Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 sierpnia 2016

Kurczę Czytane: „Wakacje Fryderyka” Walter R. Brooks, il. Kurt Wiese




Lato się kończy, wieczorem i rankiem czuć chłód w powietrzu co zwiastuje nadchodzącą nieubłaganie jesień. Zaraz zaczniemy zakładać grubsze swetry, kurtki, czapki i szaliki.

Co jednak mają zrobić zwierzęta na jesień i w czasie zimy? Niektóre z nich mają co prawda grubsze futra, a część mieszka przecież w stodołach czy kurnikach. Jednak zimniejszy okres jest bardzo dla nich nieprzyjemny, szczególnie jeśli tak jak w przypadku znajomych prosiaczka Fryderyka (i jego samego) gospodarz nie jest zbytnio bogaty i nie ma pieniędzy na potrzebne naprawy zabudowań gospodarskich.

Jest jednak pewien sposób na zimno – wakacje w ciepłych  krajach!
To właśnie wymyślił kogut Karol i razem z wybranymi zwierzętami postanowił pomysł wcielić w życie.

Cóż to była za podróż! Pełna przygód,  czasem bardzo niebezpiecznych i mrożących krew w żyłach, nowych widoków, maszerowania wielu kilometrów dziennie, ale też i pełna nowych przyjaciół, śmiesznych zdarzeń i opromieniona słońcem. No i niecodziennie spotyka się prezydenta Stanów Zjednoczonych!

Uroczy bohaterowie „Wakacji Fryderyka” podbili nasze serca w trakcie swojej podróży na Florydę. Mimo, że prosiaczek jest bohaterem tytułowym nie zajmuje on czołowej roli w powieści. Jest co prawda bardzo zażywnym, pełnym wigoru i mądrym zwierzęciem, ale każde z wędrujących zwierząt miało swoje miejsce w książce – od malutkiego małżeństwa pająków państwa Web  i myszy poprzez kaczki Alicję i Emmę, parę kogutów Karola i Henrietty, psów Dżeka i Roberta, kota Jinxa do krowy pani Wandy i konia Hanka
Moim ulubionych bohaterem został kot Jinx, zapatrzony w siebie, lekko zarozumiały kocur, którego pycha została nieźle ukarana.

Koty rzadko składają obietnice, jednak jeżeli już do czegoś się zobowiążą, można na nich polegać. Słowo kota jest niezawodne jak koci skok.

Wszystkie koty doskonale potrafią wiązać węzły. Nawet najgłupszy kociak umie w ciągu dwóch minut zawiązać czterdzieści supłów na włóczce rozwiniętej z kłębka. Jeżeli nie wierzycie, spytajcie swoja babcię.

Wszystkie zwierzęta mają tak różne charaktery, że powieść nigdy nie nudzi, bo przecież każdy zachowuje się w różnych sytuacjach inaczej. Jednak to co ich łączy, oprócz pragnienia przygody, jest silne poczucie sprawiedliwości i chęć niesienia pomocy. Pomimo tego, że narzekają czasem na swojego gospodarza, pana Bean, to wiedzą dobrze, że nie jest on w stanie im zapewnić takich wygód jakich by chciał ze względów finansowych. I nawet trochę za nim tęsknią.

Świetna lektura, nawet dla młodszego dziecka, napisana prostym, przystępnym językiem.  Zwierzęta są przeurocze, ich przygody bardzo zabawne , czasem niebezpieczne (wtedy trzeba czytać szybko, szybko, a słuchać  z zapartym tchem), a dodatkowym smaczkiem są świetne ilustracje Kurta Wiese. A wszystko to opromienione takim lekko rustykalnym urokiem i pełne ciepła.

Pozdrawiam,
Mała Mimi i kura Mania.

Książka została przetłumaczona przez Stanisława Kroszczyńskiego, a wydana nakładem Wydawnictwa Jaguar. W serii są tez inne pozycje o Fryderyku, więc chętnie się z nimi zapoznamy.

