Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 września 2017

Kurczę Czytane: "Trzecie urodziny Prosiaczka" Aleksandra Polewska, il. Ola Woldańska – Płocińska



Minął rok i Prosiaczek znów ma urodziny. Tym razem już trzecie, więc wypadałoby je dobrze spędzić. Prosiak wpadł na pomysł wycieczki do ZOO w celu poznania wszystkich swoich odległych, zwierzęcych kuzynów. 

Okazuje się jednak, że wizyta w ogrodzie zoologicznym nie będzie taka zwyczajna – jubilat dostaje magiczny bilet z trzema zdrapkami. Wystarczy zażyczyć czegoś sobie i zdrapać jedną z kropek, aby życzenie się spełniło. O, Prosiaczek na pewno wykorzysta swoje trzy szanse!

Nowi przyjaciele, masa nowych wiadomości, wielkie zamieszanie i niespodziewana miłość to wszystko co wydarzy się w dniu trzecich urodzin różowego prosięcia.

„Drugie urodziny Prosiaczka” należą do naszego prywatnego, domowego kanonu. Mimi bardzo często wraca do tej książeczki, mimo że to przecież kartonowy sztywniak. Kolejną część dostała na swoje, a jakże, trzecie urodziny, ale jakoś nie przypadła jej wtedy do gustu. 

Niedawno dałyśmy jej drugą szansę i… niestety, nie zaskoczyło. Prosiak jak zwykle jest pełen uroku. Historia wprowadza pewne informacje na temat zwierząt (hipopotam w błocie na przykład) i nawiązuje do przysłów (słoń w składzie porcelany). Co chwila coś się wydarza, akcja wartko leci, a Prosiak wykorzystuje swoje trzy magiczne szanse nie tylko dla siebie, ale i dla innych (walor dydaktyczny)

Niestety, fragment o tym jak to Struś chowa głowę w piasek nie mieści się w głowie małej Mimi i drąży temat, aż matka szału dostaje.

No, ale pal to licho, przecież tak się mówi.

Jednak zakończenie sprawiło, że Mimi była zniesmaczona. Z miną księżniczki cierpiącej na wrzody rzekła jedno słowo „disgust” i książeczkę odłożyła (potem wracałyśmy do niej i tak, ale musiałam zmieniać finał).
Co wydarza się tam tak strasznego, że aż dziecię wymyśla nowe zakończenie prosiaczkowej historii?

A no, różowy jubilat pod koniec pełnego wrażeń dnia widzi na straganie z watą cukrową najpiękniejszą Świnkę na świecie. I zakochuje się w niej z mety. I, uwaga uwaga będzie straszne, wykorzystuje ostatnią zdrapkę na życzenie, aby Świnka też się w nim zakochała. Ta-dam! 

I o to właśnie się rozchodzi, że nie wolno nikogo przymuszać, czarami lub nie, do tego, aby się w Tobie zakochał. Czasem tak się dzieje, a czasem nie. Trzeba się starać, próbować, ale czasem się nie udaje, bo „takie jest życie”. 

I wiecie co, spodobała mi się ta reakcja małej Mimi. 

Nie jest to książka zła, wręcz przeciwnie. Jest przepięknie zilustrowana, tak, że cieszy oko wciąż od nowa, tekst jest wpleciony w historię przy użyciu różnych czcionek akcentując a to uczucia bohaterów, a to ich wygląd (co jest prześwietnym zabiegiem). Sama historia też jest ciekawa. 

Jednak mała Mimi ma swoje gusta, a o gustach się podobno nie dyskutuje. 

Książkę gorąco polecam, warto się z nią zapoznać, a mam nadzieję, że będzie kolejna część, bo mimo wszystko mała Mimi przywiązała się do tego różowego bohatera z ryjkiem.

Pozdrawiam,
Mała Mimi i kura Mania.

zgadnij co to za zwierzę?


Książka opublikowana została przez wydawnictwo Czerwony Konik, które bardzo lubię i sobie do ich książek wzdycham.

M.

sobota, 4 czerwca 2016

Kurczę Czytane: „Z przygód krasnala Hałabały” Lucyna Krzemieniecka




Hałabała to krasnoludek mieszkający w dziupli drzewa. Ma czerwony kapelutek i mnóstwo ciekawych zajęć. A to trzeba znajomym pomóc, a to przyjęcie z plackiem borówkowym przygotować, a to babie Sabie nazbierać bukiet szczęścia, a to pobawić się z leśnymi przyjaciółmi. Zajęć co nie miara, a wszystkie interesujące!

