Pokazywanie postów oznaczonych etykietą non fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą non fiction. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 sierpnia 2016

'The Astronaut Wives Club' Lily Koppel




W 1959 roku przez NASA zostało wybranych siedmiu mężczyzn, którzy mając doświadczenie głównie wojskowych pilotów miało zostać pierwszymi astronautami. Zimna Wojna trwała w najlepsze, a USA przegrywało w „kosmicznym” wyścigu ze Związkiem Radzieckim. Amerykański rząd postanowił nie tylko nadgonić opóźnienia, ale i prześcignąć wrogi kraj. Ci pierwsi Amerykanie w kosmosie stali się prawdziwymi gwiazdami patriotycznych i do bólu amerykańskich obywateli zyskując status ikon i cele brytów. Niczym gwiazdy rocka rozbijali się sportowymi autami, bywali u najznamienitszych osobistości, jednocześnie konkurując między sobą w konkursie na największego macho. NASA pozwało im na tyle na ile nie wpływało to na ich zdolności czy zdrowie, kontrolując jednak sygnał jaki ich zachowanie i postawa wysyłały światu.

A jedną z kluczowych kwestii w wizerunku tych idealnych Amerykanów było życie rodzinne. Kochająca żona, stojąca murem za swoim mężczyzną, która prowadziła dom, gotowała pożywne obiady i wychowywała dzieci była warunkiem nie podlegającym dyskusji. I tak jak NASA przymykało oko na kochanki astronautów dopóki wiadomość o nich nie przedostawała się do opinii publicznej tak agencja kontrolowała życie ich żon narzucając nawet takie banalne rzeczy jak pastelowy kolor ich sukienek.
O ile na początku utrzymywanie fasady idealnej amerykańskiej żony walczącej na kosmicznym froncie za pomocą łyżki w kuchni było częścią ekscytującej przygody i  szansą, również finansową, na lepsze życie to z biegiem lat ciągłe pozostawanie pod obstrzałem reporterów i fotografów odcisnęło piętno na żonach astronautów. 

Siłą ujednolicane w prasie, która przedstawiała wybielony i często nieprawdziwy ich obraz, kobiety balansowały na krawędzi. Z jednej strony żyły w idealnym świecie lat pięćdziesiątych, gdzie jedyną ambicją kobiety było wspieranie męża i zajmowanie się domem i to z uśmiechem na ustach i w idealnym stroju i fryzurze. Z drugiej jednak strony, taki tryb życia w końcu nie do końca odpowiadający prawdziwemu życiu z jego trudnościami i gorszymi dniami powodował ciągłe napięcie, któremu nie można było dać ujścia. Kobiety tamtych lat nie skarżyły się, nie zwierzały się sobie ze wszystkiego, a wątpliwościami nie można było podzielić się z mężem, ponieważ w domu miał on odpoczywać psychicznie od wymagającej pracy w trakcie tygodnia.

To również utrudniało ich sytuację. Ciągła nieobecność męża, który przechodził różnorakie treningi w bazie NASA, wzięcie odpowiedzialności za całokształt życia rodzinnego plus obawa o życie partnera, jak i pewne podejrzenia co do jego wierności były kolejnym obciążeniem dla kobiet. 

Z biegiem czasu większości z nich spadły łuski z oczu, a american dream stał się uciążliwą harówką, w której nie było miejsca na indywidualność, własne potrzeby, normalne życie rodzinne. Jedyną pomocą były przyjaźnie zawierane wewnątrz kolejnych grup żon astronautów, bo z biegiem czasu program kosmicznego podboju nabierał rozmachu po to, by ostatecznie na początku lat siedemdziesiątych z racji ogromnych kosztów i niezadowolenia społecznego zostać przerwanym.

Żony astronautów mogły liczyć na siebie w ciężkich chwilach. Zawsze znalazł się ktoś kto przyniósł jedzenie, skosił trawnik, zajął się dziećmi, przygotował drinka. Nie były same, ale ich przyjaźń była jednak osnuta pewnym niedopowiedzeniem, rzeczami o których po prostu nie mówiono tak jak lęk o życie męża, który był tabu.

Lily Koppel znalazła fantastyczny temat na książkę. Wspominając o ich sławnych mężach jedynie wtedy, kiedy to było konieczne, autorka skupiła się na opisaniu trudnego życia kobiet na świeczniku, wyrwanych z biednych i przeciętnych żyć wojskowych żon i podniesionych na sam szczyt publicznego zainteresowania, które z baz wojskowych rozsianych po całym świecie zaczęły bywać u Jackie Kennedy.

Niestety, pomimo świetnego tematu i wielu ciekawostek książka rozczarowała mnie z trzech powodów.

