Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 sierpnia 2016

'The Astronaut Wives Club' Lily Koppel




W 1959 roku przez NASA zostało wybranych siedmiu mężczyzn, którzy mając doświadczenie głównie wojskowych pilotów miało zostać pierwszymi astronautami. Zimna Wojna trwała w najlepsze, a USA przegrywało w „kosmicznym” wyścigu ze Związkiem Radzieckim. Amerykański rząd postanowił nie tylko nadgonić opóźnienia, ale i prześcignąć wrogi kraj. Ci pierwsi Amerykanie w kosmosie stali się prawdziwymi gwiazdami patriotycznych i do bólu amerykańskich obywateli zyskując status ikon i cele brytów. Niczym gwiazdy rocka rozbijali się sportowymi autami, bywali u najznamienitszych osobistości, jednocześnie konkurując między sobą w konkursie na największego macho. NASA pozwało im na tyle na ile nie wpływało to na ich zdolności czy zdrowie, kontrolując jednak sygnał jaki ich zachowanie i postawa wysyłały światu.

A jedną z kluczowych kwestii w wizerunku tych idealnych Amerykanów było życie rodzinne. Kochająca żona, stojąca murem za swoim mężczyzną, która prowadziła dom, gotowała pożywne obiady i wychowywała dzieci była warunkiem nie podlegającym dyskusji. I tak jak NASA przymykało oko na kochanki astronautów dopóki wiadomość o nich nie przedostawała się do opinii publicznej tak agencja kontrolowała życie ich żon narzucając nawet takie banalne rzeczy jak pastelowy kolor ich sukienek.
O ile na początku utrzymywanie fasady idealnej amerykańskiej żony walczącej na kosmicznym froncie za pomocą łyżki w kuchni było częścią ekscytującej przygody i  szansą, również finansową, na lepsze życie to z biegiem lat ciągłe pozostawanie pod obstrzałem reporterów i fotografów odcisnęło piętno na żonach astronautów. 

Siłą ujednolicane w prasie, która przedstawiała wybielony i często nieprawdziwy ich obraz, kobiety balansowały na krawędzi. Z jednej strony żyły w idealnym świecie lat pięćdziesiątych, gdzie jedyną ambicją kobiety było wspieranie męża i zajmowanie się domem i to z uśmiechem na ustach i w idealnym stroju i fryzurze. Z drugiej jednak strony, taki tryb życia w końcu nie do końca odpowiadający prawdziwemu życiu z jego trudnościami i gorszymi dniami powodował ciągłe napięcie, któremu nie można było dać ujścia. Kobiety tamtych lat nie skarżyły się, nie zwierzały się sobie ze wszystkiego, a wątpliwościami nie można było podzielić się z mężem, ponieważ w domu miał on odpoczywać psychicznie od wymagającej pracy w trakcie tygodnia.

To również utrudniało ich sytuację. Ciągła nieobecność męża, który przechodził różnorakie treningi w bazie NASA, wzięcie odpowiedzialności za całokształt życia rodzinnego plus obawa o życie partnera, jak i pewne podejrzenia co do jego wierności były kolejnym obciążeniem dla kobiet. 

Z biegiem czasu większości z nich spadły łuski z oczu, a american dream stał się uciążliwą harówką, w której nie było miejsca na indywidualność, własne potrzeby, normalne życie rodzinne. Jedyną pomocą były przyjaźnie zawierane wewnątrz kolejnych grup żon astronautów, bo z biegiem czasu program kosmicznego podboju nabierał rozmachu po to, by ostatecznie na początku lat siedemdziesiątych z racji ogromnych kosztów i niezadowolenia społecznego zostać przerwanym.

Żony astronautów mogły liczyć na siebie w ciężkich chwilach. Zawsze znalazł się ktoś kto przyniósł jedzenie, skosił trawnik, zajął się dziećmi, przygotował drinka. Nie były same, ale ich przyjaźń była jednak osnuta pewnym niedopowiedzeniem, rzeczami o których po prostu nie mówiono tak jak lęk o życie męża, który był tabu.

Lily Koppel znalazła fantastyczny temat na książkę. Wspominając o ich sławnych mężach jedynie wtedy, kiedy to było konieczne, autorka skupiła się na opisaniu trudnego życia kobiet na świeczniku, wyrwanych z biednych i przeciętnych żyć wojskowych żon i podniesionych na sam szczyt publicznego zainteresowania, które z baz wojskowych rozsianych po całym świecie zaczęły bywać u Jackie Kennedy.