 
 Hałabałę kojarzyłam jedynie z Domowego Przedszkola oglądanego w dzieciństwie i do niedawna nie wiedziałam nawet, że ta postać ma swój książkowy pierwowzór (a nawet była swego czasu w kanonie lektur). I wielka szkoda, bo Hałabała jest cudowny!

Razem z małą Mimi pożarłyśmy książeczkę na dwa posiedzenia. Co prawda ma jedynie 47 stron, ale i trzylatka ma krótki okres skupienia na jednej rzeczy. A w przypadku przygód krasnala siedziała jak zaklęta i domagała się kolejnych rozdziałów. 

Zdania są rymowane i czytanie jest prawdziwą gimnastyka dla języka. Chyba nigdy się nie myliłam tyle razy jak przy tej lekturze (a te wspólnie czytane książki nagrywam na później. Tu nagrania są tak beznadziejne, że je skasowałam). 

 
Co więcej, język jest dosyć archaiczny, pełny zdrobnień i egzotycznie brzmiących słów. Dla Mimi było to prawdziwe wyzwanie, bo na przykład kompletnie nie wiedziała co oznacza „Chodziła baba z chrustem po boru pustym”. Było więc dużo wyjaśniania, ale wcale jej to nie odstraszało.

W dodatku, dowiedziała się całej masy wiadomości. O wędrówkach ptaków, o nocnych i dziennych zwierzętach, o porach roku i ich wpływie na zwyczaje leśnych zwierząt. Gdzieś to w główkę wpadło i teraz mnie zaskakuje czasem wyławiając te informacje. 

Oczywiście, aby informacje zostały lepiej zapamiętane wybrałyśmy się do lasu szukać dziupli Hałabały i borsuków (nie było, za to znalazłyśmy pełno śladów Yeti. Nie pytajcie nawet). Poszukałyśmy w internetach wszystkich wspomnianych w książce gatunków ptaków. No i oczywiście, trzeba było upiec placek borówkowy, koniecznie!

Gorąco polecamy tę niepozornych rozmiarów książeczkę. Niech nie odstrasza Cię język niedzisiejszy, bo lektura jest naprawdę świetną zabawą. Plus cu-do-wne ilustracje Zdzisława Witkickiego, które najchętniej bym powiesiła na ścianie. 

Pozdrawiamy,
Mała Mimi i kura Mania.

PS. „Z przygód krasnala Hałabały” kosztuje jedynie 14.90, a ja kupiłam je w jednej z księgarni internetowych o 30% mniej. Rozbój w biały dzień.

M.

czwartek, 19 maja 2016

"Feblik" Małgorzata Musierowicz

Upał niesamowity. Żar się z nieba leje w te sierpniowe dni roku 2013. Na wsi jeszcze można sobie jakoś dać radę, np. umiejscawiając się w cieniu lipy. Tak właśnie walczyła z upałem Agnieszka Żyra spędzając kilka dni w Nekli u swojej przyrodniej siostry Tekli zajmującej się tworzeniem ceramiki. Niestety, pilne zamówienie, które musiało być dostarczone na cito sprawiło, że Agnieszka musiała opuścić lipowe cienie i pojechać wraz z wielką paczką zawierającą dzban w odcieniach niebieskiego z powrotem do Poznania.

W rozgrzanym i przepełnionym autobusie do miasta spotyka nie kogo innego, a swojego dawnego szkolnego kolegę Ignacego Strybę! On również wraca z wypoczynku na łonie natury u swojej ciotki Idy, ale z zamiarem jak najszybszego dostania się do Wrocławia, do Magdusi, w której się zadurzył na całego.

Niestety, serce Ignacego zostaje szybko złamane. Za to dzięki wrodzonej uprzejmości i rodzinnemu dżentelmeństwu oraz odłamanemu uchu dzbana przez kolejnych kilka dni losy dawno niewidzianej koleżanki do której swego czasu miał (ma?) słabość zostają połączone z życiem młodego Stryby.

Co z tego wyniknie? Czy serce Ignacego zostanie uleczone? I czym skleić to przeklęte ucho od dzbana?

