Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

‘In the Dark, Dark Wood’ Jessica Souhami




Czytelniku, jesteś przygotowany na przerażającą historię? Tak? To zaczynamy. 

W mrocznym, mrocznym lesie jest mroczny, mroczny dom, z którego okien wyglądają przerażające stwory. W tym domu jest mroczny, mroczny pokój, gdzie kolejne potwory chowają się pod łóżkiem i w lampie. Jest tam też mroczna, mroczna szafa, a w niej mroczna, mroczna półka. Na tej półce stoi mroczne, mroczne pudełko. A w tym pudełku… 

Kiedy wpadła nam w łapki ta książeczka nie spodziewałam się, że da nam ona aż tyle radości. Pierwszą fajną rzeczą jest kolorystyka – ciemna, ale z jaskrawymi elementami. Mimi od razu zauważyła, że jest ciemno i to przykuło jej uwagę. Następnie, podnoszone elementy pod którymi kryją się przeróżne niby-straszne zwierzęta (pająki, wyszczerzone koty i wilki). Odkrywanie kolejnych stron wzmaga napięcie, aż na ostatniej stronie wyskakuje straszny duch! Oczywiście, tak naprawdę Mimi wcale się go nie boi, ale udaje i się świetnie przy tym bawi. Nie zmienia tego fakt, że potrafimy przeczytać ją z pięć razy pod rząd. Gasimy górne światło i czytamy przy małej lampce, ja dodaje przerażające odgłosy, a Mimi cieszy się jak nigdy. To od czasów zeszłorocznego Halloween zostało w niej upodobanie do duchów, czarownic i różnych strachów. W ‘In the Dark, Dark Wood’ są one podane w bardziej rozrywkowej formie i dzięki temu zabawa jest przednia.
W dodatku, na każdej ilustracji jest koścista ręka, a jak Mimi ją widzi to aż się trzęsie z ekscytacji, że będzie duch!
 
Również tekst, bardzo prosty z licznymi powtórzeniami, jest melodyjny i świetnie współgra z klimatem ilustracji. 

Bardzo nam się ta książeczka spodobała. Na pewno będzie w naszym tegorocznym Halloweenowym repertuarze. Szkoda, że dopiero teraz miałyśmy okazję ja przeczytać.



Pozdrawiamy,
Kura Mania i mała Mimi.


Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

wtorek, 17 lutego 2015

'Daisy Miller and The Turn of the Screw' Henry James ("W szponach lęku")

Dziś przedstawiam drugą nowelę z zestawu, czyli 'The Turn of the Screw'


Chcesz usłyszeć prawdziwie przerażającą historię? Taką, która spowoduje, że po kręgosłupie przejdzie Cię zimny dreszcz, a w Twoim umyśle zagnieździ się nieokreślony lęk? Jeśli tak, to dzielisz tą chęć z grupą ludzi, którzy w myśl kiedyś popularnej tradycji opowiadają sobie historię o duchach w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Jedna z osób ma rękopis opowiadający o przeżyciach w pewnej wiejskiej rezydencji w Anglii. Czy odważysz się jej wysłuchać?

Guwernantka, dwudziestolatka o niewielkim doświadczeniu życiowym, zgadza się przyjąć posadę w Bly, wiejskiej posiadłości należącej do pewnego przystojnego dżentelmena na stałe mieszkającego w Londynie. Jest on wujem dwóch sierot, dziesięcioletniego Milesa i ośmioletniej Flory, których to nauczaniem ma się zająć młoda kobieta, której imienia nie poznajemy. W dużej posiadłości jest jeszcze trochę służby i Mrs Grose, gospodyni. Zostaje ona powiernicą i przyjaciółką guwernantki oraz służy jej często radą, pomimo tego, że sama stawia się o wiele niżej niż młoda kobieta z racji swojego analfabetyzmu.