M.

czwartek, 19 marca 2015

'Kim' Rudyard Kipling



Poznajcie Kimballa O’Harę, irlandzką sierotę zrodzoną w Indiach jeszcze pod panowaniem brytyjskim z biednej matki i ojca żołnierza. Sahib O’Hara, mimo tego, że wychowany na indyjskich ulicach przypadkowo lub dzięki opatrzności natknął się na ten sam oddziału wojska, w którym służył jego ojciec. Dzięki temu spotkaniu został wysłany do szkoły dla jemu podobnych, a w rezultacie został wykształcony na szpiega wysokiej jakości, aby mógł przysłużyć się w przyszłości Brytyjskiemu Imperium w czasie Wielkiej Gry między Rosją a Imperium Brytyjskim w tej części Azji.

Sztywniactwo, nie?
Spróbuję inaczej.

Poznajcie Kima, dzieciaka-sierotę, dla którego to hinduskie ulice były najlepszą szkołą. Dla niewielkiej zapłaty lub miski dobrego jedzenia chętnie wykona przeróżne zadania. A dzięki wrodzonemu sprytowi i spostrzegawczości rzadko kiedy chodzi głodny. Kiedy rusza w drogę z przypadkowo poznanym tybetańskim lamą najlepszą rozrywką Kima jest obserwowanie współpodróżnych, bo rzadko kto ma taką chęć poznawania nowych rzeczy, historii i ludzi jak ten chłopal. Dosyć lubi szkołę, do której trafia wbrew sobie, ale odżywa dopiero, kiedy wyrusza w drogę. Czy to z dawnym przyjacielem, handlarzem końmi, Mahbubem Ali, czy z ukochanym lamą jako jego chela, uczeń. 

‘Kim” Rudyarda Kiplinga to jedna z najświetniejszych książek jakie w życiu czytałam. Wypełniona intensywnymi aromatami i zwyczajami Indii schyłku dziewiętnastego wieku przenosi czytelnika w miejsce egzotyczne, niebezpieczne, ale takie do którego chce się ciągle wracać. Poznając historię Kima, który dzięki swojemu niejako podwójnemu pochodzeniu łatwo zmienia się z lokalnego Hindusa w respektowanego sahiba, poznajemy skrawek bogactwa różnorodnych kultur, niesamowitą mieszankę oryginalnych charakterów i zwyczajów, na których dokładne poznanie braknie życie. Nad niektórymi rzeczami zamyślimy się dłużej, bo zajmują one więcej miejsca w życiu chłopca. Inne jedynie liźniemy tak jak poznajemy jedynie skrawki krajobrazu podczas podróży pociągiem. Co ciekawe opisy nie zajmują za dużo miejsca w powieści. Jednak są na tyle plastyczne i sugestywne, że dwa-trzy zdania tworzą klimat. Autor bardziej skupia się na kolejnych spotkaniach z przeróżnymi ludźmi z wszelkich warstw społecznych i kast. No i na dialogach, które są niezrównane – wypełnione charakterystycznym dla tamtejszych mieszkańców dowcipem, mnogością metafor od których w głowie się zakręcić może i naszpikowanych barwnymi przysłowiami i lokalnymi powiedzeniami.

Niesamowity tybetański lama, głęboko wierzący zarówno w swój buddyzm, jak i w swojego wiernego chelę, szuka rzeki z legendy, która wyzwoli go z koła życia. Oświecenie, dzięki temu osiągnie pozwoli mu na wieczny spokój po śmierci, zamiast ciągłego odradzania się w kolejnych postaciach. Ten sędziwy mnich sprawi, że w Kimie dojdzie do głosu to co najlepsze, a wspólna wędrówka nauczy przyszłego szpiega więcej niż nauczył się w szkole. 