Powiedzieć, że mam słabość do Jeżycjady to nie powiedzieć nic. Uwielbiam  dom państwa Borejków, rosłam razem z kolejnymi generacjami rodziny, a powieści z serii Musierowicz zawsze dostarczały mi niezbędną w okresie stresu i niepokoju dawkę domowego ciepełka.

Nie inaczej było z "Feblikiem" do którego nastawiona raczej negatywnie przez wiele niepochlebnym opinii podchodziłam dosyć podejrzliwie. Okazało się jednak, że nie było czego się bać - wszystko pozostało po staremu.

I to właśnie, paradoksalnie, może być odebrane za wadę. Seniorowie rodu, czyli państwo Borejko nie zmieniają się nic. Dalej rządząc się nieco archaicznymi, ale przez to wcale nie niewłaściwymi!, ideałami sprawiają wrażenie zupełnie niewspółczesnych. No bo któż teraz wychowuje dziecko na inteligenta? Która rodzina przerzuca się nie tylko cytatami z klasycznych mistrzów, ale i z literatury tzw. wysokiej? Dobrze jednak, że Borejkowie są usunięci nieco w tło powieści, a wypowiedzi seniora rodu nie zmieniające się właściwie od lat są taką nieodmienną częścią rodzinnych spotkań. Zresztą Borejko jest oczywiście kochany i szanowany, ale tratowany chyba z lekkim przymrużeniem oka przez resztę rodziny (na czele z żoną).

Inna sprawa, że ja się nigdy nie spotkałam z taką rodziną czy to dwadzieścia lat temu czy teraz, ale w tym właśnie leży urok powieści Musierowicz. Tęsknię do takiej rodziny, dużej, kochającej się i wykształconej, takiej nieprawdopodobnej, ale i w w tym nieprawdopodobieństwie bardzo dobrze znanej - takiego archetypu idealnej rodziny z wszelkimi niedoskonałościami i popełnianymi przez jej członków błędami.

Wracając jednak do samego "Feblika" to młody Ignacy Stryba irytował mnie momentami niemożebnie. Te jego wywody, w których popisuje się swoją erudycją, pewna ogólna miągwowatość oraz prowadzenie auta w stylu dziewięćdziesięcioletniego staruszka byłyby nie do wytrzymania, gdyby nie fakt, że serce ma dobre, maniery nienaganne, a intencje jak najlepsze.
To już Agnieszka Żyra ze swoją dysfunkcyjną rodziną wydawała się być bardziej realna niż nieprawdopodobny Ignacy.

Jednak staram nie dopatrywać się w powieści minusów, ponieważ nie czytam ich dla fabuł, które mają mnie porwać, ale dla klimatu, ogólnej atmosfery. Dla tego zanurzenia się w tak świetnie znany świat mimo jego momentami lekko mdlącej cukierkowatości.

Polecam wszystkim miłośnikom Jeżycjady, tym, którzy rozczarowali się jak ja trzecim tomem Frywolitek oraz wszystkim, którzy potrzebują miłej lektury na odstresowanie. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla wielu osób będzie to pozycja irytująca, nieprawdopodobna i świadcząca o tendecji spadkowej jeśli chodzi o pisarstwo tej autorki. No cóż, z Jeżycjadą jest jak z Gwiezdnymi Wojnami - wszystko kocham nawet jeśli to już nie to samo co dawniej.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Ps. Wracam do żywych. Właściwie to mój laptop powrócił po incydencie ze spaleniem się ładowarki.

M.

piątek, 13 listopada 2015

"Takeshi 2: Taniec Tygrysa" Maja Lidia Kossakowska




Ruszyła maszyna, po szynach ospale… ale zabrakło jej pary i w tak ospałym tempie dowlekła się do końca. Pierwszą część przygód Takeshiego (tutaj) wciągnęłam nosem zarywając noc. Przecudownie fantastyczny świat łączący wierzenia i tradycje japońskie z twardą rzeczywistością Ameryki Południowej sprawił, że zachwyciłam się tym co przedstawiła autorka. Dramatyczne zakończenie pierwszego tomu sprawiło, że gryzłam pazury oczekując części drugiej. A tu takie rozczarowanie.