Niestety, pomimo świetnego tematu i wielu ciekawostek książka rozczarowała mnie z trzech powodów.

Pierwszym jest nagromadzenie bohaterów. Pod koniec kosmicznego programu NASA żon astronautów było około pięćdziesięciu. Oczywiście, autorka nie wspomina o nich wszystkich, ale zaczyna od siedmiu i już na początku przy tak wielkim nagromadzeniu imion i nazwisk można się pogubić. Dodając sylwetki kolejnych kobiet robi się lekki chaos, w którym żadna z historii nie zostaje opowiedziana porządnie. W pewnym momencie już kompletnie się pogubiłam kto jest kim, rozróżniając jedynie garstkę nazwisk. 

Drugą sprawą jest to, że pomimo  arcyciekawego (przynajmniej dla mnie) tematu książka jest najzwyczajniej… nudna. Koppel żmudnie wymienia kolejne nazwiska, pochodzenie kobiet, wydarzenia następują jedne po sobie bez barwy i polotu. Dowiadujemy się co żony nosiły, gdzie kupowały ubrania, jak budowały domy, w jakim stylu je urządzały i jakim ekstrawaganckim rozrywkom oddawali się ich mężowie. Wszystko to jest bardzo ciekawe jeśli ktoś lubi podręczniki. Nie pomaga nawet luzacki język, którym pisze autorka, pełen kolokwializmów i metafor, które pewnie miały być takim mrugnięciem do czytelnika. Jednakże z pustego nawet Salomon nie naleje, a taki język nie nadał książce ani lekkości, ani nie sprawił, że kibicowałam bohaterkom. A naprawdę przeżywały one straszne rozterki i można by jakoś lepiej oddać cały tragiczny dramatyzm ich sytuacji. Koppel jednak sprawiła, że odczuwałam straszny dystans. Takie mdłe ciepełko, ani ziębi, ani grzeje.

Po trzecie zauważyłam pewną niekonsekwencję autorki dotyczącą przyjaźni kobiet. Raz pisała, że dzieliły się one swoimi wątpliwościami, potrafiły przepłakać w kuchni cały dzień na wieść o niepowodzeniu męża, stanowiły taki wspólny front wobec świata zewnętrznego. Kilka stron później przyjaźń kobiet wydawała się bardziej na pokaz, fałszywa, czy może była to raczej pewnego rodzaju solidarność powstała na skutek podobnych przeżyć. Warto było obrać jeden kierunek zamiast w tak zdecydowany sposób opisywać uczucia łączące żony astronautów po to jedynie by chwile później kompletnie zmieniać zdanie. Szczególnie pod koniec autorka wzięła się na taki bardziej doniosły ton, który nagle sprawił, że bohaterki stały się grupą przyjaciółek przeżywających wspólnie swoje wzloty i upadki.

Nie jest to zła książka. Świetnie odmalowała realia ówczesnych czasów, jak i zarysowała temat absolutnie dla mnie fascynujący. Szkoda jednak, że koniec końców pozostał on jednak nie tylko niewyczerpany, ale i lekko zmarnowany.

Polecam jednak wszystkim miłośnikom kosmicznych wojaży, bo książka ta pokaże im zupełnie inną perspektywę oraz tym, którzy kochają zarówno lata pięćdziesiąte, jak i sześćdziesiąte. 

Pozdrawiam,
Kura Mania.

PS. Został też nakręcony serial na ten sam temat, który zamierzam w tym roku nadrobić. Koniecznie.

M.

wtorek, 25 sierpnia 2015

„Fangirl” Rainbow Rowell


empik.com 


Jednym z powodów dla którego czytam książki są światy wykreowane przez ich autorów. Światy, do których wejście jest jak powrót do domu, do dobrze znanego miejsca, które pomimo swojej fikcyjności są jak najbardziej dla mnie realne. Skończenie powieści, czyli opuszczenie ukochanego miejsca wiąże się nie tylko z żalem za poznanymi miejscami i bohaterami, ale też i ze smutkiem, niechęcią do powrotu do „realu”, a czasem i z uczuciem niedosytu. Dla osób, które nie chcą wyjeżdżać z Hogwartu, opuszczać Narnii czy Sródziemia skierowane jest fanfiction, czyli opowieści tworzone przez czytelników-fanów bazujące na świecie wykreowanym przez danego autora i „pożyczające” stworzonych przez niego bohaterów.