Dzieci wydają się prawdziwymi aniołkami. Piękne buzie chwytają za serce. Tak samo jak i ich gorące przywiązanie do swojej guwernantki, nieskazitelne maniery i rozliczne talenty. Jednak nie wszystko jest tak idealne jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Miles zostaje wydalony ze szkoły, a w liście przysłanym przez jej dyrektora nie ma ani słowa o powodzie, dla którego to zrobiono. Dzieci ani słowem nie wspominają o swoim życiu sprzed przybycia nowej guwernantki. Miles nie mówi o szkole czy o swoich kolegach, a Flora ani razu nie wspomniała poprzedniej guwernantki, która w dziwnych okolicznościach nagle wyjechała.

Młoda guwernantka, pomimo absolutnego oczarowania tą dwójką, zauważa, że coś niedobrego dzieje się w domu. Pewnego dnia widzi przystojnego, rudego mężczyznę na jednej z wież posiadłości. Okazuje się, że jest to Peter Quint, który poprzedniego lata pracował dla wuja dzieci i spędzał szczególnie wiele czasu z chłopcem. Quint jednak umarł! Nie jest to jedyna zjawa, którą widzi młoda kobieta. Drugą jest piękna jakąś straszną urodą panna Jessel, poprzednia guwernantka, która miała romans z Quintem, a po odejściu z pracy również umarła. Dwudziestolatka jest jedyną osobą, która widuje oba duchy, ale w miarę upływu czasu zyskuje pewność, że również i dzieci kontaktują się ze zjawami i rozmyślnie ukrywają to przed dorosłymi.
Odkrycie fałszu w zachowaniu Flory i Milesa jest prawdziwym wstrząsem zarówno dla guwernantki, jak i gospodyni. Teraz wszelkie działania młodej kobiety dążą do uchronienia dzieci przed złym wpływem zjaw, choć podejrzewa ona, że młode duszyczki zostały już skażone niemoralnym prowadzeniem się martwej pary jeszcze zza ich życia. 

Prawdziwą sensacją jest moment, kiedy guwernantka widzi pannę Jessel w towarzystwie pani Grose i Flory. Jednak zarówno gospodyni, jak i dziewczynka zaprzeczają, że cokolwiek widziały. Mimo to pani Grose dalej wspiera guwernantkę i na jej życzenie zabiera dziewczynkę, aby odpoczęła od niezdrowej atmosfery domu do wuja. Kiedy dwudziestolatka zostaje sam na sam z Milesem odbywają oni dziwną rozmowę. Chłopiec przyznaje się, że ukradł napisany przez guwernantkę list do wuja i go spalił, ale kiedy kobieta wskazuje na zaglądającego przez okno ducha Quinta, Miles nie potwierdza tego, że również go widzi. Nowela kończy się zaskakująco i dramatycznie (nie napiszę jednak jak zostawiając to Tobie do odkrycia).

Co jest cecha charakterystyczną tej noweli? Myślę, że psychologiczny aspekt utworu. Nie jest to typowa historia o duchach. Dostajemy wgląd w psychikę głównej bohaterki, która opisując swoje uczucia i rozterki wprowadza niezdrową atmosferę obsesji i lekkiego obłąkania. Smaku dodaje fakt, że nikt oprócz niej nie widzi duchów. Powstaje więc pytanie czy one naprawdę istniały czy były jedynie chorym wytworem udręczonego umysłu kobiety. 

Mogło być to spowodowane jej stłamszoną seksualnością, jak chciałby to widzieć Freud (a jakżeby inaczej). Mi jednak odpowiada myśl, że kobieta, której wychowanie odbywało się głównie w domu i której doświadczenie życiowe jest mizerne, nabiła sobie głowę pewnymi szlachetnymi ideami. Postawiła się ona w sytuacji udręczonej bohaterki dzielnie chroniącej niewinność dzieci, choćby za wszelką cenę. Nawet kiedy zaczyna ona podejrzewać, że kryształowe młode duszyczki nie są tak nieskalane jak z początku myślała, winą za to obarcza zgubny wpływ poprzednich ich opiekunów. Stawia siebie między diabelskimi siłami, a duszami dzieci, które są stawką w tej walce. 