Autorka pociągnęła wątki rozpoczęte w „Cieniu śmierci” dodając jednak do nich nowe, zbyt skomplikowane i mało przystające do głównej osi książki. Emm… tzn. jeśli jakakolwiek jest, bo naprawdę ciężko połapać się o czym jest ta seria. Na pewno o Takeshim i o jego przeznaczeniu, który zapewne ma odegrać ważną rolę w losach Wakumi, świata, który zasiedlony przed wiekami przez ziemskich osadników jest osobliwym połączeniem zmitologizowanych elementów współczesności, magii i całej mieszanki wierzeń. 

Mamy też mnóstwo pobocznych wątków, dodatkowych historii, wiele postaci o których ciężko zdecydować czy są pierwszo- czy drugoplanowe. Fajnie jest czytać o świecie bogatym w szczegóły i dopracowanym, ale niekoniecznie czytelnik musi poznawać historie każdej nowej postaci x lat w tył, szczególnie jeśli ich przeszłość nie ma żadnego wpływu (lub znikomy) na teraźniejszość.

Pomijając to rozproszenie wątków również język, którym napisana jest powieść zaczął mnie irytować. Ciągłe powtórzenia o zielonych oczach Takeshiego i tygrysiej naturze damy Funoko z pierwszego tomu  autorka zamieniła w ciągłe powtórzenia… prawie wszystkiego. Mniej więcej chodzi o sytuację, w której dana postać opuszcza pokój. Zamiast napisać, że postać wychodzi dostajemy coś w stylu: I wyszedł. Już go nie ma. Opuścił pokój. Yhym, bo za pierwszym razem nie ogarnęłam. Tak jak w tym fragmencie „Bo był tu. Właśnie tutaj, w komisariacie Alfreda. On sam, osobiście.”  Bardzo często natrafiałam na zbitki przymiotników, które zapewne miały uplastycznić mi opis, a sprawiały jedynie, że wydawał się on wymuszony (jak np. Ciosy wciąż układały się w precyzyjne, błyskawiczne i zabójcze sekwencje.) Nie jest to złe samo w sobie, ale taki zabieg powtarzany raz za razem bardzo męczy. Tak jak częste zaczynanie zdań od a, ale i bo (dobra, czepiam się, ale jakoś mi się to rzuciło w oczy). 

Autorka przedstawiła nam piękny i egzotycznie pociągający zbiór obrazków niewątpliwe namalowanych sprawnie, ale w tak wielkim natłoczeniu zbyt męczących i oszałamiających.  Może w trzeciej części nagle wszystko zaskoczy. Jednak po tak słabej części drugiej nie wiem czy będę miała chęć na część trzecią.
Wielka szkoda, że autorka nie utrzymała poziomu z pierwszej części, bo cykl o Takeshim zapowiadał się bardzo ciekawie i oryginalnie. No, szkoda. Szczególnie, że historia ciekawa, pomysł na nią świetny i przedstawienie świata również, ale akcja, którą wypełniony był tom pierwszy w tej części zwolniła i zaczęła ciągnąć się jak kisiel. 

Acha, a o czym w ogóle jest „Takeshi 2. Taniec tygrysa”? Ciężko powiedzieć. Mnogość wątków sprawiła, że ciężko streścić fabułę. Takeshiego uratował jego dawny przyjaciel z Zakonu i razem z domorosłą księżniczką, czyli córką wójta z Zimnej Wody wywiózł ich do swojego domu – tajemniczej bazy z równie tajemniczym pięknym Lalem. Wracamy również do Etsuke, adeptki Zakonu Rozerwanego Kręgu, która postać jednak niezbyt ewoluuje. Zresztą nawet powierzchowne streszczenie wątków z powieści zajęłoby za dużo miejsca, a na razie ciężko stwierdzić, które są tymi wiodącymi. Jeśli jednak chcesz poznać Takeshiego, niezwykłego wojownika, to zacznij od części pierwszej, a potem i tak zaczniesz czytać część drugą, bo się nie będziesz mógł oprzeć.  To czy ją dokończysz będzie zależało jedynie od Ciebie.

Polecam wszystkim, którzy dają szansę książkom, no i tym, którzy doczytują.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Zapraszam do przeczytania tekstu o „Takeshi. Cień śmierci”Mai Lidii Kossakowskiej.

poniedziałek, 12 października 2015

Zbrodnia w Kurniku: „Arena szczurów” Marek Krajewski








Jest rok 1948. W nadmorskim Darłowie, w którym rządzą przedstawiciele nowego reżimu mieszka Edward Popielski, który ukrywa się przed wojskiem i nowymi władzami przybierając imię Antoni Hrebecki i nauczając na początku łaciny, a potem matematyki w lokalnej szkole. 

