Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2015

‘A Slight Trick of the Mind’ Mitch Cullin ("Pan Holmes")






It was a slight trick of the mind, a game of sorts,
 though often beneficial:
Within the rocks’ domain, he could meditate,
 thinking warmly of those who were gone – and later, when stepping beyond the patch,
whatever grief he’d brought into the space was kept there,
if only for a short time.

III
Pięćdziesięciokilkuletni Japończyk wyjeżdża do Londynu na początku XX wieku. W roku 1903 wysyła do rodziny list, w którym pisze, że zostaje w angielskiej stolicy i, że nie będzie się już z pozostałymi w Japonii synem i żoną kontaktował już więcej. Do listu załącza tomik przygód Sherlocka Holmesa ‘A Study in Scarlet’. Pisze, że miał przyjemność  poznać sławnego detektywa, który to pomógł mu w podjęciu decyzji o rozłące z rodziną. O jej słuszności miała świadczyć błyskotliwość umysłu Holmesa opisana w opowiadaniu.

I

W latach 40. XX wieku pan Thomas Keller zwraca się do Sherlocka Holmesa o pomoc w wyjaśnieniu tajemniczych zniknięć swojej żony, Anne Keller, które powtarzały się regularnie we wtorki i czwartki. Zniknięcia wydają się łączyć z pobieranymi wcześniej lekcjami gry na harmonice szklanej, który to instrument miał złą sławę mając wywoływać dziwne stany umysłu i choroby u grającego.

II

W wieku 94 lat Sherlock Holmes wyjeżdża na zaproszenie swojego korespondencyjnego przyjaciela, pana Umezaki, do Japonii, która nosi tragiczne ślady po II wojnie światowej. Odwiedza Hiroshimę, wybrzeże na którym szukał specyficznej rośliny zwanej prickly ash (jest to chyba roślina, która rodzi pieprz syczuański, ale nie jestem pewna), która ma wpływać na długość życia człowieka oraz nieoczekiwanie odkrywa pasiekę w centrum Kobe, miasta do którego go zaproszono.

IV

W swojej posiadłości położonej na walijskim wybrzeżu Sherlock Holmes spędza emeryturę. Domem zajmuje się pani  Munro, która mieszka w położnym nieopodal domku razem ze swoim nastoletnim synem Robertem. Chłopak zapatrzony w pracodawcę matki zaczyna interesować się pszczołami, do których z czasem rodzi się w nim prawdziwa miłość. Znajduje  w tym zajęciu spokój ducha i przyjemność, która trochę łagodzi traumę po utracie na wojnie ojca.

.

Sherlock Holmes, w wieku lat 93,ma problemy z pamięcią. Czasem w panice nie poznaje otoczenia, w którym spędza swoją emeryturę. Czasem nie wie dlaczego przeszedł do drugiego pokoju lub nie rozumie zdań, które przed chwila napisał. Za to z niezwykłą klarownością wracają do niego wspomnienia sprzed kilkudziesięciu lat. Ma swoje starcze przyzwyczajenia dotyczące jedzenia, niezmienialne nawyki, często się powtarza, jest uparty i schorowany. Odkąd przeszedł na emeryturę zajmuje się pszczelarstwem, w którym odnajduje pewne zespolenie z drugą istotą, równowagę ducha i spokój.

Niespotykana to jest książka. Jeśli podejdziemy do niej z nastawieniem, że jest to kolejna opowieść o przygodach niezrównanego Sherlocka Holmesa, srogo się zawiedziemy. Jest to bowiem melancholijna opowieść o starszym człowieku z chorobami i przyzwyczajeniami typowymi dla późnego wieku. Jest to opowieść szkatułkowa zawierająca w sobie kilka innych opowieści. Porwana narracja, przenosi nas z miejsca na miejsce czasem po kilka razy w jednym zdaniu. Oddaje ona fragmentaryczność myśli Holmesa, które stają się coraz bardziej przypadkowe czy abstrakcyjne w miarę coraz słabszego funkcjonowania pamięci.