Pierwszym jest nagromadzenie bohaterów. Pod koniec kosmicznego programu NASA żon astronautów było około pięćdziesięciu. Oczywiście, autorka nie wspomina o nich wszystkich, ale zaczyna od siedmiu i już na początku przy tak wielkim nagromadzeniu imion i nazwisk można się pogubić. Dodając sylwetki kolejnych kobiet robi się lekki chaos, w którym żadna z historii nie zostaje opowiedziana porządnie. W pewnym momencie już kompletnie się pogubiłam kto jest kim, rozróżniając jedynie garstkę nazwisk. 

Drugą sprawą jest to, że pomimo  arcyciekawego (przynajmniej dla mnie) tematu książka jest najzwyczajniej… nudna. Koppel żmudnie wymienia kolejne nazwiska, pochodzenie kobiet, wydarzenia następują jedne po sobie bez barwy i polotu. Dowiadujemy się co żony nosiły, gdzie kupowały ubrania, jak budowały domy, w jakim stylu je urządzały i jakim ekstrawaganckim rozrywkom oddawali się ich mężowie. Wszystko to jest bardzo ciekawe jeśli ktoś lubi podręczniki. Nie pomaga nawet luzacki język, którym pisze autorka, pełen kolokwializmów i metafor, które pewnie miały być takim mrugnięciem do czytelnika. Jednakże z pustego nawet Salomon nie naleje, a taki język nie nadał książce ani lekkości, ani nie sprawił, że kibicowałam bohaterkom. A naprawdę przeżywały one straszne rozterki i można by jakoś lepiej oddać cały tragiczny dramatyzm ich sytuacji. Koppel jednak sprawiła, że odczuwałam straszny dystans. Takie mdłe ciepełko, ani ziębi, ani grzeje.

Po trzecie zauważyłam pewną niekonsekwencję autorki dotyczącą przyjaźni kobiet. Raz pisała, że dzieliły się one swoimi wątpliwościami, potrafiły przepłakać w kuchni cały dzień na wieść o niepowodzeniu męża, stanowiły taki wspólny front wobec świata zewnętrznego. Kilka stron później przyjaźń kobiet wydawała się bardziej na pokaz, fałszywa, czy może była to raczej pewnego rodzaju solidarność powstała na skutek podobnych przeżyć. Warto było obrać jeden kierunek zamiast w tak zdecydowany sposób opisywać uczucia łączące żony astronautów po to jedynie by chwile później kompletnie zmieniać zdanie. Szczególnie pod koniec autorka wzięła się na taki bardziej doniosły ton, który nagle sprawił, że bohaterki stały się grupą przyjaciółek przeżywających wspólnie swoje wzloty i upadki.

Nie jest to zła książka. Świetnie odmalowała realia ówczesnych czasów, jak i zarysowała temat absolutnie dla mnie fascynujący. Szkoda jednak, że koniec końców pozostał on jednak nie tylko niewyczerpany, ale i lekko zmarnowany.

Polecam jednak wszystkim miłośnikom kosmicznych wojaży, bo książka ta pokaże im zupełnie inną perspektywę oraz tym, którzy kochają zarówno lata pięćdziesiąte, jak i sześćdziesiąte. 

Pozdrawiam,
Kura Mania.

PS. Został też nakręcony serial na ten sam temat, który zamierzam w tym roku nadrobić. Koniecznie.

M.

czwartek, 30 czerwca 2016

‘Mud, Sweat & Tears’ Bear Grylls




Znasz Beara Gryllsa? Prowadzi on telewizyjne programy survivalowe rozgrywające się zarówno w terenach dzikich takich jak dżungla czy pustynia, jak i w obszarach miejskich, m. in. w opuszczonych fabrykach i halach (jeden z odcinków nagrywany był nawet w Polsce).  Uznałam prowadzącego za Amerykanina pełnego typowej dla tej nacji pewności siebie i optymizmu.

Jakże bardzo się myliłam.

Bear Grylls (którego prawdziwe imię to Edward. Tak, Edward) jest stereotypowym Brytyjczykiem. No może nie do końca, ale zarówno jego pochodzenie, jak i lata młodości mogłyby być podawane za przykład brytyjskości. Pochodzi z zamożnej rodziny z wyższej klasy o politycznych aspiracjach, w której ceniono tradycyjne wartości. W wolnych chwilach trenował wspinał się razem z ojcem lub pływał na łódce specjalnie dla niego zakupionej, kiedy był jeszcze dzieckiem. Najpierw został wysłany do szkoły z internatem, a potem do Eton. Swój gap year spędził podróżując, a po powrocie poszedł na studia. 

Tutaj jednak obraz lekko się psuje, bo zamiast odnosić sukcesy w nauce, która nie dawała mu satysfakcji, postanowił dostać się do elitarnej jednostki wojskowej 21 SAS.  Wyjazdy na misje skończyły się, kiedy w wolnym czasie w czasie skoku ze spadochronem  Grylls walnął w ziemię łamiąc sobie kręgosłup. Wrócił jednak do formy (choć początkowo lekarze nie byli pewni czy pacjent będzie w ogóle chodził) żywiąc się marzeniem, które towarzyszyło mu od lat – zdobyciem Everestu co też uczynił w wieku 23 lat. I tu właściwie książka się kończy.

