Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 sierpnia 2016

'Carry On' Rainbow Rowell



Simon Snow jest najpotężniejszym czarodziejem na świecie. Właśnie zaczyna ostatni rok w magicznej szkole w Watford i zamierza rozkoszować się każdą chwilą tam spędzoną. Będąc sierotą i nie mając rodzinnego domu to właśnie szkoła jest dla niego odpowiednikiem gniazda rodzinnego. Tu ma swoją najlepszą przyjaciółkę bystrą Penelopę, piękną dziewczynę Agathę, no i… znienawidzonego współlokatora, chcącego go już kilkakrotnie zabić Tyrannusa Basiltona Pitch-Grimma, czyli Baza.
Simon naprawdę chce wycisnąć co się da z ostatniego roku nauki, bo świat czarodziejów podzielony jest pomiędzy zwolennikami reform głównego maga, który jest również dyrektorem szkoły i opiekunem Simona a starszymi rodami, które niechętnie witają w swoim gronie czarodziejów o mniejszej mocy niż one same.  

 Jest też o wiele poważniejsze zagrożenie, które może spowodować zniknięcie magii na całym świecie. Jest to tak zwany Humdrum, a osobą, która ma to zniszczyć jest właśnie Simon.
Niestety, Simon jest żałosnym czarodziejem. Stara się wcale nie używać swojej różdżki, bo większość jego zaklęć kończy się źle. Magia go przepełniająca jest tak wielka, że chłopak nie jest w stanie jej kontrolować i czasem po prostu wybucha niszcząc wszystko dookoła.
Pomimo swoich niedociągnięć, Simon chce się cieszyć pobytu w Watfrod. Niestety, coś co powinno być dla niego sytuacją idealną, czyli tajemnicze zniknięcie jego współlokatora sprawia, że Simon kolejny raz wpada w obsesje na punkcie Baza próbując go znaleźć lub chociaż dowiedzieć się dlaczego ten najlepszy z uczniów odpuścił sobie szkołę.

Kiedy Baz pojawia się dwa miesiące po rozpoczęciu roku jak gdyby nic, Simon wcale się nie uspokaja.
Simon nie wie, że w ciągu kilku kolejnych miesięcy nie tylko zawrze rozejm z Bazem, ale i zbliży się do niego tak, jak jeszcze nigdy do nikogo, dowie się kim lub czym jest Humdrum i będzie musiał przeżyć śmierć jednej z najbliższych mu osób oraz stanie do najtrudniejszej walki, walki z samym sobą.
Historia Simona i Basa zaczęła się we fragmentach fan fiku pisanego przez główną bohaterkę ‘Fangirl’ Rainbow Rowell. Mimo, że czytając ‘Fangirl’ (dokładnie rok przed przeczytaniem ‘Carry On’) fragmenty te najbardziej mnie nudziły to w ‘Carry On' nie mogłam się oderwać od tej magicznej historii.
Fragmenty fan fiku denerwowały mnie, ponieważ podobieństwa do serii o Harry Potterze były tak oczywiste i dosadne, że aż irytujące. W ‘Carry On’ również widać podobieństwa do książek J. K. Rowling, ale postaci są na tyle dobrze zbudowane, że zapomina się o tym całkowicie. Sam autorka napisała, że to jej wersja historii o Wybrańcu w magicznym świecie i muszę przyznać, że to całkiem udana wersja.
Simon pomimo tego, że posiada magie najpotężniejszą w świecie czarodziei jest lekko kluskowata ciapą. Sam przyznaje, że stara się nie myślec za dużo, a jedynie robi to co jest od niego wymagane – zarówno przez Maga, jak i Penny. Ten pewien brak błyskotliwości i wiedzy nadrabia lojalnością, odwagą i dobrym sercem. Jego sidekickiem jest wspomniana Penny, która oczywiście aż skrzy od inteligencji, jest bardzo błyskotliwa i to ona właśnie jest od planowania.