Nietypowa atmosfera powieści przypomina mglisty dzień, w którym świeci słońce. Nie wiem czy kiedykolwiek tego doświadczyłeś – spaceru w dzień, kiedy wszystko otula nieco żółtawa mgła, widoczność ograniczona jest do kilku, kilkunastu metrów, a jednocześnie przez tę watę przebijają się promienie słońca zmienione dziwnie, jakby rozproszone i nierealne. Taka właśnie jest atmosfera tej książki spowodowana stanem umysłu Sherlocka. Umysłu, który nie pracuje już jak dawniej, sam siebie zaczyna oszukiwać, myli się, a wspomnienia przychodzą same, zupełnie przemieszane, czasem się powtarzają, a czasem pojawiają się w nich nowe elementy. Nie wiadomo już do końca co jest prawdą, a co wymysłem, co wydarzyło się naprawdę, a co mogło się wydarzyć. Szczegóły zapadające głęboko w umysł, których kontekstu już nie się nie pamięta i epifanie o istotnym wpływie na życie.  Jednocześnie Holmes nie jest żadnym dam zgrzybiałym dziadygą, o nie! Potrafi się porządnie napić, spacerować pomimo wspomagania się dwiema kulami wąską ścieżką niejako przyklejoną do kredowego klifu, zajmuje się swoimi pszczołami, prowadzi korespondencję, no i wybrał się w podróż do dalekiej Japonii.

Jest to opowieść o tajemnicach, których rozwiązanie nie musi być prawdziwe, byleby było i byleby dało szukany od dawna spokój ducha. Jest to historia o tym, że na niektóre pytania nie ma odpowiedzi lub są, ale tak brutalne i szczere, że nie wcale pomagają. O tragediach, które pomimo swojej liczby, nie tracą swojej ostrości. O starości, na którą nie ma leku. O samotności, która polega na niemożności zbliżenia się do drugiego człowieka, jak i o tym szczególnym jej rodzaju, który pojawia się, kiedy wszyscy ludzie, których znałeś w młodości, które łączyły cię z Twoim poprzednim życiem, nie żyją. Nie ma już nikogo z kim łączą Cię podobne wspomnienia, wszyscy są młodsi od Ciebie, sprawniejsi i zdrowsi. Nie jest to jednak historia o zazdrości czy wypełniona goryczą. To łagodne pogodzenie się z życiem i ze swoimi słabościami, z którymi nie ma ani siły ani czasu walczyć.

Wspaniała historia po którą bym nie sięgnęła, gdyby nie tekst tommyknockera, który znajduje się tu – klik (dziękuję!). Nie miałam ochoty na przygodówkę ze starym Holmesem, która będzie jak kolejny terminator ze staruszkiem Schwarzenegerem, zawsze dzielnym, niezmiennym i na przekór czasowi. Za to taka historia o przemijaniu, przypominająca mi trochę ostatni kryminał z Wallanderem, świetnie trafiła w mój gust.

Polecam nie tylko wszystkim miłośnikom pszczelarstwa, tym, którzy chcą się dowiedzieć jakie zalety ma mleczko pszczele (którego angielska nazwa royal jelly o wiele bardziej mi się podoba niż polska), ale i wszystkim miłośnikom powieści o ludzkiej naturze.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania KLUCZNIK 2015 i GRA W KOLORY 

piątek, 17 kwietnia 2015

"Profesor Stoner" John Williams



Kiedy William Stoner wrócił pewnego dnia z pola będącego częścią gospodarstwa rodziców nie spodziewał się, że słowa, które zaraz usłyszy od swojego ojca diametralnie zmienią jego życie. Ojciec dowiedziawszy się, że na uniwersytecie w Columbii otwarto nowy kierunek – rolnictwo – postanowił, że wyśle tam syna, aby wiedza, którą tam zdobędzie pomogła przy pracy w gospodarstwie. 

Stoner prowadził spokojne życie w Columbii. Uczył się dobrze, wikt i opierunek odpracowywał na gospodarstwie wujostwa. Kiedy na drugim roku brał udział w obowiązkowych zajęciach z literatury angielskiej prowadzonych przez Archera Sloane’a, dosyć złośliwego i pełnego ironicznego dystansu, doznał pewnego rodzaju objawienia. To właśnie literatura była tym co chce zgłębiać Stoner! Zmienił kierunek studiów nie mówiąc nic rodzicom, wygospodarował więcej wolnego od pracy na roli czasu i rzucił się w wir nauki. Tak zaczęła się kariera Stonera, który przez trzydzieści lat wykładał na tym samym uniwersytecie, na którym zaczął swoje studia jako dziewiętnastolatek. 