Jednak stary lwowski komisarz zamiast skupić się na korzystaniu z uroków nadmorskiego miasteczka plażując i zażywając kąpieli dopuszcza do głosu policyjny instynkt. Na prośbę znajomego lekarza podejmuje się śledztwa mającego na celu znalezienie brutalnego zwyrodnialca, który nie tylko gwałci, ale i dotkliwie gryzie kobiety zarażając je śmiertelną chorobą. Doktor ma swoje podejrzenia co do osoby gwałciciela, a Popielski podążając za tym tropem wpada w sam środek szamba, którego smród przyklei się do niego już na zawsze. Wchodząc w sam środek rozgrywki między mniej lub bardziej szarymi eminencjami miasta ze starszego nauczyciela zamieni się w starożytnego gladiatora. Nie po raz pierwszy, ale pierwszy raz w tak brutalny sposób zostanie postawiony przed moralnym dylematem od którego będzie zależało nie tylko jego życie, ale i życie innych ludzi. 

No cóż, „Arena szczurów” reklamowana jest jako „najbardziej mroczny z kryminałów Marka Krajewskiego”. Czy jest mroczny? Raczej brutalny, drastyczny, krwawy i… smutny. Nie będę zdradzać czym jest tytułowa arena szczurów, ale dostałam porządną dawkę posoki, niesprawiedliwej krzywdy ludzkiej, gwałtu i utraty niewinności. Nie zszokowały mnie, bo też i nie było żadnego niepotrzebnego epatowania okrucieństwem. Autor zadbał by każdy element miał swoje miejsce w fabule. Dlaczego powieść ta wydała mi się smutna? Nie, nie dlatego, że znów najbardziej cierpią niewinni i już pokrzywdzeni. Jest smutna z racji czasów, w którym się rozgrywa. Nie pierwszy to raz czytam kryminał, który rozgrywa się w czasach powojennych i w porównaniu z tymi przed II wojną światową, które wydają się szlachetniejsze w pewien sposób jest to czas smutny, wypełniony beznadziejnością, skarlały. Tak było w „Haiti” Wrońskiego, tak jest w „Arenie szczurów” Krajewskiego. Chamstwo, okrucieństwo i pycha nowej władzy zabiła w ludziach nie tylko godność, ale i poczucie szacunku zarówno do innych, ale i do siebie.  

Popielski jawi się nam tu jako ostatni sprawiedliwy, który nie mając nic do stracenia oprócz życia wypełnia swoją misję, czyli wymierza sprawiedliwość, do końca. Nie jest to droga łatwa, ale innej nie zna. Po wszystkim zostawia nas z pytaniem „Czy można dla ocalenia własnego życia zabić niewinnych ludzi?”. Autor odbiega od typowego kryminału, bo śledztwo Popielskiego właściwie nie istnieje (dowiaduje się przecież od doktora kim jest gwałciciel), ale i więcej jest tu wątków moralno-psychologicznych niż tych typowo kryminalnych.

Akcja dzieje się dwutorowo – współcześnie, kiedy to Wacław, syn Popielskiego, próbuje odkryć prawdę o pobycie swojego ojca w Darłowie i w 1948 kiedy dzieje się akcja „właściwa” poznawana również z fragmentów dziennika byłego komisarza. Bardzo fajny zabieg pozwalający na bliższe poznanie Wacława i ukazujący Łyssego z innej perspektywy.  Szczególnie zaciekawiła mnie postawa Wacława wobec ojca, ale cicho sza! więcej nie napiszę.

Mam problem z tą powieścią. Z jednej strony jest to w końcu mój ukochany Krajewski, który sprawił, że namiętnie pokochałam polski kryminał. Z drugiej jednak strony, pomimo tego, że każda scena ma sens, ogólnie nie ma tu ani zagadki, ani śledztwa. Troszkę jakby autorowi zabrakło pomysłów. Możliwe jednak jest też i to, że nie ma już Krajewski ochoty na pisanie kryminałów, a jedynie na przedstawienie określonej historii (z czasem jednak powtarzającymi się elementami) w dowolny sposób nie przejmując się szufladkowaniem. No i jeśli chodzi o Popielskiego to  jednak wolę wcześniejsze tomy jego  przygód , które więcej miały wspólnego z kryminałem niż „Arena szczurów”.