Dziewczyna Simona, z którą się rozstaje już na samym początku książki jest… no cóż, nie powiem, że jest tak kompletnie niepotrzebna, bo jako postać miała swoją rolą do odegrania, ale była jednak trochę takim piątym kołem u wozu. Oczywiście, najciekawszy jest Baz – wampir i dziedzic starego rodu, piekielnie inteligentny i zabójczo perfekcyjny. Zaciekły wróg Simona. Ale czy na pewno?
Pierwsze kilkadziesiąt stron powieści troszku się dłuży, nie dzieje za wiele, ale czytelnikowi zostaje wiele rzeczy wyjaśnionych dotyczących świata przedstawionego i przeszłości Simona. Dzięki temu, że cała powieść jest podzielona na krótkie rozdziały opowiedziany z perspektywy kilku głównych bohaterów daje to ciekawą perspektywę opowiadania zdarzeń zarówno współczesnych, jak i  z przeszłości.
Ale prawdziwa akcja zaczyna się od momentu pojawienia się Baza w szkole. Kolejne następujące po sobie szybko wydarzenia utrzymują równe tempo, nie pozwalające się znudzić, ale dające też postaciom chwilę na rozmowę, przemyślenia i rozwój.

Najlepsze jednak w 'Carry On' jest sposób działania zaklęć. Magia zaklęta jest w słowach, które poprzez ich częste używanie przez zwykłych, niemagicznych ludzi nabierają mocy. Dlatego najmocniejsze są te zaklęcia związane z dziecięcymi rymowankami ukochanymi i powtarzanymi do znudzenia zarówno przez dzieci jak i rodziców, ale i zaklęta jest w piosenkach znanych na całym świecie zespołów uwielbianych przez rzesze fanów (jak np. tych zespołu Queen). Rozwiązanie to nie dość, że wydaje się nawet logiczne to jeszcze sprawia, że natykamy się na perełki zaklęciowe w postaci tekstów piosenek (choć część będzie lepiej znana ludziom z kręgów kultury anglosaskiej). Szalenie mi się to podobało.
 
Język powieści jest nie tylko bardzo przystępny (wydaje mi się, że i osoba, która nie zna języka perfekcyjnie jest w stanie książkę przeczytać i zrozumieć ) to jest tak do bólu współczesny, że aż uśmiechałam się sama do siebie momentami. No cóż, Harry raczej nie użyłby słowa „fuck” w takiej ilości, obfitości i odmianach (choć HP był skierowany jednak do trochej innej grupy docelowej).
Bardzo na plus zaliczam słodko-gorzkie zakończenie, które dużo wyjaśnia w kwestii późniejszych losów bohaterów, ale i pokazuje ile jeszcze pracy i trudności ciągle przed nimi leży.
Tak, jest to opowieść o magicznym Wybrańcu, ale jest to tez powieść o tylu więcej rzeczach. O miłości, która może wydawać się niemożliwa, ale rodzi się bez naszego świadomego udziału i, która wybiera bez względu na uzdolnienia, wygląd czy płeć. (Bardzo wierzę, że zakochujemy się w osobie, a nie w płci).  Jest to też fantasy z duchami, wampirami, dziwnymi stworami mieszkającymi od mostami i kochającymi ciepło. 
Jest to powieść tak czasem absurdalna, że się sama sobie dziwię, że tak ja pokochałam (Simon z ogonem diabła jak z kreskówki i czerwonymi skrzydłami). Jest to takie spełnienie mojego książkowego marzenia jako fan girl.
To jest bardzo przyzwoita opowieść, która wypełniona magia i całowaniem się może i nie trafi do każdego (są glosy, że w wieku 25+ jest się na nią już za starym), ale warto ją spróbować.
Polecam wszystkim miłośnikom fanfików, romansu w stylu Romea i Juli oraz wszystkim fan girls.
Pozdrawiam,
Kura Mania.

niedziela, 12 czerwca 2016

FILM vs KSIĄŻKA: ‘Me Before You’ Jojo Moyes / reż. Thea Sharrock (“Zanim się pojawiłeś”)




‘Me Before You’ opowiada historię Louise Clark, dwudziestosześciolatki z małego angielskiego miasteczka, i Williama Traynora, który trzy lata wcześniej w wyniku potrącenia przez motocyklistę został sparaliżowany od piersi w dół.

