo tych wszystkich słów, które o nim napisałam… nie wiem. Dziesięć lat pracy jaką poświęciła Donna Tartt nad najnowszą swoją książką nagrodzoną w 2014 roku Pulitzerem zaowocowało wypełnieniem jej magią, która wprowadziła mnie w obsesyjną i żarłoczną chęć poznawania historii Theo i „Szczygła”. Czy może Theo to właśnie „Szczygieł”, który na przekór spotykającym go nieszczęściom trwa dalej?

W „Szczygle” znalazła również coś bardzo osobistego, coś co sprawiło, że kiedyś wrócę do tej książki, bo to jedna z tych powieści, które muszę mieć po to by mi przypominały pewne kluczowe rzeczy. I pomimo napisania piętnastu setek słów na jego temat nie umiem dobrze przekazać tego, dlaczego powinieneś sięgnąć po akurat tę powieść. Może dla Ciebie będzie to tylko sztucznie napompowany, pseudointelektualny twór z dłużyznami i zaplątaną, niezbyt porywającą historią. Ja za to mam na tapecie w telefonie „Szczygła” Fabritiusa, a jego tanią reprodukcję wklejoną w dziennik.

Polecam wszystkim, którzy mają ochotę na narkotyczny trip w głębię wypełnioną obsesją, gangsterami oraz blichtrem, który często okazuje się pozłotkiem, miłośnikom sztuki, których uwielbienie tak naprawdę określa cenę obiektów ich zachwytu oraz tym, którzy myślą, że czasem nie ma wyboru. Zawsze jej jakiś wybór. Tylko, czy masz odwagę podjąć słuszną decyzję?

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam dzięki multum rekomendacji z blogosfery, ale tą, która mnie do niej zachęciła była niezawodna Olga z Wielkiego Buka(dziękuję!). Pozycja ta idealnie wpasowała się w jeden z kluczników na ten miesiąc w wzywaniu KLUCZNIK 2015, czyli książka nagrodzona (wspomniany Pulitzer 2014) oraz pasuje do wyzwania GRA W KOLORY.