Ich wspólna droga, jak i samodzielne przeżycia Kima okraszone są charakterystyczną dla Hindusów mieszanką humoru, powagi i zabobonu w podejściu do życia. Pomimo tego, że w gruncie rzeczy Kim to biały sahib, korzysta on pełnymi garściami ze swojej drugiej-pierwszej ojczyzny, Indii. Ktoś o sercu bardziej zepsutym, bardziej interesowny mógłby zachłysnąć się ogromem zaufania i pozycją, którą Kim dostał od swojego opiekuna, porucznika Creightona. Młody adept szpiegostwa  jednak pozostał lekko nieufny w stosunku do Brytyjskiej Armii i w stu procentach wierny swoim Hinduskim opiekunom i z chłopięcym zachwytem podjął się wyznaczonej przez Creightona roli. Oczywiście, że chciał pokazać wszystkim jaką to świetną szpiegowską robotę potrafi wykonać. Ale nawet chęć zabłyśnięcia przed swoim tybetańskim nauczycielem lekko przygasła, kiedy ten zamiast pochwalić swojego chelę lekko  zganił go za osiąganie własnych egoistycznych celów. 

Powieść kończy się spokojem dla lamy, ale Kima stawia na rozdrożu. Czy zostanie ze swoim ukochanym Teshoo Lamą, aby dostąpić oświecenia, czy raczej odejdzie służyć Imperium Brytyjskiemu? A może połączy te dwie drogi?

Jak już napisałam, powieść jest przegodna i prześwietna. Intensywna, aromatyczna, skąpana w słońcu, egzotyczna i urzekająca nieco rustykalnym charakterem sprawiała, że dawkowałam ja sobie w niewielkich ilościach przez dłuższy czas. Chętnie do niej wrócę w przyszłości, bo takie cudowne połączenie klasycznej powieści łotrzykowskiej i szpiegowskiej jest wciąż świeże pomimo ponad stu lat od czasu jej publikacji. 

Warto wspomnieć również o postaciach drugoplanowych. Są one tak świetnie skonstruowane i tak bogate we własny odrębny charakter, sposób mówienia i zwyczaje, że równie dobrze mogłyby być postaciami pierwszoplanowymi. Jest wspomniany Mahbub Ali, czyli handlarz końmi, którego Kim zna od najwcześniejszego dzieciństwa i dla którego czasem załatwia różne sprawy. Jest niesamowity, gruby Hurre Thunder Mookherjee, zwany the Babu, zwierzchnik Kima, który potrafi zmienić się tak bardzo, że nawet sam Kim go nie rozpoznał. Kobieta z Shamleigh, której historia bardzo tajemnicza i ciekawa, spotkała się z wielkim zaskoczeniem z mojej strony (że taka sobie kobieta na odludziu takie rzeczy przeżyła?). Nawet dwaj duchowni z pułku, książę i pastor, wiecznie się kłócący i wyrywający sobie dusze, są świetnie nakreśleni. Ach, mało miejsca na wymienienie ich wszystkich, trzeba to po prostu przeczytać.

Dodatkowym atutem jest język, w którym jest napisana. Angielski  jest w mniejszym lub większym stopniu skażony czy to lokalnymi słowami czy zaznaczeniem hinduskiego akcentu co jedynie nadaje mu barwności. Ciekawam jak zostało to oddane w polskim tłumaczeniu. 

Malkontenci mogliby powiedzieć, że ‘Kim’ przedstawia wyidealizowany obraz Imperializmu Brytyjskiego, ale dla mnie najważniejsza w niej jest opowieść o chłopcu, który pomimo wszystkiego zachował niewinność i dobre serce, którego spryt i lekkie cwaniactwo dodają mu jedynie uroku, a szczere przywiązania do tradycji, w której został wychowany pozwoliło mu dobrze wykorzystać okazje daną przez brytyjską armię.

Polecam wszystkim miłośnikom orientalnej egzotyki, opowieści o dorastaniu i przyjaźni oraz tym, którzy lubią wędrować.

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

wtorek, 3 marca 2015

„Mózg Kennedy’ego” Henning Mankell



Jak dobrze znasz osobę z którą mieszkasz? Jak dobrze znasz osobę, która jest członkiem Twojej najbliższej rodziny? Twoim dzieckiem, partnerem, rodzicem? Czasem wydaje się nam, że nic nowego nie można się o takiej osobie dowiedzieć, że znasz ją od podszewki. Albo przyjmujesz, że nic ciekawego taka osoba nie może ukrywać.