Dziewczynę poznajemy w momencie, kiedy po sześciu przepracowanych latach w kawiarni dostaje wypowiedzenie. Ze względu zarówno ekonomicznych, jak i personalnych, właściciel kawiarni, a zarazem szef Luizy musi zamknąć lokal. Dziewczyna bezskutecznie szuka pracy przez Urząd , ale niestety jej marne kwalifikacje i brak wykształcenia sprawiają, że dostają się jej jedynie oferty pracy typu rozbiór drobiu. Znalezienie zatrudnienia jest dla niej bardzo ważne, ponieważ sytuacja ekonomiczna rodziny jest nieciekawa  – matka zajmuje się chorym dziadkiem, ojciec może w każdej chwili stracić pracę, a siostra mająca na utrzymaniu swojego synka zarabia marne grosze w kwiaciarni. Perspektywy nie rysują się zbyt różowo, aż do dnia, kiedy Luiza dostaje nietypową ofertę z Urzędu Pracy jako osoba do towarzystwa  sparaliżowanej osoby. Idzie na interview i,  co zaskakuje nie tylko ją samą, ale i całą jej rodzinę, dostaje bardzo dobrze płatną pracę. 

Ma dotrzymywać towarzystwa Willowi, kilka lat starszemu od niej mężczyźnie, który sparaliżowany jest całkowicie zależny od innych. Przed wypadkiem Will był rekinem biznesu żyjącym w Londynie, który w wolnym czasie wspinał się na górskie szczyty czy jeździł na nartach. Do obowiązków dziewczyny należy sprzątanie w aneksie dobudowanym do domu Traynorów specjalnie przystosowanym do potrzeb osoby niepełnosprawnej, jak i gotowanie lekkich posiłków oraz ogólne dotrzymywanie towarzystwa. 

jeden z moich ulubionych fragmentów, czyli urodziny Lou
Pierwsze tygodnie pracy są dla Lou koszmarem. Nie tylko nie ma doświadczenia jeśli chodzi o opiekę nad osobą niepełnosprawną to jeszcze Will odnosi się do niej wrogo, sarkazmem odpowiadając na każde próby nawiązania kontaktu przez dziewczynę. Dodatkowym psychicznym obciążeniem jest dla Lou  wiedza co do jej prawdziwego celu pracy u Traynorów. Will bowiem zamierza za pół roku wyjechać do Szwajcarii, aby tam poddać się eutanazji, a dziewczyna ma za zadanie odwieść go od decyzji.

O tym i o późniejszych staraniach Lou w pokazaniu Willowi, że życie ma jednak swoje piękne strony jest i film i książka.

Zacznę od filmu, bo to jego pierwszego poznałam (książkę miałam nadgryzioną w ¼, kiedy poszłam do kina). Nastawiłam się na liryczne romansidło, które będzie grało na uczuciach widza i szarpało za romantyczne struny dusz gospodyń domowych. W sumie, poszłam do kina  z dwóch powodów – zwiastun, który bardzo mi się spodobał i odtwórczyni roli Lou, czyli Emilia Clarke. Znałam ją oczywiście jako Khaleesi, Matkę Smoków, itd., ale oglądając Grę o Tron cały czas marzyłam o jakiejś fajnej, sympatycznej roli dla tej aktorki, która w serialu musi być twarda i nieugięta, a u której widziałam przebłyski komediowe. 

Dlatego film mnie absolutnie zaskoczył. Nie tylko nie jest to romans, ani nie dramat, ale najwięcej elementów jest tych komediowych. Sala kinowa co i rusz wybuchała śmiechem, a ja śmiałam się razem z innymi. Oczywiście, poważny ton filmu, czyli odwiedzenie Willa od eutanazji oraz uczucie rodzące się między opiekunką a jej podopiecznym sprawiało, że i chusteczki poszły w ruch (oczywiście, że nie u mnie, bo ja mam serce z żużlu i jednie lekko zwilgotniało mi prawe oko, ale kobity płakały i pociągały nosem na całego), ale dawno nie uśmiałam się tyle na filmie. 

no popatrzcie na te miny! żródło
Emilia Clarke świetnie odegrała rolę Luizy. Jej bardzo żywa mimika, to w jaki sposób poruszała się, gestykulowała i mówiła sprawiły, że widziałam Lou jak żywą. Nie wyobrażam sobie innej aktorki do tej roli. Była idealnie zabawna, doskonała w swojej niedoskonałości i sprawiała, że nie tylko film nabierał koloru i rozpędu, ale i pozwalał widzom się z tą postacią identyfikować. No w końcu kto czasem nie popełni jakiejś gafy czy nieświadomie nie strzeli miny. 