Taką fanką wyższej klasy jest Cath, która nie dość, że zakochana w świecie stworzonym przez poczytną autorkę tworzy własne fanfiki opowiadające alternatywną historię głównych bohaterów, czyli Simona Snowa i wampira Baza robiąc z nich parę to jeszcze jako Magicath jest jedną z najbardziej uwielbianych autorek fan fiction w wirtualnym świecie. Pisząc kolejne opowieści oraz alternatywne zakończenie cyklu publikowane w odcinkach zdobyła prawdziwą sławę. I o ile w świecie Internetu jest ona pewna siebie odpowiadając na liczne mejle dotyczące napisanych przez nią opowieści to w świecie rzeczywistym jest nieśmiałym, skomplikowanym i zupełnie nieprzystosowanym społecznie nerdem.

Sytuacji nie pprawia wielka zmiana, która dokonuje się w jej życiu, czyli wyprowadzka z domu rodzinnego na uczelnie, gdzie pierwszy raz od urodzenia nie będzie dzielić pokoju z siostrą bliźniaczką Wren (która chce niezależności), a z zupełnie obcą osobą. Reagan, która zostaje jej współlokatorką, nie dość, że starsza od Cath to jeszcze z lekko onieśmielającym sposobem bycia wydaje się być absolutnym przeciwieństwem zamkniętej w sobie Cather. Ale czy przeciwieństwa się nie przyciągają?

„Fangirl” to cudowna, lekka opowieść o dorastaniu. Wiem, że większość czytelników zwraca głównie uwagę na miłość Cath do książek i jej zaangażowanie w pisanie fanfików, ale w powieści zaakcentowana jest jej fanatyczna miłość jedynie do serii poświęconej jej ukochanym Simonie i Bazie. Oczywiście, to właśnie ta miłość nadaje sensu jej życiu, jest jej strefą komfortu do której wraca w razie nieprzyjemnych/dramatycznych wydarzeń  w jej życiu, jak i pomogła jej w jako takim pozbieraniu się po odejściu matki. To miłość do Simona i Baza łączyła ją z Wren i to tylko ona została jej, kiedy siostra wybrała samodzielność rzucając się w wir studenckiego życia.

Uwielbiam Cath nie za to, że pisze te swoje fanfiki, ale za to, że zaciska zęby i brnie dalej w życie popełniając czasem głupie gafy, czy zachowując się dziwnie, ale zawsze zgodnie ze sobą. Owinięta w swetry, z kucykiem i bez makijażu jest jakby kwintesencją nerda, ale w jego dziewczyńskim wydaniu (bez fizyki, komputerów i komiksów jak w „Bing Bang Theory”). 

Nagle okazuje się, że może być sobą i zyskać przyjaciół, bo lekko przerażająca Reagan staje się jej bliższa niż siostra bliźniaczka. Zresztą również Levi, chłopak-niechłopak Reagan, który nie czyta wcale, ma wiele wspólnego z Cather, zamkniętą w sobie i przekonaną o swojej inności i dziwności. 

Oczywiście, Cath musi się zmienić, ale jej metamorfoza wcale nie jest spektakularna. Nie zamienia się w przebojową i pewną siebie Wren, ale jej sposób postrzegania samej siebie się zmienia. Jej „nerdyzm” nie staje się murem odgradzającym ją od świata, a mostem łączącym ją z nim i dodającym dziewczynie wartości.

Jak to jest z Rainbow Rowell, że tak dobrze czyta się jej książki to sama nie wiem. „Fangirl” przeczytałam dwa razy pod rząd po tym jak połowa Internetów zaczęła się książką zachwycać. I pomimo tego, że znów nie spodobało mi się zakończenie książki (tak jak w „Eleonorze i Parku”) to jest to cudowna książka.
Polecam wszystkim, którzy potrzebują odrobiny pokrzepienia, samotnym nerdom oraz prawdziwym fanom.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Acha, świat stworzony przez fikcyjną autorkę do którego nawiązuje w soich fanfikach Cath jest bardzo zbliżony do tego wykreowanego przez J.K.Rowling w Harry Potterze. Myślę, że to dobrze, nie dlatego, że Rowell żżyna z Rowling, ale pomaga w uświadomieniu sobie jak bardzo popularna była seria o Simonie i Bazu w świecie Cath. A była bardzo bardzo.