Zepsułam Ci niespodziankę i przyjemność czytania opowiadając co znajdziesz w autobiografii Gryllsa? Nie martw się, wcale tak nie jest.

Najmocniejszą stroną tej książki jest… osobowość jej autora, który bez zadęcia opowiada o początkach, które go uformowały, które sprawiły, że odniósł sukces nie tylko na polu zawodowym, ale i rodzinnym.
Chęć do podejmowania ryzyka, odwaga granicząca z brawurą i nieustająca ciekawość oraz chęć przekraczania granic własnej wytrzymałości zarówno psychicznej jak i fizycznej sprawiły, że książkę pożarłam na kilka chapsów.

Bear Grylls okazał się tak cudownym, bezpośrednim człowiekiem, który z humorem, dystansem i często z przymrużeniem oka opisuje swoje młodociane zmagania zarówno z przeciwnościami losu jak i z samym sobą. Nie ma tu niepotrzebnej pompy, napuszonego zadęcia, a jedynie skromność, wielka wdzięczność do losu, rodziny i Boga.

Nawet temat religijności, który naprawdę ciężko opisać tak, aby nie raził pompatycznością, wcale nie przeszkadza. Tak, Bear to człowiek religijny. Tak, znajduje Boga zarówno w pięknie i grozie natury jak i w niezwykle szczęśliwych zbiegach okoliczności, które mu się przydarzyły. Nie próbuje jednak ani nawracać nikogo, ani opisywać mistycznych doznać, a jedynie wspomina, że wiara dała mu siłę w trudnych chwilach. 

Fakt, że od opisanych wydarzeń minęło sporo czasu nie sprawił jednak, że czytelnik dostał ułagodzoną wersje wydarzeń. Czytając o treningu, który przeszedł, aby zakwalifikować się do kwalifikacji do 21 SAS wszystko mnie bolało. Jednocześnie Bear przyznaje, że było ciężko, czasem najciężej, ale warto było nie tylko dla satysfakcji osiągnięcia celu, ale również dla samej świadomości przekroczenia kolejnej bariery, która wydawała się fizycznie nie do osiągnięcia.

Cała historia Gryllsa to takie potwierdzenie słów, że chcieć to móc i, że wszystko zaczyna się i kończy w głowie. Kiedy nogi odmawiają posłuszeństwa, kiedy nie można złapać oddechu, kiedy czujesz jak powoli odmrażają Ci się palce u nóg to jedynie stuprocentowa koncentracja i zdeterminowanie sprawi, że zrobisz ten kolejny krok. A każda przekroczona bariera, każdy osiągnięty i przekroczony limit wytrzymałości sprawia, że jesteś coraz bardziej silniejszy.

Jednak Bear nie pisze jedynie o swojej wytrzymałości fizycznej, tężyźnie i kolejnych sukcesach. Jednym z największych jego wrogów jest stres. Panika, która pojawia się nie wiadomo skąd i, która sprawia, że Grylls zaczyna tracić pewność siebie i słabnie. Nie raz opisywał sytuację, kiedy nerwowe czekania sprawiało, że stres zaczynał go zjadać powodując nudności.

Jest to książka, która potrafi człowieka zmotywować, bo czytając proste słowa Gryllsa o osiąganiu celu zaczynasz się przekonywać, że i Ty sobie poradzisz. Do mnie książka trafiła już jakiś czas temu, ale postanowiłam przeczytać ją chyba w najlepszym dla siebie okresie, bo postanowiłam przejść na zdrową dietę i zacząć ćwiczyć. Formy nie mam wcale, ale odkryłam, że dzięki upartości, determinacji i sfokusowaniu na celu mogę osiągnąć to co inni. Grylls jedynie utwierdził mnie w tym przekonaniu. I chociaż raczej nie wespnę się na Mount Everest to na pewno dam radę osiągnąć swoje kolejne małe „Everesty”. 

Myślę, że nawet dla tych, którzy nie potrzebują zmotywowania, a lubią niezwykłe przygody (czy to te przeżywane empirycznie czy jedynie z fotela w domu) autobiografia Gryllsa będzie świetną lekturą. Mimo tego, że akcja rozgrywa się głównie w Wielkiej Brytanii to i tam jest wiele egzotycznych i ekstremalnych miejsc. Nie mówiąc już o Himalajach!

Polecam wszystkim miłośnikom przygód, poszukiwaczom autorytetów w życiu, jak i tym, którym się wydaje, że jednak lepiej odpuścić, bo się nie uda.

Pozdrawiam,
Kura Mania.