Chodzą słuchy, że to już ostatnia część przygód Łyssego. No cóż, nawet jeśli to Krajewski kończy je w  dobrym stylu. Może nie kryminalnym, ale obyczajowo-psychologicznym. 

Polecam wszystkim fanom powieści obyczajowo-psychologicznej z motywami kryminalnymi oraz tym, którzy nie krzywią się na widok lub opis rzek krwi i fekaliów. Ale cykl o Popielskim zacznijcie jednak od wcześniejszych powieści tego autora.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

czwartek, 30 kwietnia 2015

„Smok rzeszowski” Wojciech Ulman




Niedaleko Rzeszowa, w rzece Czarnej, dawno temu mieszkał sobie smok. Szpetny, zielony, z językiem jak lasso, którym łapał zwierzęta i zjadał zmiażdżając zębiskami. Nie dość, że polował na dzikie zwierzęta to i most mu się zdarzyło zniszczyć, a i kurami, kozami i innymi gospodarskimi zwierzętami nie pogardził. Wszyscy strasznie się go bali, ale pewien sołtys stwierdził, że trzeba jednak zrobić z jaszczurem porządek. Zrobili wilczy dół. Ale smok był sprytny i wyczuwszy zasadzkę, uciekł. Rozłościli się chłopi na ten widok i pognali za gadem czym prędzej. Ten jednak puścił na nich gaz okrutnie śmierdzący, od którego od razu można było się pochorować. Acha, i wiecie to był ten gaz no… eee… spod ogona, czyli po prostu smoczy bąk. Chłopi podjęli druga próbę pozbycia się smoka i wpuścili siarkowy gaz do jamy, w której się ten ukrył. Niestety, smok wylazł drugą stroną wprost ze studni na rzeszowskim rynku, który podpalił, a następnie z niego uciekł. Kiedy rzeszowianie sprawdzili dokąd idzie tunel, który wykopał smok, ze studni doszli aż nad rzekę Czarną. Co się stało ze smokiem? Nie wiadomo, może poszedł do Krakowa…



Miałam już nic nie kupować. Nic a nic. Trzymać się ściśle wypunktowanego planu zakupów książkowych, którego punkt pierwszy mówił o tym, że najpierw musimy z Mimi przeczytać to co mamy, a potem dopiero zakupić pozycję, których wybranie będzie wymagało głębokiego namysłu. No, ale jak zobaczyłam książeczkę o smoku rzeszowskim, a ojciec dziecięcia mego właśnie z podkarpackiego pochodzi to kupić musiałam. 



Książka skierowana jest do starszego dziecka, bo jest dosyć długa. Tekst rymowany, trochę śmieszny, trochę ironicznie odmalowujący polskie przywary, wypełnia prawie całe kartki. Ilustracji mało, takie jakby kredka rysowane. Akcja za to pędzi jak szalona co sprawiało, że i ja przyspieszałam czytając, aż mnie Mimi uspokajała. 


Pomimo tego, że za żadnym razem nie przeczytałyśmy tej książeczki od deski do deski (jednak Mimi jest za mała na takie długie teksty) to po kilku przeczytaniach już miałyśmy opanowane co i jak. Mimi przypadła do gustu historia o smoku, bo ona sama uważa się na przemian za małą dziewczynkę, pirata Haka i smoka właśnie i (zbyt) często się jej domagała.


Ja do tej historii podchodzę z pewną rezerwą. Jest napisana w takim lekko prześmiewczym, „legendowym” stylu, a ja nie przepadam za takimi opowieściami. No, ale humor typu bąk, czy hak w tyłku wbity, trafił w dziesiątkę jeśli chodzi o Mimi. 

Czy istnieje legenda o smoku rzeszowskim? Nie mam pojęcia. Za to od teraz będzie ona częścią naszej domowej polsko-brytyjsko-światowej, totalnie zmiksowanej, mitologii.


Pozdrawiamy,
Mała Mimi i kura Mania.

Książeczka wpasowała nam się w ramy wyzwania GRA W KOLORY.