Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ilustracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ilustracje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 września 2017

Kurczę Czytane: "Trzecie urodziny Prosiaczka" Aleksandra Polewska, il. Ola Woldańska – Płocińska



Minął rok i Prosiaczek znów ma urodziny. Tym razem już trzecie, więc wypadałoby je dobrze spędzić. Prosiak wpadł na pomysł wycieczki do ZOO w celu poznania wszystkich swoich odległych, zwierzęcych kuzynów. 

Okazuje się jednak, że wizyta w ogrodzie zoologicznym nie będzie taka zwyczajna – jubilat dostaje magiczny bilet z trzema zdrapkami. Wystarczy zażyczyć czegoś sobie i zdrapać jedną z kropek, aby życzenie się spełniło. O, Prosiaczek na pewno wykorzysta swoje trzy szanse!

Nowi przyjaciele, masa nowych wiadomości, wielkie zamieszanie i niespodziewana miłość to wszystko co wydarzy się w dniu trzecich urodzin różowego prosięcia.

„Drugie urodziny Prosiaczka” należą do naszego prywatnego, domowego kanonu. Mimi bardzo często wraca do tej książeczki, mimo że to przecież kartonowy sztywniak. Kolejną część dostała na swoje, a jakże, trzecie urodziny, ale jakoś nie przypadła jej wtedy do gustu. 

Niedawno dałyśmy jej drugą szansę i… niestety, nie zaskoczyło. Prosiak jak zwykle jest pełen uroku. Historia wprowadza pewne informacje na temat zwierząt (hipopotam w błocie na przykład) i nawiązuje do przysłów (słoń w składzie porcelany). Co chwila coś się wydarza, akcja wartko leci, a Prosiak wykorzystuje swoje trzy magiczne szanse nie tylko dla siebie, ale i dla innych (walor dydaktyczny)

Niestety, fragment o tym jak to Struś chowa głowę w piasek nie mieści się w głowie małej Mimi i drąży temat, aż matka szału dostaje.

No, ale pal to licho, przecież tak się mówi.

Jednak zakończenie sprawiło, że Mimi była zniesmaczona. Z miną księżniczki cierpiącej na wrzody rzekła jedno słowo „disgust” i książeczkę odłożyła (potem wracałyśmy do niej i tak, ale musiałam zmieniać finał).
Co wydarza się tam tak strasznego, że aż dziecię wymyśla nowe zakończenie prosiaczkowej historii?

A no, różowy jubilat pod koniec pełnego wrażeń dnia widzi na straganie z watą cukrową najpiękniejszą Świnkę na świecie. I zakochuje się w niej z mety. I, uwaga uwaga będzie straszne, wykorzystuje ostatnią zdrapkę na życzenie, aby Świnka też się w nim zakochała. Ta-dam! 

I o to właśnie się rozchodzi, że nie wolno nikogo przymuszać, czarami lub nie, do tego, aby się w Tobie zakochał. Czasem tak się dzieje, a czasem nie. Trzeba się starać, próbować, ale czasem się nie udaje, bo „takie jest życie”. 

I wiecie co, spodobała mi się ta reakcja małej Mimi. 

Nie jest to książka zła, wręcz przeciwnie. Jest przepięknie zilustrowana, tak, że cieszy oko wciąż od nowa, tekst jest wpleciony w historię przy użyciu różnych czcionek akcentując a to uczucia bohaterów, a to ich wygląd (co jest prześwietnym zabiegiem). Sama historia też jest ciekawa. 

Jednak mała Mimi ma swoje gusta, a o gustach się podobno nie dyskutuje. 

Książkę gorąco polecam, warto się z nią zapoznać, a mam nadzieję, że będzie kolejna część, bo mimo wszystko mała Mimi przywiązała się do tego różowego bohatera z ryjkiem.

Pozdrawiam,
Mała Mimi i kura Mania.

zgadnij co to za zwierzę?


Książka opublikowana została przez wydawnictwo Czerwony Konik, które bardzo lubię i sobie do ich książek wzdycham.

M.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Kurczę Czytane: „Wakacje Fryderyka” Walter R. Brooks, il. Kurt Wiese




Lato się kończy, wieczorem i rankiem czuć chłód w powietrzu co zwiastuje nadchodzącą nieubłaganie jesień. Zaraz zaczniemy zakładać grubsze swetry, kurtki, czapki i szaliki.