Druga gwiazdą filmu według mnie był Matthew Lewis, który grał Patricka, chłopaka Lou. Myślę, że połowę śmiechów na sali wywoływała właśnie ta postać. Patrick ze swoim zacięciem sportowym, często absurdalnym, wiecznym trenowaniem i traktowaniem Louise po macoszemu jest takim trochę dupkiem żyjącym we własnym świecie morderczych maratonów, a Lewis świetnie pokazał to na ekranie.

Niestety, lekkim rozczarowaniem okazał się Sam Claflin, grający Williama. Rozumiem, że miał przed sobą trudne zadanie, bo jego postać może ruszać jedynie głową i w minimalnym stopniu kilkoma palcami u jednej ręki, ale tak jak twarz Clarke, czyli Luziy zmieniała się co chwilę, to Claflin miał jedną minę przez pół filmu. I nawet nie o to chodzi, że postać przez niego grana tłumi uczucia. Tutaj po prostu nie było widać żadnych uczuć. 

rodzice Willa źródło
Jeśli chodzi o świetne role drugoplanowane to wspomnę jedynie o Charlesie Dance,  który pomimo tego, że grał tutaj pozytywną role Stephena, ojca Willa, to to bezosobowe spojrzenie wyblakłych oczu sprawiało, że ciarki mnie przechodziły. Lubię tego aktora, ale tutaj chyba nie do końca pasował (choć gdyby grał postać dokładnie przeniesioną z książki to byłoby bardzo okej. W końcu Stephen w powieści nie jest taki znów krystalicznie czysty).

Oprócz dobrej gry aktorskiej muszę wspomnieć o kostiumach Clarke. Wielkie brawa dla kostiumolożki za idealne dobranie ubrań Luizy – w końcu ona nie ubiera się jak jakaś szalona bag lady, ale jak dziewczyna chcąca coś wyrazić i pomimo tego, że połączenia kolorystyczne czy wzory są nieco ekstrawaganckie to w dalszym ciągu są jedynie nieszablonowe, a nie kompletnie, że tak powiem z dupy. Pół filmu zastanawiałam się skąd wytrzasnęli takie cud buty dla Luizy, bowiem w powieści ubiera się ona prawie jedynie w charity shopach (pokażcie mi gdzie szukać takich charity shopów, no gdzie?!), ale ja obstawiałam TKMaxx. I miałam rację – kostiumy dobrane były z angielskich sieciówek, takich jak właśnie TKMaxx czy Matalan i pomieszane z rzeczami z drugiej ręki. Oprócz oczywiście spektakularnej czerwonej sukienki, bo ta samym swoim wyglądem krzyczała o stosie funciaków. 

too booby XD

Jest to świetny film, który polecam każdemu i chętnie do niego wrócę. Nie jest może przełomowy, czy szczególnie spektakularny, ale to porządna pozycja, z idealnie wyważoną ilością elementów dramatycznych i komediowych. Jedynym minusem są beznadziejnie dobrane piosenki, które były lekkim dla mnie zgrzytem w niektórych scenach.

I tak jak film dał mi te parę godzin świetnej rozrywki wypełnionej zarówno śmiechem, jak i kilkoma łzami to powieść najpierw rozerwała moje serce na kawałki, potem rzuciła nim o glebę i podeptała. Co prawda jedynie na czas czytania książki, ale zawsze.

Oczywiście, film nie mógł pokazać wszystkiego co zdarzyło się w powieści. Nie jest on bowiem wiernym odzwierciedleniem powieści, bo to nie jego zadanie. Ma on za zadanie pokazać wybrana myśl przewodnią, czyli w tym wypadku prawo do decyzji o samym sobie.

Za to w powieści mamy pełen wachlarz wątków i to momentami bardzo traumatycznych. Wyjaśnione jest dlaczego Luiza ubiera się w sposób w jaki się ubiera, a ma to na związek z traumatycznym wydarzeniem  z jej życia. Wydarzenie to miało mieć swoje miejsce również i w filmie, ale sama autorka, która ściśle pracowała z twórcami filmu stwierdziła, że po prostu „nie grało” w całej filmowej  historii.  