Równocześnie z przebiegiem kariery Stonera na uniwersytecie wypełnionej ciężką pracą przy nauczaniu jak i pracą badawczą poznajemy jego życie prywatne. Przyjaźń z dwoma studentami, która przetrwała całe życie. Pierwsze zakochanie w pięknej Edith, krótki okres zalotów i szybki ślub. Rozczarowanie małżeństwem, w którym nie znalazł oczekiwanej miłości, ciepła i wsparcia. Narodziny córki, Grace,  którą po urodzeniu zajmował się Stoner na zmianę z niańką. Późniejsza walka, którą prowadziła ze swoim mężem Edith, niezrównoważona, o artystycznych aspiracjach i histerycznej naturze kobieta, która ślepa na potrzeby męża i córki pogrążała się w coraz to innych fiksacjach. Przemiana Grace z miłego, spokojnego, ale radosnego dziecka, w zaszczutą w domu, a bardzo „popularną” w szkolę dziewczynę, a później w żyjącą w swoim świecie młodą-starą kobietę. Chwila szczęścia i zatracenie się w miłości w związku, który nie miał szans na przetrwanie. Nowy napływ chęci do nauczania. Konflikt z kolegą-wykładowcą, który zatruwał Stonerowi życie, kiedy został jego przełożonym. Śmierć. 

Życie jakich wiele. Ani dobre, ani złe. Wypełnione ciągłą walką ze sobą, z otoczeniem. Ciągłym poszukiwaniem miłości. Nie tylko tej, którą znajdujemy w relacjach z drugim człowiekiem, która przemija, którą często można pomylić z uczuciem pożądania, zachwytem czy zwykłym zauroczeniem i która często wyidealizowana zaślepia nas w działaniu. Od pamiętnych zajęć z Sloanem, na których ten wyrecytował jeden z sonetów Szekspira, Stoner jest zakochany. Zakochany w literaturze, w wiedzy, którą można posiąść z książek. Miłość ta prowadziła go przez całe życie, to przygasając to płonąc wielkim ogniem. Jej owocem była książka napisana przez profesora, ale również wspaniale przygotowane wykłady dla studentów i pasja, z którą oddawał się pracy badawczej mimo, że nie miała ona szans na dokończenie. Ta miłość jest  bardziej satysfakcjonująca dla Stonera, bardziej spełniona niż miłość do kobiety, która nigdy go nie kochała czy miłość do dziecka, która oddzielona barierą szalonej, zaborczej miłości matki, nie miała szans się rozwinąć.

Stoner wydaje się być człowiekiem słabym i niezdecydowanym. Zamiast szczerze porozmawiać z Edith o problemach drążących ich małżeństwo, mężczyzna ucieka. Omija temat, bojąc się spowodować kolejne napady histerii u żony i pogorszenie jej nadwerężonego zdrowia. Rezygnuje z siebie, wtapiając się w tło, zajmując się dzieckiem i domem oraz pracując na uniwersytecie, po to, aby jego żona mogła spędzać całe dnie w sypialni na zmianę leżąc i śpiąc. Mimo dobrych chęci jego zachowanie jedynie napędza manie Edith, która ożywia się jedynie wtedy, kiedy na coś się nakręca (np. na kupienie domu czy zajście w ciążę). 

Problemy Stonera  wynikają również z wrodzonej nieśmiałości, delikatności  i niezdarności, które to cechy sprawiają, że zamiast stawiać czoła żonie ulega on jej fiksacjom bez słowa skargi. Niestety, nie mogę mu wybaczyć jego zaniedbania jeśli chodzi o wychowywanie Grace. Rozumiem, że nie był on w stanie wysunąć żadnych logicznych argumentów, które mogłyby przekonać Edith, żeby odpuściła córce, ale mimo wszystko powinien szukać dróg dojścia do dziewczynki. W końcu i na nim leżała odpowiedzialność za córkę!

 Życie Stonera przypada na pierwsza część dwudziestego wieku i w tle dowiadujemy się o dwóch wojna światowych. Ich znaczenie dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych nie jest aż tak dramatyczne i bezpośrednie jak dla Europejczyków ówczesnego czasu, ale i tak głęboko odciskają się na umyśle nie tylko Stonera, ale również i drugoplanowych bohaterów. Tak jak w przypadku Sloane'a, który po pierwszej wojnie światowej jakby zapadł się w sobie.