Co jednak mają zrobić zwierzęta na jesień i w czasie zimy? Niektóre z nich mają co prawda grubsze futra, a część mieszka przecież w stodołach czy kurnikach. Jednak zimniejszy okres jest bardzo dla nich nieprzyjemny, szczególnie jeśli tak jak w przypadku znajomych prosiaczka Fryderyka (i jego samego) gospodarz nie jest zbytnio bogaty i nie ma pieniędzy na potrzebne naprawy zabudowań gospodarskich.

Jest jednak pewien sposób na zimno – wakacje w ciepłych  krajach!
To właśnie wymyślił kogut Karol i razem z wybranymi zwierzętami postanowił pomysł wcielić w życie.

Cóż to była za podróż! Pełna przygód,  czasem bardzo niebezpiecznych i mrożących krew w żyłach, nowych widoków, maszerowania wielu kilometrów dziennie, ale też i pełna nowych przyjaciół, śmiesznych zdarzeń i opromieniona słońcem. No i niecodziennie spotyka się prezydenta Stanów Zjednoczonych!

Uroczy bohaterowie „Wakacji Fryderyka” podbili nasze serca w trakcie swojej podróży na Florydę. Mimo, że prosiaczek jest bohaterem tytułowym nie zajmuje on czołowej roli w powieści. Jest co prawda bardzo zażywnym, pełnym wigoru i mądrym zwierzęciem, ale każde z wędrujących zwierząt miało swoje miejsce w książce – od malutkiego małżeństwa pająków państwa Web  i myszy poprzez kaczki Alicję i Emmę, parę kogutów Karola i Henrietty, psów Dżeka i Roberta, kota Jinxa do krowy pani Wandy i konia Hanka
Moim ulubionych bohaterem został kot Jinx, zapatrzony w siebie, lekko zarozumiały kocur, którego pycha została nieźle ukarana.

Koty rzadko składają obietnice, jednak jeżeli już do czegoś się zobowiążą, można na nich polegać. Słowo kota jest niezawodne jak koci skok.

Wszystkie koty doskonale potrafią wiązać węzły. Nawet najgłupszy kociak umie w ciągu dwóch minut zawiązać czterdzieści supłów na włóczce rozwiniętej z kłębka. Jeżeli nie wierzycie, spytajcie swoja babcię.

Wszystkie zwierzęta mają tak różne charaktery, że powieść nigdy nie nudzi, bo przecież każdy zachowuje się w różnych sytuacjach inaczej. Jednak to co ich łączy, oprócz pragnienia przygody, jest silne poczucie sprawiedliwości i chęć niesienia pomocy. Pomimo tego, że narzekają czasem na swojego gospodarza, pana Bean, to wiedzą dobrze, że nie jest on w stanie im zapewnić takich wygód jakich by chciał ze względów finansowych. I nawet trochę za nim tęsknią.

Świetna lektura, nawet dla młodszego dziecka, napisana prostym, przystępnym językiem.  Zwierzęta są przeurocze, ich przygody bardzo zabawne , czasem niebezpieczne (wtedy trzeba czytać szybko, szybko, a słuchać  z zapartym tchem), a dodatkowym smaczkiem są świetne ilustracje Kurta Wiese. A wszystko to opromienione takim lekko rustykalnym urokiem i pełne ciepła.

Pozdrawiam,
Mała Mimi i kura Mania.

Książka została przetłumaczona przez Stanisława Kroszczyńskiego, a wydana nakładem Wydawnictwa Jaguar. W serii są tez inne pozycje o Fryderyku, więc chętnie się z nimi zapoznamy.

M.

sobota, 4 czerwca 2016

Kurczę Czytane: „Z przygód krasnala Hałabały” Lucyna Krzemieniecka




Hałabała to krasnoludek mieszkający w dziupli drzewa. Ma czerwony kapelutek i mnóstwo ciekawych zajęć. A to trzeba znajomym pomóc, a to przyjęcie z plackiem borówkowym przygotować, a to babie Sabie nazbierać bukiet szczęścia, a to pobawić się z leśnymi przyjaciółmi. Zajęć co nie miara, a wszystkie interesujące!