Świetnie pokazany jest cichy dramat rodziny w ciężkiej sytuacji materialnej, upokorzenie jakie staje się udziałem osoby, która całe życie pracowała, a teraz pomimo doświadczenia jest zbyt ”stara” na znalezienie nowej pracy. Świetnie znam to uczucie bycia „na benefitach”, kiedy jedyną chęcią jest ta utrzymywania się samodzielnie bez pomocy państwowych zasiłków. Mocniej zaakcentowana jest odpowiedzialność jaka leży na barkach Luizy nie tylko jako głównego żywiciela rodziny przez pewien czas, ale jako i tej wybawicielki od najgorszego, czyli śmierci Williama, za która ma ją oschła matka Willa. 

Tak więc powieść jest o wiele poważniejsza  w tonie, choć oczywiście bąbelkowa (tak, to chamska kalka z języka angielskiego, ale jakże odpowiednia w tym przypadku) osobowość Luizy sprawiała, że często się przy czytaniu śmiałam. W filmie Lou jest zabawna, szybciej mówi niż myśli, popełnia ciągłe gafy, a jej osobowość po prostu rozpromienia sztywny świat Williama. W książce jest to wszystko plus jeden szczegół, który jest bardzo ważny. Bo Lou jest taka lekko zwariowana, ale tak naprawdę jest taka jak inni. Co z tego, że nosi się bardziej pstrokato jak przeżywa takie same rozterki, ma wiele problemów, jak i i kompleksów (jak bycie ciągle w cieniu zdolnej młodszej siostry). Jest to postać, którą ciężko nie lubić i, która swoim entuzjazmem sprawia, że czytelnik co chwila się uśmiecha.

Trzeba również przyznać, że świetnie autorce udało się odwzorować przeciętne życie angielskiej rodziny czy może rodziny żyjącej w Anglii współcześnie, bo widziałam siebie i swoich znajomych w takich różnych detalach nadających kolorytu powieści (zwróć uwagę na różnicę między builder’s tea a lesbian tea XD).

Powoli kończąc te moje wynurzenia chcę jeszcze odnieść się do tematu przewodniego  historii Lou i Willa. O prawie do decydowania o samym sobie. Powieść zainspirowana była prawdziwa historią, oraz przypadkami z rodziny autorki osób, które wymagały całodobowej opieki. Nie ma tu zbędnego patosu czy moralizatorstwa. Jest jedynie napomnienie o tym, że każdy ma prawo do życia (a śmierć jest życia nieodłączną częścią jakbym nie patrzeć) tak jak chce pod warunkiem, że nie ogranicza w ten sposób innych. Will mimo, że jako osoba inteligentna widzi dobre strony życia osoby nawet tak sparaliżowanej jak on, to nie chce żyć w ten sposób. Nie chce być definiowany przez wózek na którym siedzi i nie chce być całe życie zależnym od innych. Taki rodzaj życia mu nie wystarcza. Chce zadecydować o jednej jedynej rzeczy, która od niego zależy – o sposobie w jaki umrze. 

świetny Patrick

William chce zdecydować o sobie i jeśli weźmie się tę sprawę pod trzeźwy osąd i odrzuci wszelkie religijne punkty widzenia to czy naprawdę możemy zabronić podejmowania decyzji trzydziestopięcioletniemu mężczyźnie? I co z tego, ze jest na wózku? Czy zabronię wybierać kolor bluzki dziewczynie w okularach, bo widzi gorzej niż ja? Lou angażuje się emocjonalnie w życie Willa i dlatego jest dla niej niemożliwy obiektywny osąd. Spotyka się za to na czatach z osobami sparaliżowanymi i ich opiekunami, które wcale nie kwestionują słuszności decyzji Willa rozumiejąc jego racje. Film wywołał wiele kontrowersji w środowiskach osób niepełnosprawnych, czy słusznie to musi osądzić każdy indywidualnie.