Dlaczego guwernantka przyjęła, że jej podopieczni są tak idealni? Głównie dlatego, że dzieci miały anielskie oblicza. Również to z powodu fizycznej atrakcyjności ich wuja zgodziła się przyjąć tę posadę. Pokazuje to jak małe ma ona doświadczenie i jak bardzo nie zna się na ludziach. Nie boi się jednak duchów, a jej postawa charakteryzuje się odwagą. 

Z drugiej jednak strony, może dlatego tylko ona widzi oba duchy, bo jest wyjątkowo wrażliwa i w pewien sposób nieskażona przez obce wpływy? Przecież podała pani Grose dokładny opis obu osób, których w życiu nie widziała i o których nawet nie słyszała. Również i zachowanie dzieci wydaje się dosyć podejrzane. Idealnie potrafią one okręcić swoje opiekunki wokół małego paluszka. Tak chcą przypodobać się swojej guwernantce, że niejako wyprzedzają jej pragnienia i myśli robiąc to co jej się by najbardziej podobało. To tu to tam przemykają małe fragmenty wiadomości o tym, ze Miles nie do końca jest tak dobry jakim się zdaje. Okazuje się, że jest zdolny do zła, co z resztą sam czasem mówi swojej opiekunce. 

Siła tej opowieści tkwi w niedopowiedzeniu. Nie wiemy jakie zło czyha ze strony duchów na dzieci. Na pewno nie jest to zło fizyczne, ale bardziej jest to groźba skalania ich charakteru i sprowadzenie ich na złą drogę. Również sposób prowadzenia się panny Jessel i Quinta nie jest opisany dosłownie, a dowiadujemy się o nim z informacji wyrwanych przez guwernantkę od pani Grose. Nie wiemy dlaczego Miles został usunięty ze szkoły, a obie opiekunki nie wnikają w tą sprawę głębiej. Wszędzie są jedynie niedopowiedzenia i przypuszczenia wysnute na podstawie przemyśleń guwernantki. Spiętrzają się one wprowadzając skisłą lepkość, która przywiera do czytelnika nie dając mu chwili odpoczynku od fabuły. 

Dodatkowo atmosferę niepokoju i nieokreślonego lęku podsycają pewne zabiegi autora. Kiedy po raz pierwszy guwernantka widzi rudowłosą zjawę wszelkie dźwięki cichną, ptaki zamierają i zapada złowroga cisza. W innych przypadkach już po zapadnięciu mroku nagle gaśnie świeca. Takie proste zabiegi, niby oczywiste i takie do których już powinnam przywyknąć, sprawiały, że zaczynałam czuć się nieswojo.

Czy jest to opowieść o duchach czy może opis psychologicznego rozpadu umysłu młodej kobiety to już zostawiam Tobie do zdecydowania. Jednak kiedy, zaczniesz czytać ‘The Turn of the Screw’ nie nastawiaj się na typową historię o zjawach, a na powolne zanurzanie się w syropie złożonym z szaleństwa, obsesji i niedopowiedzenia.

Polecam wszystkim fanom psychologicznych rozkmin, nietypowych opowieści o duchach, oraz tym, którzy mają swoje podejrzenia w stosunku do słodkich, blondwłosych dzieciątek. 

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

niedziela, 30 listopada 2014

'A Christmas Carol' Charles Dickens


Oh! But he was a tight-fisted hand at the grindstone, Scrooge! A squeezing, wrenching, grasping, clutching, covetous old sinner! Hard and sharp as flint, from which no steel had ever struck out generous fire; secret, and self-contained, and solitary as an oyster. The cold within him froze his old features, nipped his pointed noose, shrivelled his cheek, stiffened his gait; made his eyes red, his thin lips blue; and spoke out shrewdly in his gratin voice. A frosty rime was on his head, and on his eyebrows, and his wiry chin. He carried his own low temperature always about with him; he iced his office in the dog-days; and didn’t thaw it one degree at Christmas.