Kiedy Louise Cantor, archeolożka po pięćdziesiątce prowadząca wykopaliska w Grecji, wpada po konferencji, w której brała udział, z wizytą do swojego syna przeżywa szok. Znajduje go martwego, ubranego w piżamę i leżącego w łóżku w swoim mieszkaniu w Sztokholmie. Raport policyjny stwierdził śmierć w skutek przedawkowania środków nasennych. Louise jednak nie wierzy, że jej syn byłby zdolny popełnić samobójstwo. Pierwszym elementem, który jej nie pasuje jest to, że Henryk położył się do łóżka w piżamie, a Louise wiedziała, że zawsze spał nago. Drugim był fakt, że nigdzie nie znalazła jego laptopa. Kolejną rzeczą było zaginięcie kołdry młodego mężczyzny, której nie zabrała ani policja ani Louise. 

Te trzy rzeczy nie dają spokoju pani archeolog. Kiedy zaczyna szukać wskazówek, które mogłyby wyjaśnić jej śmierć syna, znajduje najbardziej zadziwiające rzeczy. Masę artykułów o tytułowym mózgu Kennedy’ego, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. Notatki kobiet chorych na AIDS. Powoli odkrywa całkiem obcy dla niej świat, w którym żył jej syn. Jego mieszkanie w Barcelonie z komputerem, w którym znajdował się plik z budżetem, z którego wynikało, że był bardzo bogatym człowiekiem. Kolejne kobiety, które odgrywały ważną rolę w jego życiu. Trop prowadzący do jednej z nich sprawi, że zrozpaczona matka poleci do Afryki, a tam zobaczy rzeczy, które pozwolą jej troche zrozumieć pod jaką presją i w jakim stresie żył Henryk. Pozna przemoc i bezwzględność jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyła. W czasie swojej wędrówki odnajdzie byłego męża i znów go straci. Uświadomi sobie jak wiele jeszcze nie wie o życiu mimo swoich pięćdziesięciu lat. 

Powieść Mankella czekała w kolejce do przeczytania bardzo długo. Jednak tak jak w przypadku „Włoskich butów” okazała się świetną lekturą. Na początku czytania wydawało mi się, że będzie to raczej historia walki z rozpaczą i traumą żałoby. Kolejne strony pokazały mi jak bardzo się myliłam.

Najważniejszą częśćią powieści jest pobyt Louise w Afryce. Odurzona tragedią, która ją dotknęła kobieta zanurza się w przeszłości syna poznając kolejne osoby, które odegrały w jego życiu ważną rolę. Walczy z własnym otępieniem, afrykańskim ukropem i zderza się z całkowicie jej obcą mentalnością zarówno rdzennych Afrykańczyków jak i białych mieszkających na Czarnym Lądzie. Poznaje Lucindę, byłą prostytutkę, teraz barmankę, dziewczynę Henryka, która pomaga jej zrozumieć czym zajmował się młody Szwed.  Poznaje również krajana, Larsa Hakanssona, pracującego dla rządu, którego cynizm napawa ją obrzydzeniem i niepokojem. Co najważniejsze poznaje misję dla chorych, w której pracował Henryk założoną przez amerykańskiego bogacza, który poświęcił życie na pomaganiu ludziom zakażonym AIDS. To co na pierwszy rzut oka wydaje się szlachetną dobroczynnością tak naprawdę skrywa odrażające dno. Piekło, którego jedynie przebłysk widzi Louise jest wypełnione cierpieniem i okrucieństwem nie do wyobrażenia. 

AIDS. Straszna choroba, na którą chorowały kiedyś jedynie małpy. Teraz wiele ludzi umiera z jej powodu. Badania nad wynalezieniem leku na AIDS pochłaniają wielkie środki i masę czasu. Szlachetna misja ma jednak swoją brudną stronę, za która stoi jak zwykle pieniądz. Do powszechnej świadomości przedostają się strzępki informacji o ośrodkach, w których prowadzi się badania nad lekiem na AIDS na ludziach. I to niekoniecznie na  tych już zarażonych. Czy prawdą jest to, że biali ludzi przekupują całe wioski wizją dostatniego życia tylko po to, żeby uzyskać gromadę ochotników, których zarażają zmodyfikowanymi wirusami po to, aby na nich eksperymentować z lekami niedopuszczonymi do ogólnego użytku? 