Z drugiej jednak strony Will jest bardzo arogancki w swoim osądzie życia Lou. Uważa, że dziewczyna z takim potencjałem (choć w sumie nie wiadomo do końca jaki to potencjał jest) powinna żyć pełnią życia zamiast gnuśnieć w małym miasteczku. Ponieważ on wie lepie, bo był, bo doświadczał, bo żył pełną piersią przed wypadkiem. William robi dokładnie to czego nie cierpi u innych – uważa, że wie lepiej, że ma prawo decydowania o losie innych. Niejako przenosi swoje marzenia i pragnienia na Lou. Do końca nie byłam przekonana czy Louise powinna rozwinąć skrzydła i zacząć czerpać z życia pełnymi garściami. Oczywiście, może na tym skorzysta, rozwinie horyzonty i może nawet nagle stwierdzi, że to małomiejskie życie jest nie dla niej. Co jednak, kiedy stwierdzi, że było jej lepiej jako kelnerce w małej kawiarni?

Wracają jednak do meritum – książka czy film? Jednak książka. Za mnogość wątków, za pogłębioną charakterystykę postaci, za ten moment, kiedy Lou dostała własnoręcznie zrobiony prezent od rodziców, która to chwila złamała mi serce. Nie znaczy to jednak, że film jest zły. O nie! Film jest świetny, bo te stroje Lou i ten Patrick! Uwielbiam, kiedy ekranizacje powieści się udają, a w tym przypadku tak się stało. I to w dodatku bez jakiejś strasznej krzywdy wyrządzonej opowiedzianej w książce historii.

fotos z oficjalnego zwiastunu


Zatem najpierw oglądnijcie sobie film, który jedynie zaostrzy Ci apetyt na więcej, a potem sięgnij po książkę. Dzięki temu już w mniejszym napięciu i nerwach co do zakończenia tej historii będziesz poznawać Lou Clark, Willi Traynora oraz całą resztę. Chyba, że lubisz napięcie i obgryzanie pazurów przy czytaniu to najpierw bierz się za książkę.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

PS. Podobała się taka forma prezentacji książki i filmu? Chciałabym napisać jeszcze o tysiącu innych rzeczy, bardziej rozwinąć niektóre wątki i wspomnieć o tych o których nie wspomniałam, ale chyba nie trzeba. Mam pomysły na kolejne „versusy”, więc dajcie znać czy jest ok. 

PS2. Ostatnio szaleję i co chwila chodzę do kina. I to tuż po premierze! Brawo ja.

M.

czwartek, 9 czerwca 2016

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” Leslye Walton




Każdy człowiek nosi w sobie historię. Nie tylko historię własnych przeżyć i dokonań, ale i również opowieść o wiele obszerniejszą, której jest jedynie małą częścią. Czasem, żeby dobrze zrozumieć siebie lub uczynić swoją historię zrozumiałą dla innych trzeba się cofnąć w przeszłość. Opowiedzieć wypadkową jakich żyć się jest, co nas stworzyło i dla kogo byliśmy drodzy.

Spójrzcie na Avę, która dla większości będzie dziewczyną, która urodziła się ze skrzydłami, dziwolągiem z dziwacznej rodziny, nastolatką, w której najważniejszy jest jej pierzasty element.

Dlatego Ava musi się cofnąć w przeszłość, aż do losów swoich pradziadków, aby pokazać, że jest częścią pewnej historii, a  nie cudacznym wynaturzeniem. Korzenie Avy sięgają Francji skąd, pod wpływem przemożnego impulsu i marzenia o american dream, wyemigrowali jej pradziadkowie. Opowiadając kolejne rozdziały historii swej rodziny Ava opowiada sagę o miłości szaleńczej, o śmierci, która pod wpływem namiętności przychodzi przedwcześnie, o niesamowitym szczęściu i o samotności. 

Z jednej strony jest to opowieść o emigrantach, którzy słono musieli zapłacić za życie w Nowym Świecie niezbyt różniąca się od innych rodzin. Ciągłe zaczynanie od nowa i sukces okupiony ciężką pracą to taka stereotypowa fabuła.  Z drugiej jednak strony, jest to baśniowa historia o tajemniczych wypadkach, o zmienieniu się w małego ptaszka, o niemożności przejścia zmarłych do innego świata, o ich ciągłej irytującej obecności, o postanowieniu zamknięcia serca na trzy spusty, o indiańskiej magii, o powolnym zanikaniu, aż do kupki prochu i o nauce latania.