Brrrrr! Aż się zimno robi od samego opisu! A co dopiero mają powiedzieć jego pracownicy? Kilka mizernych węgielków nie dających nawet światełka, a co dopiero mówić o świetle. To wszystko na co można liczyć w biurze Ebenezera  Scrooge’a. No może oprócz złego słowa, wiecznego niezadowolenia pracodawcy i samych nieprzyjemności. Sam Scrooge, po śmierci współpracownika Marleya, prowadził swoją firmę żelazną ręką, ale również nie pobłażał sobie we własnym domu. Ciemno, bo ciemność jest tania, malutki ogienek, żadnych przyjemności. Kiedy w wigilijny wieczór, wyjątkowo ciemny, mglisty i nieprzyjemny, wraca on do swojego domostwa przeżywa wstrząs widząc w kołatce twarz zmarłego wspólnika. Nie będąc jednak słabego ducha i nie wierząc w przesądy poszedł (w ciemności!) do swoich pokojów. Tam jednak odwiedził go niespodziewany gość – duch zmarłego Marleya. Twarz jego straszliwa, a głowa obwiązana chustką, aby szczęka nie kłapała. Ciągnął za sobą kajdany i łańcuchy symbolizujące jego wszystkie złe uczynki, wszystkie zaniedbania i każde odwrócenie się plecami na potrzebujących.  Przestrzegł on Ebenezera, że jego też czeka taki los, że po śmierci będzie błąkał się jak tysiące innych potępionych dusz nie zaznając spokoju, miłości i dobra. Zapowiedział też, że odwiedzą Scrooge’a trzy duchy, które mają za zadanie coś mu pokazać. 
 
Pierwszy duch to duch minionych Bożych Narodzeń. Zabrał on Scrooge’a na wycieczkę w przeszłość pokazując mu jakim był kiedyś zanim zmieniły go chciwość i pieniądze. Pokazał samotnego chłopca wyczekującego na odwiedziny rodziny, młodego czeladnika, który bawił się wesoło na świątecznym przyjęciu marząc o pewnej pięknej pannie. Pokazał również jak chciwość rozdzieliła go z jego miłością, a miejsce pięknej kobiety zajął pieniądz. Nie były to miłe obrazy.

Kolejny duch to duch obecnego Bożego Narodzenia. Pokazał on swojemu podopiecznemu jak różni ludzie potrafią pomimo biedy i choroby odnaleźć w tym szczególnym okresie szczęście i spełnienia i jak bardzo mogą ich cieszyć drobne rzeczy, jak np. świetnie przygotowany pudding lub niewinne gry i zabawy. Ebenezer zobaczył swojego czeladnika z rodziną i małym Timem, drobnym chłopcem chodzącym o kulach, którego entuzjazm jest większy niż niejednego zdrowego człowieka. Zobaczył również co ominęło go kiedy odmówił przyjścia na świąteczny obiad do swojego siostrzeńca, syna ukochanej, zmarłej już siostry. Pod koniec wizyty ducha zauważył, że spod szaty zjawy wyglądają dwie istoty. Była to para dzieci, brzydkich i chorych, w poszarpanych odzieniu. Były to dzieci ludzkości. Chłopca imię to Ignorancja (w angielskim jest to rzeczownik męski), a dziewczynki Potrzeba. Mimo, że lekcja była dosyć przykra to do pełnej przemiany Scrooge’a potrzebował on jeszcze jednego ducha.