To powieść o ludzkiej ignorancji. Dowiadujemy się o rzeczach, o których nie chcemy wiedzieć, bo są zbyt niewygodne. Dowiadujemy się o strasznych, niewyobrażalnych rzeczach o których tak naprawdę już wiemy, ale wypieramy z myśli skoncentrowanych na codzienności z jej zabieganiem i problemami. Zresztą co nas obchodzą jacyś chorzy Afrykanie tysiące kilometrów stąd żyjących na kontynencie, którzy sami sobie doprowadzili do upadku? 

Jednocześnie jest to opowieść o zdeterminowanej kobiecie, która nie spocznie dopóki nie dotrze do prawdy. Pomimo tego, że wie, że jej dociekliwość pociągnęła już za sobą kilka śmierci, a może i będzie niebezpieczna również dla niej. I to już nie chodzi o osobistą wendettę na mordercach jej syna, ale o ujawnienie prawdy, odkrycie spisku i pokazanie go światu w całej jego ohydnej szpetocie. 

Jest również po części historia żałoby Louise. Poszczególnych jej etapów, momentów kiedy jednak widzi nadzieję na normalne życie, po to, aby chwilę później regres przyniósł dni, w których nie chce się jej wychodzić spod kołdry. To historia jej samotności. Jest rozwiedziona, a traci nawet eks-męża. Jest matką, ale nie ma już dziecka. Zostaje jej jedynie stary ojciec – rzeźbiarz mieszkający w skandynawskiej głuszy. Jej rodzina będzie już tylko maleć, aż zniknie z powierzchni ziemi.

Świetna historia, wstrząsająca i brutalna, ale jednak momentami ocierająca się o poetyczność. Jedynie pozornie skomplikowana, zarysowująca problemy, których doświadcza Afryka, ale i takie, które mogą dotknąć każdego z nas. Czy zechcesz uwierzyć w to co autor opisuje w „Mózgu Kennedy’ego” czy nie to już Twoja sprawa. Warto jednak ją przeczytać, nawet jeśli nie interesuje Cię tematyka dotycząca Afryki i jej problemów. Jej główna bohaterka, jak i postaci, których spotyka sprawiają, że jest ona zdecydowanie lekturą wartą przeczytania i docenienia.

„Mózg Kennedy’ego” na pewno zostanie mi w pamięci na długi czas. Szczególnie wraca do mnie fragment mówiący o tym, że jeśli już świat interesuje się Afryką to tylko w kontekście tego jak umierają jej mieszkańcy. Nikogo nie interesuje jak oni żyją, tak zwyczajnie, na co dzień.
 
Polecam tym, którzy interesują się tematyka afrykańską, literaturą medyczno-obyczajową oraz wszystkim kobietom, które poszukują zdeterminowanej w swojej walce bohaterki.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY, ale się nie wyrobiłam. Okazało się jednak, że udało mi się wpasować w jedno z haseł Klucznika 2015.

poniedziałek, 16 lutego 2015

‘Daisy Miller & The Turn of the Screw’ Henry James ("Daisy Miller")




Dziś będzie o pierwszej z nowel. Jutro druga.

Daisy Miller to młoda kobieta podróżująca w towarzystwie całkowicie sobie podporządkowanej matki i młodszego brata o zdecydowanych poglądach. Cała rodzina pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdzie ojciec Daisy dorobił się majątku prowadząc swój biznes. Chciał on, żeby jego młoda córka poznała Europę przed rozpoczęciem dorosłego życia. W czasie swojej podróży piękna Daisy poznaje Winterbourne’a, Amerykanina, który jest do pewnego stopnia „zeuropeizowany”, ponieważ wiele lat spędził mieszkając i studiując w Genewie. Mężczyzna jest absolutnie oczarowany młodą Amerykanką, jej urodą, jak i oryginalnym sposobem bycia. Kiedy spotykają się ponownie w Rzymie, fascynacja Winterbourne’a Daisy rośnie, ale jej swobodny, tak różny od sztywnego ograniczonego ściśle określonymi zasadami, styl życia, zaczyna wpływać na jego pozytywną o niej opinię. Winterbourne w końcu stwierdza, że to co brał za świeżość i nieobycie jest jednak wyrachowaniem. Czy wydarzy się coś co sprawi, że Amerykanin znów zmieni zdanie o pięknej Daisy?