 
 Hałabałę kojarzyłam jedynie z Domowego Przedszkola oglądanego w dzieciństwie i do niedawna nie wiedziałam nawet, że ta postać ma swój książkowy pierwowzór (a nawet była swego czasu w kanonie lektur). I wielka szkoda, bo Hałabała jest cudowny!

Razem z małą Mimi pożarłyśmy książeczkę na dwa posiedzenia. Co prawda ma jedynie 47 stron, ale i trzylatka ma krótki okres skupienia na jednej rzeczy. A w przypadku przygód krasnala siedziała jak zaklęta i domagała się kolejnych rozdziałów. 

Zdania są rymowane i czytanie jest prawdziwą gimnastyka dla języka. Chyba nigdy się nie myliłam tyle razy jak przy tej lekturze (a te wspólnie czytane książki nagrywam na później. Tu nagrania są tak beznadziejne, że je skasowałam). 

 
Co więcej, język jest dosyć archaiczny, pełny zdrobnień i egzotycznie brzmiących słów. Dla Mimi było to prawdziwe wyzwanie, bo na przykład kompletnie nie wiedziała co oznacza „Chodziła baba z chrustem po boru pustym”. Było więc dużo wyjaśniania, ale wcale jej to nie odstraszało.

W dodatku, dowiedziała się całej masy wiadomości. O wędrówkach ptaków, o nocnych i dziennych zwierzętach, o porach roku i ich wpływie na zwyczaje leśnych zwierząt. Gdzieś to w główkę wpadło i teraz mnie zaskakuje czasem wyławiając te informacje. 

Oczywiście, aby informacje zostały lepiej zapamiętane wybrałyśmy się do lasu szukać dziupli Hałabały i borsuków (nie było, za to znalazłyśmy pełno śladów Yeti. Nie pytajcie nawet). Poszukałyśmy w internetach wszystkich wspomnianych w książce gatunków ptaków. No i oczywiście, trzeba było upiec placek borówkowy, koniecznie!

Gorąco polecamy tę niepozornych rozmiarów książeczkę. Niech nie odstrasza Cię język niedzisiejszy, bo lektura jest naprawdę świetną zabawą. Plus cu-do-wne ilustracje Zdzisława Witkickiego, które najchętniej bym powiesiła na ścianie. 

Pozdrawiamy,
Mała Mimi i kura Mania.

PS. „Z przygód krasnala Hałabały” kosztuje jedynie 14.90, a ja kupiłam je w jednej z księgarni internetowych o 30% mniej. Rozbój w biały dzień.

M.

sobota, 7 maja 2016

Kurczę Czytane: „Różnimisie” Agata Królak




O „Różnimisiach” naczytałam się wiele dobrego. I tak od recenzji do opinii stwierdziłam, że muszę mieć tą książkę. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, czyli okazja była (jakbym potrzebowała okazji do zakupu książek). Zakupiłam, zapakowałam, położyłam pod choinkę razem z kilkoma innymi książeczkami dla Mimi.
Po pierwszym szale rozpakowywania i przeglądania książek, „Różnimisie” poszły w kąt. Dlaczego?

„Różnimisie” to książka o przeciwieństwach przedstawionych na misiach. Mamy tu tradycyjne różnice takie jak wesoły/smutny, czy czysty/brudny, ale również i takie bardziej nietypowe jak zdrowy/chory czy leniwy/pracowity. 



 Narysowane są one jakby ręką dziecka. Takie trochę niedopracowane, szkicowe, bez zbędnych detali. Niektóre kartki są jasne, inne ciemne. Kolory są dawkowane oszczędnie. Mają swój urok. Szczególnie fajne są te kolorowe kreseczki lub kropeczki.



Ogólnie, książeczka jest ładna, oryginalna, karty sztywne i wytrzymałe z zaokrąglonymi rogami. No nic nie ma tu negatywnego. Nic co mogłoby się nie podobać. Jej największym plusem jest wspomniana wcześniej oryginalność, jeśli chodzi o przedstawienie dosyć już oklepanego tematu.