Tym duchem był duch przyszłych Bożych Narodzeń. Mroczny, w szacie zakrywającej całą postać, z niewidoczną twarzą. Milczący, komunikujący się jedynie gestem. Pokazał on fragmenty rozmów pewnych znanych Scrooge’owi ludzi, którzy mówili o śmierci pewnego człowieka. Odwiedzili zakazane rejony, w których kilkoro ludzi dobijało handlu rzeczami ściągniętymi z jakiegoś zmarłego i z jego łoża. Pokazał on rodzinę, która na wieść o śmierci tego samego mężczyzny ucieszyła się, bo jej dług zostanie przepisany na kogoś innego, a nikt nie może być aż tak nielitościwy jak  zmarły. Na końcu pokazał on staremu sknerze kim był zmarły – na zarośniętym, zaniedbanym nagrobku widniało „Ebenezer Scrooge”. Wstrząsnęło to starcem – czy aż tak zły był, że nikt po jego śmierci nie zapłakał? Że nie było nikogo kto by towarzyszył mu w ostatniej godzinie? 

Po przebudzeniu następnego dnia okazało się, że jest pierwszy dzień Świąt. Pełen nowego radosnego uczucia Scrooge zerwał się z łóżka jak szalony, a przepełniające go szczęście utrudniało mu ubranie się i ogolenie. Zawołał on przechodzącego chłopca, aby ten kupił największego indyka wiszącego w sklepie nieopodal i tak wszystko załatwił, że dostał go mały Tim. Szaleńcza radość poprowadziła go do wcześniej zaniedbywanego siostrzeńca, a tam spędził najlepszy czas w swoim życiu. Nie powróciło dawne skąpstwo, zgryźliwość i chytrość – Ebenezer postarał się, żeby każdy dzień był jak Gwiazdka, wypełniony dobrem i szczęściem.

Kto nie zna „Opowieści wigilijnej” ręka do góry! Nikt? Tak myślałam. W okolicy Świąt jesteśmy bombardowani przeróżnymi wersjami filmowymi tej klasycznej opowieści, jak również można znaleźć na stosy jej książkowe wersje (dla dzieci, nowoczesne, itp.). Co sprawiło, że jest ona tak uniwersalna, że trafia do każdego odbiorcy bez względu na wiek czy kulturę?

Myślę, że głównie jest to sprawa drastycznej przemiany głównego bohatera. Ebenezer Scrooge, wredny, chciwy, nieuprzejmy, staje się tak dobry, że jakby był choćby o drobinę lepszy to rzygałby tęcza jak jednorożec. Nie oszukujmy się, przemiana głównego bohatera jest iście bajkowa. No ale cóż, czy nie jest przez to tak przez czytelników na całym świecie lubiana? Chyba gdzieś tam w głębi mnie pod warstwą cynizmu żyje nadzieja, że ludzie są jednak dobrzy, że widząc swoje błędy zmieniają się na lepsze, a świat stanie się dobrym miejscem do życia. Dodatkowo, w czasie świątecznego sezonu łaknę tego ciepła i dobra, tej magicznej przemiany i łatwiej mi w nią uwierzyć. Dodatkowym smaczkiem jest obecność duchów. Mimo, że niektóre z nich wcale nie wydają się straszne to potrafią jednak  ukazać swoją mroczną stronę w taki sposób, że delikatne ciareczki przechodzą po plecach. Z drugiej jednak strony znajdziemy komfort w czytaniu tej historii, bo nie jest ona zbyt przerażająca, a szczęśliwego zakończenia możemy się spodziewać nawet nie znając jej zakończenia. Szczęście wypełniające książkę pomimo mrocznych wycieczek Scrooge’a jest wszechogarniające. Miło jest przyjrzeć się ludziom celebrującym Święta, które mimo, że czasem skromne lub wręcz biedne, są dla nich radością. Nawet ta pewna przesada w opisach Dickensa (jak np. w przypadku opisu monstrualnego indyka, który jest tak wielki, że nie byłby w stanie ustać na własnych nogach) jest mu wybaczona, bo w końcu magia Świąt działa.