Postać Daisy, entuzjastycznej Amerykanki nie szanującej społecznych konwencji, nie szokuje teraz tak jak szokowała w czasach jej pierwszej publikacji. Teraz prawie każde zachowanie jest dopuszczalne i społecznie akceptowane. Nikogo nie dziwi, że młoda dziewczyna bez przyzwoitki umawia się o późnej godzinie z mężczyzną. Jednak ponad sto trzydzieści lat temu takie zachowanie szokowało.

Teraz czytamy tę nowelę jako opis dwóch przeciwstawnych zachowań czy stylów życia. Daisy reprezentuje amerykańskość, czyli naturalność, naiwność, nieobycie. Jej nie poszanowanie społecznych form nie wynika z wyrachowania, ale z tego, że brakuje jej „kultury”, czyli obycia i wykształcenia, którym charakteryzuje się z kolei Winterbourne. Nie widzi ona nic zdrożnego w tym, że chce żyć po swojemu, ponieważ swoim zachowaniem nikogo nie krzywdzi. Jej licznych spotkań z przystojnym Włochem, Giovanellim, nie traktuje jak czegoś co nie przystoi młodej kobiecie w jej sytuacji, ale jako po prostu dobrą zabawę. W końcu, para jedynie rozmawia, zwiedza i przesiaduje na bulwarach Rzymu. Niestety, takie podejście do życia, które kłóci się zupełnie z uznaną ówcześnie konwencją, w której niezamężna, szanująca się kobieta nie może spędzać czasu sam na sam z mężczyzną, szczególnie w pewnych, uznanych za wulgarne rejonach miasta czy o późnej porze, sprawia, że nikt z Amerykanów przebywających w Rzymie nie chce mieć nic wspólnego z Daisy. 

Mimo, że Daisy również jest Amerykanką nikt z tamtejszej society nie broni jej zachowania. Wszyscy jedynie widzą jak bardzo jest ono wulgarne, to przebywanie z Włochami, to porzucenie wszelkich norm. Jedynie Winterborune powodowany fascynacją próbuje jej bronić. Jednak wygrywa w nim jego europejska strona i zaczyna myśleć jak reszta amerykańskiej socjety – potępia zachowanie Daisy i ją samą. Widać, że nie ma dla Winterbourne’a ratunku. Porzuca on swoją naturalną amerykańskość na rzecz sztywnych genewskich, czyli europejskich reguł. O tyle o ile na początku noweli jest jeszcze dla niego szansa to później wszystko zaprzepaszcza chowając się za plecami reszty towarzystwa. 

Już pierwsze spotkanie Daisy i Winterbourne’a pokazuje jak bardzo się oni różnią. Sposób w jaki mężczyzna się wysławia cechuje powściągliwość i sztywność. Za to Daisy nie dba o poprawność gramatyczną i mówi prosto z serca. Uważa ona, że Europa jest całkiem sweet, mówi, że zawsze miała dużo męskiego towarzystwa i chce jechać z Amerykaninem do nieopodal położonego zamku mimo, że zna go jedynie pół godziny. Jej zachowanie można czytać na dwa sposoby. Albo jest rozpuszczoną, zepsutą do szpiku kości kokietką, która udaje niewinną istotkę, albo naprawdę jest niewinna, nie zniszczona cynizmem i pełna entuzjazmu. Początkowo Winterbourne wybiera to drugie podejście. Nawet traci on na chwilę nieco ze swojej sztywności zwracając się do Daisy z większym luzem, ale zaraz znów nakłada maskę słuszności i sztywności (co zresztą (za) często  mu dziewczyna wypomina). 