M.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY i KLUCZNIK 2015(odkryta w blogosferze).

wtorek, 11 sierpnia 2015

Zbrodnia w Kurniku: ‘Death at Victoria Dock’ Kerry Greenwood




Kiedy panna Phryne Fisher wraca po towarzyskim spotkaniu do domu szybę jej auta roztrzaskuje kula. Nie jest to jednak jedyna ofiara dwóch mężczyzn, którzy uciekli w ciemne uliczki portowej części Melbourne. Panna Fisher próbuje pomóc leżącemu na ulicy młodemu mężczyźnie, właściwie jeszcze chłopcu, o nadzwyczajnej urodzie, ale rana od kuli wystrzelonej przez jednego ze zbiegów okazała się śmiertelna. Kilka słów, które wyszeptał umierający nakierowały Phryne na Rygę, a nietypowy tatuaż – litera A wpisana w okrąg – głęboko zapadł w pamięć. 

Panna Fisher, będąc nie tylko prywatnym detektywem, ale i też młodą kobietą o porywczej naturze, postanowiła, że rozwiąże zagadkę śmierci młodego mężczyzny i złapie morderców. Nie tylko winni oni są śmierci przystojnego chłopca (których nie ma za wiele), ale i rozbiciu szyby jej auta, jak i zniszczeniu garderoby Phryne, całej unurzanej w krwi zabitego.

Jednak to nie jedyna zagadka do rozwiązania. Zgłasza się do Phryne pan Waddington-Forsythes prosząc ją o odnalezienie nastoletniej córki, która uciekła z domu nie pozostawiając po sobie śladu.
Studio tatuażu, seans spirytystyczny, zakon anglikański, siatka anarchistów. Dwa śledztwa, które przyniosą nie tylko mrożące krew w żyłach wydarzenia, ale i nieoczekiwaną miłość.

‘Death At Victoria Dock’ to czwarty z serii kryminałów, których główną bohaterką jest czarnowłosa i zielonooka piękność, korzystająca z życia pełnymi garściami i nieprzejmująca się konwenansami, panna Phryne Fisher. A trzeba pamiętać, że rzecz się dzieje w latach dwudziestych zeszłego wieku, gdzie widok kobiety palącej publicznie często wzbudzał wzburzenie i szok. Phryne wcale się tym nie przejmuje i robi to co się jej żywnie podoba, nieustraszenie rozwiązując detektywistyczne zagadki. Jest samotna, ale nie sama, bez skrępowania uwodzi podobających się jej mężczyzn. W tej części jest to tajemniczy anarchista w średnim wieku, pochodzący z Rygi, mający w oczach cierpienie i smutek, którym ukojenie dają ramiona Phryne. Oprócz tego, matkuje ona dwóm adoptowanym dziewczynkom, bardzo rezolutnym i odważnym, oraz znana jest z tego, że potrafi być bardzo niebezpieczna. Przykładem na to jest zachowanie jest zachowanie jej bliskich, którzy na wieść o nieudanym porwaniu panny detektyw pytali o zdrowie bandytów znając mordercze możliwości Phryne.  Dodatkowo, ma rozległe znajomości i nie gardzi przyjaciółmi z warstw, które mogą być uważane za lekko podejrzane. Jej zachowanie zaskakuje nie tylko odwagą, ale i lojalnością (np. do niezastąpionej pokojówki Dot) oraz niezależnością.