Nagle okazuje się, że na tle przeżyć przodków dziewczyny własna historia Avy nie jest taka szczególna. Ot, zwykła nastolatka chcąca się zabawić z rówieśnikami, chcąca kochać i przyjaźnić się, malująca usta i farbująca włosy, taka, której serce rwie się do świata poza murami domu, z którego ma nie wychodzić. Tytuł powieści wprowadza nas w błąd. Ava jest wciąż nastolatką i wcale nie przydarza się jej nic cudownego, a i osobliwym ciężko by nazwać dramatyczne wydarzenia, które stały się jej udziałem. Cudowność i osobliwość otacza za to ją dookoła. Znajdujemy je bowiem w historiach ludzi ją otaczających – rodzinie, przyjaciołach i sąsiadach.

Autorka wykreowała niesamowity świat, wypełniony nadprzyrodzonymi wydarzeniami oraz baśniową magią, w którym granica pomiędzy tym co rzeczywiste a tym co nadprzyrodzone jest zatarta.
Czy to będziemy czytać dosłownie historię rodziny Avy czy może jednak wybierzemy bardziej metaforyczne podejście do zrozumienia wydarzeń w niej opisujących jest to lektura niecodzienna, wciągająca i przejmująca.

Historie ludzi skrzywdzonych, pozornie szczęśliwych i zaślepionych przeplatają się ze sobą pozornie nigdzie nie prowadząc i pozostawiając czytelnika w stanie zaciekawienia i rosnącego napięcia, które swoją kulminacje ma w szokującym wypadku (jeśli można to nazwać wypadkiem) Avy. Gdyby nie to, że tytułowa bohaterka robi krok w tył, przechodzi bolesną przemianę,  wiele z postaci zaludniających karty książki nie byłoby w stanie pójść do przodu. To takie swoiste katharsis, które zatrzęsło małą lokalną społecznością.

Jest to historia o dojrzewaniu i nauce życia. Nie tylko dojrzewaniu tytułowej bohaterki, ale i innych postaci. Ktoś będzie musiał nauczyć się mówić o swoich uczuciach, ktoś inny musi zdać sobie sprawę, że niedopuszczanie do siebie miłości i zatracenie się w pracy nie ochroni przed śmiercią i stratą. Ktoś inny musi dojrzeć do myśli, że świat nie kończy się na jednej kochanej przed laty osobie. Ktoś przejrzy na oczy. Wiele z postaci przedstawionych w powieści jest uczuciowymi kalekami. Teraz nadchodzi czas rozwinięcia skrzydeł i nauki latania.

Jest to powieść pięknie napisana. Szczególnie opisy są tak bardzo w punkt. Tylko, że coś mi się zrobiło, że podczas lektury cały czas miałam wrażenie, że no tak jakbym nie czytała jej własnym głosem, a ktoś by mi cicho i miękko, prawie na granicy szeptu opowiadał historię rodziny Avy. Co muszę przyznać było leciutko creepy.

Baśniowość historii o której zbyt często wspominam objawia się w nie tylko w budowaniu postaci, czyli takim skupieniu na jednej cesze lub jednym wydarzeniu, ale też rodzaju zdarzeń. Wykrawanie serca, zamienianie się w kanarka lub magiczne właściwości jedzenia są jakby żywcem zaczerpnięte z  oryginalnych baśni. 

W pewnym jednak momencie pomyślałam sobie, że nastąpi jednak odbaśniowienie powieści. Po tym co przydarzyło się Avie pomyślałam, że ten baśniowy czar czy może raczej klątwa ciążąca na jej rodzinie zniknie, a poszczególne postaci przejrzą na oczy i wszystko się wyprostuje. Autorka jednak nie zrezygnowała z elementów magicznych i, niestety, przydarzyło się to straszliwie pompatyczne, nieco zakrawające o kicz zakończenie, które jednak było dla mnie pewnym zgrzytem w tej bardzo dobrze napisanej historii. No, ale może baśniowe postaci zasługują jedynie na baśniowy finał?