Niestety, książka nudzi Mimi i nigdy nie jest w stanie doczytać jej do końca. Gdy była młodsza nie rozumiała przedstawionych przeciwieństw, a teraz są one dla niej zbyt łatwe. Jeśli chodzi o niektóre obrazki, to i dla mnie byłyby nie czytelne, gdyby nie wyjaśniające wszystko opisy.  No ale w takim wypadku dla jakiej grupy wiekowej skierowane są „Różnimisie”? No nie wiem, jakoś nie podeszła Mimi. Za to mi się spodobała. Książeczka poszła dalej w świat i może obecnemu małemu właścicielowi przypadła do gustu.



Chciałam spróbować z „Robimisiami", ale w Empiku mała Mimi zaszczyciła tę książkę dwoma spojrzeniami jedynie i tyle. Po prostu to nie jest cup of tea.

Pozdrawiamy,
mała Mimi i kura Mania.

sobota, 19 marca 2016

Kurczę Czytane: „Zebra” Ifi Ude





W stadninie na Mazurach z siwej klaczy i karego ogiera rodzi się źrebię… w paski. Dzięki afrykańskim korzeniom na świecie pojawia się mała zebra. Kiedy zaczyna chodzić do końskiej szkoły jej odmienny wygląd nie przysparza jej przyjaciół. Są konie różnej maści, czasem nawet w łaty czy kropki, ale nie w paski! 

Wrogość reszty źrebiąt nie trwa jednak wiecznie. Kiedy uciekają one przed wizytą dentystki w szkole wbiegają na ruchliwą ulicę. Zgadnijcie kto wtedy ich ratuje? Tak, zebra właśnie. Potem okazuje się, że wygląd nie ma znaczenia i nawet źrebię w paski może być dobrym przyjacielem.

Moje oczekiwania względem tej książeczki były bardzo wysokie. Naczytałam się pozytywnych opinii, a kiedy wreszcie już przeczytałyśmy ją same trochę się rozczarowałam.

Na pewno autorce przyświecały szlachetne motywy przy tworzeniu tej opowieści. Wplatając część swojej tożsamości nadała historii szczyptę zarówno egzotyki, jak i zwróciła uwagę na nietolerancję i niesprawiedliwe traktowanie ludzi o innym kolorze skóry. Pewnie autorka wie o czym mówi, bo sama urodziła się w Nigerii z matki Polki. Ogromnie podobała mi się opowieść taty-ogiera o pochodzeniu zebr i jego piękne słowa o tym, że świat nie jest czarno-biały.

Nie podoba mi się jednak sama idea uciekania przed wizytą dentysty. Dużo pracy włożyłam w przyzwyczajanie małej Mimi do dentysty i nie uważam, że pozytywnym jest czytanie o ucieczce przed wizytą u stomatologa. Niepotrzebnie wplecione jest to do fabuły. Kolejną rzeczą jest to porównanie zebry-zwierzęcia do zebry-pasów na ulicy. To dzięki temu mała zebra pomogła innym źrebakom, bo uznała, że samochody zatrzymają się widząc ją tak jak zatrzymują się przed przejściem dla pieszych. To już kompletnie niezrozumiałe było dla małej Mimi, bo tu pasów nie ma na przejściach. Zresztą mi tez się to nie podobało. Wolałabym, żeby zebra uratowała inne koniki dzięki jakiemuś odwołaniu do afrykańskich korzeni. Co prawda, jest to oswajanie egzotyki, ale po co ją oswajać? Lepiej pokazać, że jest równie fajna jak i nasza przaśność ;)

Nie zrobiła na nas ta historia większego wrażenia. Za to ilustracje Nezki Satkov podobały mi się szalenie! Przepiękne „wycinanki” w kilku jedynie kolorach świetnie pasowały i do zebry i do Mazur.
Odłożymy na razie „Zebrę” Ifi Ude na półkę i damy sobie trochę czasu. Może nam się bardziej spodoba w przyszłości. Zresztą, naprawdę, nie jest to zła pozycja, jest interesująca i na pewno warto ją choćby raz przeczytać, aby zachwycić się niektórymi fragmentami. No i jest pięknie wydana.

„Zebra” wchodzi w skład serii ½ + ½ = 0 wydawnictwa Poławiacze Pereł, czyli serii skierowanej dla dzieci i młodzieży, w której autorzy są na w pół Polkami i Polakami i dzielą się swoim wielokulturowym doświadczeniem.

Pozdrawiam,
Mała Mimi i kura Mania.