Mottem powieści mogłoby być „To naprawdę nie ma znaczenia” wypowiadane przez Grace, kiedy oznajmia rodzicom, że jest w ciąży. Wszechogarniająca obojętność, pogrążanie się w apatii, przepuszczanie życia przez palce. Miałam wrażenie, że Stoner jakby czekał na coś co ma się wydarzyć w bliżej nieokreślonej przyszłości co mogłoby odmienić jego życie na lepsze, ale nie wie co to ma być i w najmniejszym stopniu nie będzie on motorem tej zmiany. Profesor robi się coraz starszy, ma swoje sukcesy, ale tak naprawdę to nic się nie zmienia. 

Czytając „Profesora Stonera” przepełniał mnie smutek i współczucie. Czasem tytułowy bohater mnie irytował swoim wycofaniem. Czasem miałam ochotę nim potrząsnąć. Ta prosta w sumie historia życia jednego człowieka nie przedstawia życia oryginalnego, brawurowego, życia bohatera. Jest to życie zwykłego człowieka. Raczej smutne, ale z momentami szczęścia. Raczej na plus, choć tyle rzeczy zawalił. Ale teraz „to naprawdę nie ma znaczenia”.

Największym jednak atutem tej powieści jest styl i język w jakim została napisana. Elegancko, delikatnie, z dystansem, ale bez oschłości. Każde zdanie jest pięknie wycyzelowane, tak aby zawierało wszystko to co potrzeba, nic więcej, nic mniej. Autor omija nawet całe lata z życia profesora Stonera skupiając się na tym co najważniejsze i opisując to bez emfazy, ale i nie wygładzając niepotrzebnie uczuć i zdarzeń negatywnych, błędów czy momentów załamania. Nie ocenia mężczyzny, ale obiektywnie przedstawia kolejne wydarzenia z życia profesora. Jest to tak piękna proza, tak dopracowana, że nie wiem czy będę wstanie teraz sięgnąć po jakąś inną książkę.

Muszę się przyznać, że powodem dla którego sięgnęłam po „Profesora Stonera” było to, że przeczytałam, że jest to książka o profesorze literatury angielskiej, a przecież i ja żyłam kilka ładnych lat planami pracy na uniwersytecie zniweczonymi częściowo przez moje błędy, częściowo przez życiowe wypadki. Po przeczytaniu krótkiej zapowiedzi nie czytałam już żadnych recenzji czy opinii na jej temat, bo nie chciałam sobie psuć przyjemności czytania. I tak zamiast dowcipnej historii wypełnionej akademickimi anegdotkami jakiej się spodziewałam dostać dostałam przepiękną, wzruszającą opowieść o życiu, które mogłoby być udziałem każdego z nas, ale które w swojej zwyczajności i „normalności” jest tak niezwykłe i przejmujące, że niemożliwym było oderwanie się od książki.

Czytanie tej książki było przyjemnością najwyższych lotów i pierwszy raz od dawna zarwałam dla powieści noc. W dziwny sposób gdzieś w tle głowy ciągle siedziała mi myśl o innej książce opisującej życie mężczyzny, tym razem pisarza, o tytule ‘Any Human Heart’ Williama Boyda. Mimo, że te dwie opowieści różnią się prawie wszystkim mają podobny wydźwięk. Chwile szczęścia to chwile ulotne, smutek gości na dłużej, a życie przepełnione jest nie tylko pracą twórczą, ale i samotnością. Obie powieści zajęły szczególne miejsce w moim sercu. Kiedyś na pewno wrócę i do „Profesora Stonera” i do ‘Any Human Heart’ i zanurzę się w te zwyczajne – niezwyczajne życia i historie, które one opowiadają. 

Polecam gorąco,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań GRA W KOLORY i KLUCZNIK 2015 (książka w książce).

czwartek, 19 marca 2015

'Kim' Rudyard Kipling



Poznajcie Kimballa O’Harę, irlandzką sierotę zrodzoną w Indiach jeszcze pod panowaniem brytyjskim z biednej matki i ojca żołnierza. Sahib O’Hara, mimo tego, że wychowany na indyjskich ulicach przypadkowo lub dzięki opatrzności natknął się na ten sam oddziału wojska, w którym służył jego ojciec. Dzięki temu spotkaniu został wysłany do szkoły dla jemu podobnych, a w rezultacie został wykształcony na szpiega wysokiej jakości, aby mógł przysłużyć się w przyszłości Brytyjskiemu Imperium w czasie Wielkiej Gry między Rosją a Imperium Brytyjskim w tej części Azji.