Nie oznacza to jednak, że wolę Daisy od Winterbourne’a. Oczywiście, zawszę wybiorę naturalność i entuzjazm ponad skostniałe formy, ale trzeba przyznać, że Daisy nie olśniewa intelektem.  Mówi ona w prosty sposób, używa luźnych form, powtarza się często i kokietuje mężczyznę. Jest ciekawska i zmienia zdanie co chwilę (chce oglądać zamek, ale kiedy tylko para znajduje się w środku zamiast podziwiać wnętrza wyciąga ona tysiąc informacji z Winterbourne’ a o sobie). Kiedy mężczyzna mówi jej dlaczego odwróciło się od niej całe towarzystwo w Rzymie nic kompletnie do niej dochodzi. Uznaje ona, że oni jedynie udają, że są zszokowani jej zachowaniem. 

Czasem miałam ochotę nią potrząsnąć. Również za to jak traktowała Giovanniego. Mimo, że ten „Włoch trzeciej klasy” nie robił sobie nadziei na wspólną z Daisy przyszłość, dziewczyna powinna choć trochę zdawać sobie sprawę, że monopolizując Włocha przez cały czas może w końcu zranić jego uczucia lekkim traktowaniem ich przyjaźni. Czy aż tak nieobyta była? Czy może aż tak ślepa? Kiedy Daisy zachorowała przez nocne powietrze w Koloseum z satysfakcją wspomniałam słowa Giovanniego, który powiedział Winterbournowi, że pomimo tego, że wiedział, że dziewczyna będzie narażona na złapanie chorobę zabrał ja na jej żądanie do Koloseum. A niech ma dziewczyna, a co!

Irytującą postacią jest matka Daisy. Kobieta całkowicie ślepa na to co ludzie sądzili o jej córce, a martwiąca się jedynie swoim zdrowiem i brakiem ukochanego lekarza z jej rodzimego miasta. Jej bierność i głupota działały mi na nerwy. Całkowicie podporządkowana córce i małemu synkowi, nie miała ani swojego zdania ani iskry do jakiegokolwiek niezależnego działania.
 
Wydaje się, że James zaczyna nowelę z raczej negatywną opinią o Daisy, ale kończy ją już całkowicie odmiennie. Tak samo i ja przy pierwszym spotkaniu Daisy nie polubiłam jej, tak pod koniec, pomimo tego, że dalej jej nie lubiłam stanęłam po jej stronie. Nie oznacza to jednak, że James opisuje w „Daisy Miller” złoty środek na podejście do życia czy sposób zachowania. Naturalność Daisy kończy się dla niej źle. Sztywność Winterbourne’a sprawia, że nie jest on zdolny do miłości (z początkowej bardziej „uczuciowej” fascynacji przeradza się ona w bardziej „naukowe” podejście do „problemu Daisy”). Czy oznacza to, że nie ma złotego środka? Czy może i ten entuzjazm Daisy również powinien być potępiony, bo nic dobrego z niego nie wynika? Czy warto żyć na całego, choćby i krótko, ale zgodnie z sobą? Czy lepiej może zrezygnować z niezależności podążając za regułami wyznaczonymi przez towarzystwo i „kulturę”, dzięki którym podążając za innymi nigdy nie popełnimy błędu?

Na te pytania odpowiedzi musisz poszukać sobie sam(a). Na przykład poprzez przeczytanie tego jak i innych utworów Henry’ego Jamesa, który lubował się w takich przeciwieństwach między dwoma kulturami, amerykańską i europejską.

Polecam wszystkim miłośnikom podróży, konfliktu między naturą a kulturą, oraz europejskim Amerykanom.

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

PS. Tak mnie naszło przemyślenie - czy Daisy naprawdę nie zdawała sobie sprawy jak postrzegają ją inni? Czy może za wszelką cenę chciała żyć po swojemu i bawić się według własnych reguł?  Tą ceną początkowo była jej dobra opinia, ale miała ją przecież za nic. Wydaje mi się, że wiedziała, że w tej grze chodzi o ostateczną cenę, czyli cenę życia. Wiedziała lub miała przebłyski, że żyjąc tak jak żyje, jej życie nie potrwa długo (wspomniała w rozmowie z Winterbournem o tym, że może i Millerowie umrą w Rzymie). Sześćdziesiąt osiem stron, a rozmyśleń na dziesięć razy tyle. Chyba znów zacznę czytać Jamesa.

M.