To mój pierwszy przeczytany kryminał Kerry Greenwood i muszę przyznać, że bawiłam się świetnie go czytając. Jest lekki, zabawny, posiada ciekawą fabułę, naszpikowaną akcją, bez chwili wytchnienia oraz nieskomplikowanych, ale barwnych bohaterów. Jedynym zastrzeżeniem (ale małym) jest właśnie ta szablonowość postaci, bez głębi, ale za to z nakreślonymi wyraźnie kilkoma cechami charakteru. Czasem to mnie irytowało (jak w przypadku, Phryne mimo, że niby pozostająca w smutku po utracie przyjaciela zrywa się na odgłos muzyki, bo nie leży w jej charakterze opuszczenie jakiegokolwiek przyjęcia lub szablonowe przedstawienie Petera Smitha, melancholijnego Rosjanina, no dobra, Łotysza), ale 184 strony powieści nie sprzyjają jakiejś pogłębionej analizie postaci. Ma być szybko, łatwo i ciekawie i tak właśnie jest. Obydwie sprawy – zarówno ta pokazująca nam struktury anarchistyczne w Australii, jak i ucieczka nastoletniej Alicji o skomplikowanej sytuacji rodzinnej – przedstawione są bardzo dynamicznie. 

Jest to świetny kryminał, który na pewno dostarczy każdemu czytelnikowi wiele rozrywki i przyjemności. Chętnie sięgnę po inne części niesamowitej panny Fisher, szczególnie, że rzecz dzieje się w australijskim Melbourne.

Polecam wszystkim miłośnikom lekkich kryminałów, brawurowo opisanych postaci kobiecych, tym, którym anarchizm w duszy gra oraz osobnikom o spaczonej wizji rodzinnych więzi.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

sobota, 8 sierpnia 2015

„Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953” Elizabeth Winder




Sylvia Plath spędziła miesiąc latem 1953 roku w nowojorskiej redakcji magazynu „Mademoiselle”. Magazyn ten skierowany był do młodych kobiet z zacięciem inteligenckim, które jednocześnie miały emanować przyzwoitością i seksapilem. Myślicie, że to się kłóci się sobą? Hej, to lata pięćdziesiąte, kiedy kobiety miały talię jak osy, nosiły szpiczaste staniki i białe rękawiczki, a usta malowały na czerwono. Kiedy idealny wygląd współgrał z „niezależnością”, czyli licznymi wyjściami z młodymi mężczyznami na drinka czy do restauracji, kiedy to powstał nowy model dziewczyny z miasta, dzielącej mieszkanie lub pokój ze swoimi koleżankami, pracującej i obytej. Jednocześnie, kobieta musiała być inteligentna i świetnie wyglądająca, świeża i na obcasach od rana, naturalna i z idealnym makijażem i fryzurą, której wygląd łączył się ze spaniem na siedząco lub na wałku. 

Kandydatek na staż w „Mademoiselle” było setki, ale przyjętych mogła być tylko dwadzieścia.  Nie tylko pomagały w prowadzeniu magazynu i uczyły się możliwego przyszłego zawodu, ale i nagle dostawały wgląd do nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, poznawały zupełnie inne, miejskie i światowe, życie, chodziły na eleganckie tańce, kolacje, wyjścia do teatru i poznawały nowych, interesujących ludzi.

Dla Sylvii Plath, wtedy dwudziestoletniej, staż w „Mademoiselle” była jak dar od lasu. Po bardzo udanej wiośnie na collegu Smitha, która wypełniona była rozlicznymi sukcesami literackimi i naukowymi, oczekiwała wyjazdu do Nowego Jorku jak małe dziecko pierwszej gwiazdki w Wigilię. Pobyt w metropolii jawił się jej jako szansa na nową siebie, bardziej obytą, bardziej doświadczoną, brylującą w nowojorskiej elicie towarzyskiej. Dlaczego miało by być inaczej? Przecież zawsze prowadziła ona udane życie towarzyskie, otoczona przez chmurę adoratorów, bawiąca się na rozlicznych tańcach, pijąca drinki z coraz to nowymi osobami. Sylvia była głodna doświadczeń, kolekcjonowała je jak rzadkie monety, a Nowy Jork miał dostarczyć jej multum nowych przeżyć, wzbogacając ją jako osobę i jako pisarkę.

Zupełnie nie była przygotowana na to co wydarzyło się na stażu w ‘Mademoiselle”. Ciężka praca, niewdzięczna i męcząca, do której nie była wcale przygotowana. Trafiła do działu literackiego, ale najlepiej sprawdziłaby się w tym poświęconym modzie, bo Sylvia, jak nader często podkreśla to autorka książki, kochała piękne i modne stroje, makijaże i bywanie. Z hermetycznego środowiska naukowego wpadła prosto w wir wyrafinowanego życia. Sukcesy, zarówno towarzyskie, jak i te związane z jej pisarstwem, które odnosiła w Smith nie przekładały się na sukcesy nowojorskie. Pełna wiary w siebie i w swoje możliwości, z nienasyconym pragnieniem zdobywania kolejnych doświadczeń, równocześnie pełna entuzjazmu, ale i dosyć sztywna, zderzyła się z zimnym wyrachowaniem bezlitosnych elit nowojorskich. Nawet nie tyle elit, ale sposobu życia w tym wielkim mieście. 