Sztywniactwo, nie?
Spróbuję inaczej.

Poznajcie Kima, dzieciaka-sierotę, dla którego to hinduskie ulice były najlepszą szkołą. Dla niewielkiej zapłaty lub miski dobrego jedzenia chętnie wykona przeróżne zadania. A dzięki wrodzonemu sprytowi i spostrzegawczości rzadko kiedy chodzi głodny. Kiedy rusza w drogę z przypadkowo poznanym tybetańskim lamą najlepszą rozrywką Kima jest obserwowanie współpodróżnych, bo rzadko kto ma taką chęć poznawania nowych rzeczy, historii i ludzi jak ten chłopal. Dosyć lubi szkołę, do której trafia wbrew sobie, ale odżywa dopiero, kiedy wyrusza w drogę. Czy to z dawnym przyjacielem, handlarzem końmi, Mahbubem Ali, czy z ukochanym lamą jako jego chela, uczeń. 

‘Kim” Rudyarda Kiplinga to jedna z najświetniejszych książek jakie w życiu czytałam. Wypełniona intensywnymi aromatami i zwyczajami Indii schyłku dziewiętnastego wieku przenosi czytelnika w miejsce egzotyczne, niebezpieczne, ale takie do którego chce się ciągle wracać. Poznając historię Kima, który dzięki swojemu niejako podwójnemu pochodzeniu łatwo zmienia się z lokalnego Hindusa w respektowanego sahiba, poznajemy skrawek bogactwa różnorodnych kultur, niesamowitą mieszankę oryginalnych charakterów i zwyczajów, na których dokładne poznanie braknie życie. Nad niektórymi rzeczami zamyślimy się dłużej, bo zajmują one więcej miejsca w życiu chłopca. Inne jedynie liźniemy tak jak poznajemy jedynie skrawki krajobrazu podczas podróży pociągiem. Co ciekawe opisy nie zajmują za dużo miejsca w powieści. Jednak są na tyle plastyczne i sugestywne, że dwa-trzy zdania tworzą klimat. Autor bardziej skupia się na kolejnych spotkaniach z przeróżnymi ludźmi z wszelkich warstw społecznych i kast. No i na dialogach, które są niezrównane – wypełnione charakterystycznym dla tamtejszych mieszkańców dowcipem, mnogością metafor od których w głowie się zakręcić może i naszpikowanych barwnymi przysłowiami i lokalnymi powiedzeniami.

Niesamowity tybetański lama, głęboko wierzący zarówno w swój buddyzm, jak i w swojego wiernego chelę, szuka rzeki z legendy, która wyzwoli go z koła życia. Oświecenie, dzięki temu osiągnie pozwoli mu na wieczny spokój po śmierci, zamiast ciągłego odradzania się w kolejnych postaciach. Ten sędziwy mnich sprawi, że w Kimie dojdzie do głosu to co najlepsze, a wspólna wędrówka nauczy przyszłego szpiega więcej niż nauczył się w szkole. 

Ich wspólna droga, jak i samodzielne przeżycia Kima okraszone są charakterystyczną dla Hindusów mieszanką humoru, powagi i zabobonu w podejściu do życia. Pomimo tego, że w gruncie rzeczy Kim to biały sahib, korzysta on pełnymi garściami ze swojej drugiej-pierwszej ojczyzny, Indii. Ktoś o sercu bardziej zepsutym, bardziej interesowny mógłby zachłysnąć się ogromem zaufania i pozycją, którą Kim dostał od swojego opiekuna, porucznika Creightona. Młody adept szpiegostwa  jednak pozostał lekko nieufny w stosunku do Brytyjskiej Armii i w stu procentach wierny swoim Hinduskim opiekunom i z chłopięcym zachwytem podjął się wyznaczonej przez Creightona roli. Oczywiście, że chciał pokazać wszystkim jaką to świetną szpiegowską robotę potrafi wykonać. Ale nawet chęć zabłyśnięcia przed swoim tybetańskim nauczycielem lekko przygasła, kiedy ten zamiast pochwalić swojego chelę lekko  zganił go za osiąganie własnych egoistycznych celów. 