Kiedy wicher za oknem wieje, temperatura spada poniżej zera, a śnieg ew. marznący deszcz zacina, szukam magii. W ‘A Christmas Carol’ ją znalazłam. Już niedługo, po ubraniu choinki podczas której będę słuchać Wham! I Mariah Carey do znudzenia, włączę sobie którąś z wersji „Opowieści wigilijnej” i pomimo tego, że świetnie znam jej treść, z wielką przyjemnością przeżyję historię Scrooge’a na nowo.

Polecam wszystkim tym, którzy nie wierzą w Święta, żeby się naprostowali, tym, którzy magię Świąt chłoną każdym calem swego ciała, jak i tym, dla których porządna opowieść to ta z duchami i śniegiem.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

 PS. Podobno to właśnie Dickensowi zawdzięczamy spopularyzowanie wyrażenia "Merry Christmas".

M.

 
Książkę przeczytałam z niesamowitą przyjemnością w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

piątek, 7 listopada 2014

‘Wake Up Do, Lydia Lou!’ Julia Donaldson & Karen George






Pewnej ciemnej nocy, kiedy mała Lydia Lou smacznie sobie spała do jej pokoju wleciał duch. Strasznie hałasował, aby dziewczynka się zbudziła i ze strachu wrzasnęła. No ale niestety, Lydia tak mocno spała, że nawet nie drgnęła na te krzyki. Duch spróbował jeszcze raz, ale mała spała snem kamiennym. Jedynie misio zauważył, że w sypialni jest duch. Ten stwierdził, że potrzebuje pomocy i sprowadził sobie pomocnika w osobie kotka. Jak to nie pomogło to następnego i następnego, i następnego! Wkrótce w sypialni małej Lydii Lou zrobiło się całkiem tłoczno. Kogo tam nie było! I mały kotek, i duża krowa, i sowa, i niemowlak, i kogut. Ach, na nic to wszystko! Dopiero jak piórko pogilało nosek ducha i jego towarzyszy ci potężnie kichnęli, a to wreszcie obudziło dziewczynkę. Ale Lydia Lou wcale nie rozpłakała się, za to zaczęła się śmiać! 


Tę historyjkę wybrała sobie mała Mimi. Przed Halloween kiedy w sklepach zaczęły się pojawiać wszelkie straszliwe akcesoria postać ducha bardzo ją zafascynowała. Do tego stopnia, że nauczyła się mówić „duch”, kazała gasić światło i wydawała straszliwe okrzyki bardziej pasujące do potępieńczych jęków upadłych dusz niż do zwykłych duszków. 



Książeczka świetna jest do wskazywania postaci jak i do wydawania odgłosów. No bo cóż może być fajniejszego niż muczenie, jęczenie i pianie. Duże strony, prosta kreska i kolory i przejrzyste przedstawienie postaci nie sprawiały w ich rozróżnianiu Mimi żadnego problemu. Dodatkowym atutem jest to, że prościutka fabuła pokazuje, że duchów nie trzeba się bać, a straszenie może być świetną zabawą. Moja dwulatka była nią zachwycona i gdyby nie to, że Halloween już za nami, a dekoracje pościągane wcale nie chciałaby się z nią rozstawać (książka wypożyczona z biblioteki).



Mimi mówi, że „okej” i „łania duch” (czyt. ładny duch), więc polecam bardzo!

Pozdrawiam,

Kura Mania i mała Mimi.



Tym wpisem chciałabym zapoczątkować nowy cykl o lekturach dla dzieci młodszych i tych trochę starszych, który, jak wszystko pójdzie dobrze, będzie publikowany co dwa tygodnie. A następny wpis będzie poświęcony pewnym straszliwym istotom bez palców u stóp, które uknuły przerażający plan i małemu chłopczykowi, który ma bardzo nietypową babcię…



Książka przeczytana w ramach wyzwania GRA W KOLORY.