Staż w „Mademoiselle” bardzo podkopał poczucie pewności siebie Sylvii. Nagle okazało się, że wszelkie nadzieje, które wiązała z pobytem w Nowym Jorku legły w gruzach. Nie okazała się gwiazdą stażu, nie poznała głębokiego rytmu wielkiego miasta. Lepiej czuła się z butelką piwa na wydmach, opalając się ile dusza zapragnie (w każdy wolny weekend w czasie pobyty stażystek w Nowym Jorku padało i nie było okazji na wycieczki. Za to w dni pracujące żar lał się z nieba).

Elizabeth Winder to właśnie pobyt w Nowym Jorku obarcza winą za próbę samobójczą Sylvii Plath. Tak jakby coś w niej pękło. Na ile to prawda nie wiadomo. Wiadomo jednak, że to właśnie niedługo po stażu Sylvia targnęła się na swoje życie, a powróciwszy z Nowego Jorku była nieswoja. Czy zrobiłaby to samo, gdyby nie pojechała do Nowego Jorku? Tego się nigdy nie dowiemy.

Autorka podzieliła książkę na poszczególne tygodnie i dnie opisując dosyć szczegółowo czynności Sylvii i przeplatając je wypowiedziami innych dziewczyn ze stażu, anegdotami dotyczącymi ich życia w wielkim hotelu Barbizon oraz wstawkami o ówczesnej modzie, kosmetykach i ogólnej kulturze. Szczególnie pomocne są te ostatnie informacje, dzięki którym łatwiej jest zrozumieć sprzeczne zachowanie Sylvii (jej żywiołowość i sztywność) oraz nacisk jaki na kobietę wywoływało społeczeństwo (niewinny seksapil, tona lakieru na włosach i białe bawełniane rękawiczki oraz pończochy nawet w najgorętszy dzień lata) i rolę jaką ma ona w nim pełnić.

Książka wypełniona jest przeróżnymi ciekawostkami, cytatami z dzieł zarówno Sylvii jak i innych dzieł czy to literackich czy filmowych. Krótkie podrozdziały sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko i pomimo ciążącego na niej niczym cień samobójstwa Sylvii jest to pozycja lekka. 

Pomimo tego, że skupia się oczywiście na pobycie Sylvii w Nowym Jorku,  również krótko przypomina jej wcześniejsze życie oraz wybiega naprzód opisując jej próbę samobójczą, późniejszą rekonwalescencję oraz powrót do normalnego, studenckiego życia zahaczając o samobójstwo kończące jej życie.

Wspomniany jest oczywiście „Szklany klosz” inspirowany stażem w „Mademoiselle”, ale nie poświęcono miejsca na jej inne dzieła. Ta pozycja pokazuje nam Sylvię jako dziewczynę z jej bardzo dziewczyńskimi potrzebami i marzeniami. Ubrania, kosmetyki, mili chłopcy, tańce i drinki. Wszystko to co daje tyle przyjemności w życiu. Widać, że autorka bardzo chciała pokazać Sylvię właśnie z tej, "normalnej", strony.

Bardzo mi się podobała ta pozycja, ale ja kocham Sylvię Plath, więc wszystko połknę co jej dotyczy. Moc ciekawostek, kilka zdjęć, szczegółowe opisy jej wyjść przybliżają nam sylwetkę dziewczyny pełnej ambicji i radości, czyli osoby z która bardzo często nie jest zupełnie kojarzona. Dla mnie Sylvia Plath to kwiecień (jej ukochany miesiąc), plastyczne opisy oraz moje studenckie lata i ta chęć, by poznawać, doświadczać, bez końca.

Polecam wszystkim fanom Sylvii Plath, tym, którzy kojarzą tę pisarkę jako mroczna i ponurą samobójczynię oraz wszelkim zainteresowanym latami pięćdziesiątymi w Ameryce.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.