Powieść kończy się spokojem dla lamy, ale Kima stawia na rozdrożu. Czy zostanie ze swoim ukochanym Teshoo Lamą, aby dostąpić oświecenia, czy raczej odejdzie służyć Imperium Brytyjskiemu? A może połączy te dwie drogi?

Jak już napisałam, powieść jest przegodna i prześwietna. Intensywna, aromatyczna, skąpana w słońcu, egzotyczna i urzekająca nieco rustykalnym charakterem sprawiała, że dawkowałam ja sobie w niewielkich ilościach przez dłuższy czas. Chętnie do niej wrócę w przyszłości, bo takie cudowne połączenie klasycznej powieści łotrzykowskiej i szpiegowskiej jest wciąż świeże pomimo ponad stu lat od czasu jej publikacji. 

Warto wspomnieć również o postaciach drugoplanowych. Są one tak świetnie skonstruowane i tak bogate we własny odrębny charakter, sposób mówienia i zwyczaje, że równie dobrze mogłyby być postaciami pierwszoplanowymi. Jest wspomniany Mahbub Ali, czyli handlarz końmi, którego Kim zna od najwcześniejszego dzieciństwa i dla którego czasem załatwia różne sprawy. Jest niesamowity, gruby Hurre Thunder Mookherjee, zwany the Babu, zwierzchnik Kima, który potrafi zmienić się tak bardzo, że nawet sam Kim go nie rozpoznał. Kobieta z Shamleigh, której historia bardzo tajemnicza i ciekawa, spotkała się z wielkim zaskoczeniem z mojej strony (że taka sobie kobieta na odludziu takie rzeczy przeżyła?). Nawet dwaj duchowni z pułku, książę i pastor, wiecznie się kłócący i wyrywający sobie dusze, są świetnie nakreśleni. Ach, mało miejsca na wymienienie ich wszystkich, trzeba to po prostu przeczytać.

Dodatkowym atutem jest język, w którym jest napisana. Angielski  jest w mniejszym lub większym stopniu skażony czy to lokalnymi słowami czy zaznaczeniem hinduskiego akcentu co jedynie nadaje mu barwności. Ciekawam jak zostało to oddane w polskim tłumaczeniu. 

Malkontenci mogliby powiedzieć, że ‘Kim’ przedstawia wyidealizowany obraz Imperializmu Brytyjskiego, ale dla mnie najważniejsza w niej jest opowieść o chłopcu, który pomimo wszystkiego zachował niewinność i dobre serce, którego spryt i lekkie cwaniactwo dodają mu jedynie uroku, a szczere przywiązania do tradycji, w której został wychowany pozwoliło mu dobrze wykorzystać okazje daną przez brytyjską armię.

Polecam wszystkim miłośnikom orientalnej egzotyki, opowieści o dorastaniu i przyjaźni oraz tym, którzy lubią wędrować.

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

czwartek, 25 grudnia 2014

„Morderstwo w Boże Narodzenie” Agatha Christie


Moja prywatna, osobista choinka :)


- Więc pan sądzi, że ktoś kłamie? – spytał Sugden.
- Mon Cher, każdy kłamie. Warto oddzielać niewinne łgarstwa od kłamstw istotnych.

Boże Narodzenie to czas, który poświęcamy rodzinie i przyjaciołom. Czas zgody i wybaczania, zapominania o tym co nas dzieli, aby spędzić miło czas z bliskimi. Czasem nie widzimy się ze swoimi krewnymi wiele miesięcy, a nawet lat, więc wspólne spotkanie jest miłą okazją do odnowienia kontaktu.  Czy jednak jest tak naprawdę? Czy takie rodzinne zgromadzenie nie sprzyja uzewnętrznieniu wewnętrznych tarć, odnowieniu starych niesnasek, a po pewnym czasie spędzonym razem z rodziną marzymy o uwolnieniu się od krewnych i zaszyciu się we własnych czterech ścianach lub ewentualnie natychmiastowym się ich pobyciu z domu.

Simeon Lee, starszy zgryźliwy pan, który za młodu złamał wiele serc niewieścich, był bezlitosnym partnerem w biznesie, a swoją żonę zdradzał wielokrotnie, postanowił zgromadzić całą swoją rodzinę na Święta. Do swojego domostwa, w którym mieszka razem z zupełnie mu podporządkowanym synem Alfredem i jego żoną Lydią  zaprosił trzech pozostałych synów –marzyciela Davida z żoną Hildą, który winą za śmierć matki obarczył ojca i opuścił dom rodzinny tuż po jej śmierci w wieku lat szesnastu oddając się malarstwu i nie utrzymując z ojcem kontaktów, dusigrosza  George’a, robiącego polityczną karierę z Magdaleną, jego o dwadzieścia lat młodszą żoną lubującą się w pięknych strojach. Jest też syn marnotrawny,  Harry, który wiele lat wcześniej zdefraudował sporą sumę pieniędzy z firmy ojca i uciekł. Większość członków rodziny uznała go za zmarłego, a jego nagłe pojawienie się było prawdziwym dla nich szokiem. Kolejnym niespodziewanym gościem była wnuczka Simeona, pół-Hiszpanka, Pilar Estrayados. Gościem spoza rodziny, również niespodziewanym, jest Stephen Farr, syn dawnego partnera w interesach pana Lee, jeszcze z Afryki Południowej, gdzie ten dorobił się majątku. 

Staruszek miał ubaw widząc jak między jego synami odżyły dawne animozje, szczególnie kiedy jego ulubienicą stała się Pilar. W dzień Wigilii zwołał nieformalne zgromadzenie rodzinne na którym obraził prawie wszystkich wyciągając stare brudy i wytykając ich wady.  Mimo, że wydawało się, że nie może być gorzej, pogorszyło to stosunki wewnątrzrodzinne jeszcze bardziej. 

W domu oprócz rodziny jest jeszcze służba – Horbury,  osobisty służący pana Lee i stary, niedowidzący Tressilian, wieloletni lokaj, który pamięta jeszcze czasy młodości Simeona. 

W starym domu nie ma szczególnie świątecznej atmosfery – wszyscy pokłóceni, Pilar i Stephen czują się nieswojo, a jedyną osobą, której w miarę dopisuje humor jest złośliwy staruszek. Nagle wieczorną ciszę przerywa straszny hałas przewracanych mebli i nieludzkie wycie dochodzące z piętra. Okazuje się, że starszy pan leży z poderżniętym gardłem, a niewyobrażalne ilości krwi pokrywają wszystkie meble w pokoju. Drzwi zamknięte były od środka, a okno nie otwiera się szerzej niż na lufcik. Gdzie jest morderca? I kim on jest? Wiele osób miało motyw, a sprawę komplikuje dodatkowo kradzież diamentów zgłoszona policjantowi Sugdenowi przez staruszka kilka godzin przed jego śmiercią.

Zbiegiem okoliczności Herkules Poirot przebywa z wizytą u pułkownika pod którego nadzorem znajduje się okręg, w którym zamordowano starszego pana. Jako nieformalny konsultant pomaga on w prowadzonym śledztwie, a potem na prośbę Alberta rozwiązuje zagadkę. 

W powieści tej mamy wszystko to co najlepsze w kryminałach Agathy Christie – szczupłe grono zamieszanych w morderstwo osób, kilka wskazówek, które dopiero pod koniec historii nabierają sensu, a rozwiązanie zagadki możliwe jest dzięki bystremu umysłowi detektywa i jego nietypowemu torowi myślenia. Świetnie się bawiłam typując kolejne osoby na mordercę i próbując umieścić w całym obrazie kolejne ślady. Ach, nie spodziewałam się takiego zakończenia zupełnie! Okazało się, że każdy ukrywa jakieś grzeszki, a luźne podejście do mówienia prawdy dodatkowo zaciemniało obraz sprawy. W sumie, konstrukcja opowieści jest dosyć podobna do wcześniej czytanego przeze mnie „Morderstwo w Orient Expressie” (już niedługo na blogu), ale nie zmienia to faktu, że jest to kawał porządnej lektury. Pewna teatralność tej powieści (bohaterowie pojawiają się, wygłaszają krótkie kwestie i znów znikają) dodawała jej jedynie smaku. Podobnie jest w „Dziesięciu Murzynkach” tej autorki.  Atmosfera gęsta i napięta, stary dom o wielu oknach i mrocznych pokojach, których ściany widziały zbyt wiele nieszczęścia oraz rodzina od lat skłócona i zależna od pieniędzy i kaprysów starego Simeona. Świetna książka!

Polecam wszystkim fanom klasycznych kryminałów, błyskotliwej dedukcji jak i tym, którzy znudzeni są przesłodzonym obrazem Świąt Bożego Narodzenia.

Wesołych Świąt!

Kura Mania.