Jeszcze jeden malutki minusik to historia poprzedniej właścicielki fioletowego domu Avy, która pomimo tego, że pasująca do atmosfery całej opowieści w sumie niewiele w nią wnosiła.

Polecam wszystkim, którzy nie boją się czytać smutnych historii. Lirycznych, ale i tak strasznie smutnych wypełnionych cierpieniem, niespełniona miłością, samobójstwem, śmiercią, duchami. Takie, których słodkich smutek nie zasłania nawet delikatność precyzyjnego języka i nieśmiała nadzieja.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę wygrałam  w konkursie instagramowym Wielkanocnym organizowanym przez lubieczytac.blogujaca.pl

czwartek, 17 marca 2016

‘Crown of Midnight’ Sarah J. Maas (“Korona w mroku”) - Szklany Tron #2





Pomimo tego, że Celaena Sardothien już uzyskała tytuł Królewskiego Skrytobójcy i cieszy się względną wolnością to nie koniec jej walki. Dziewczyna nie potrafi się zmusić do zabijania wyznaczonych przez króla wrogów królestwa. Jak ktoś kto podobno przeciwstawia się tyranowi może zasługiwać na śmierć? Dlatego Celaena oszukuje nie tylko króla, ale i wszystkich na dworze. Finguje kolejne śmierci ryzykującym tym nie tylko swoje życie, ale i życie swoich najbliższych przyjaciół – księżniczki Nehemii i kapitana Westfalla, których przy najmniejszym błędzie skrytobójczyni król bez mrugnięcia okiem skaże na śmierć.

Oprócz swojej „kariery” dziewczyna ma również inne problemy. W dalszym ciągu w szklanym zamku kryje się coś mrocznego, coś co pochodzi z pradawnych wieków przywołane potężnymi odwiecznymi czarami.  Zadaniem Celaeny jest odkrycie źródła tego zła i zniszczenie go.

Celaena jest rozdarta. Między żądaniami przyjaciół i króla, między  obowiązkiem a własną wolą, a co najgorsze zostaje zmuszona do podjęcia decyzji – o co tak naprawdę warto walczyć? Czy dziewczyna powinna myśleć jedynie o sobie wykonując rozkazy króla mając w perspektywie odzyskanie pełni wolności za kilka lat? Czy jej obowiązkiem jest raczej pomoc  wyzwoleniu Erilei spod rządów króla-tyrana? Czy może zamknąć oczy na nieszczęście prześladowanych przez władcę niewinnych? Okazuje się, że odpowiedź wcale nie jest tak prosta jak mogłaby się wydawać.

W drugiej części Szklanego Tronu Celaena pokazuje trochę więcej mrocznej strony swojej osobowości nie skupiając się aż tak na fatałaszkach i balach, jak to było w części pierwszej. Rozdarta między porywy serca, obowiązek wobec króla, a przyjaźń Celaestia jednak nie staje się tą brawurową, pewną siebie osobą, którą tak długo grała na dworze. Co z tego, że budzi się w niej żądza mordu i ma wreszcie okazje pokazać swoje nabyte długim treningiem umiejętności zabijania, jak w kluczowym momencie zamiast podjąć odpowiedzialną decyzję ze wszystkimi jej konsekwencjami ona po prostu odwraca się udając, że nic nie musi, że niczego oprócz swojej wolności nie chce wygrać. 

Bardzo spodobała mi się intryga dotycząca spisku przeciwko królowi, ale rola księżniczki Nehemii jako ostatecznego katalizatora zmian w postrzeganiu świata i w podjętych decyzjach Celaestii wydaje mi się bardzo naciągana i niepotrzebnie skomplikowana. Według mnie autorka lekko przedobrzyła.

Mimo tego, że ciągle mi czegoś w postaci Celaestii brak to w sumie podoba mi się to, że cały czas myślałam o skrytobójczyni jako o kimś z pewnym przeznaczeniem, jako o osobie naznaczonej pewną ważną rolą do odegrania w historii, a ona zachowuje się jako zwykła sierota wytrenowana przez mistrza skrytobójstwa, której się pofarciło i ma szansę na wygranie swojej wolności. Ciekawe czy w trzeciej części Celaena zwróci się ku swojemu dziedzictwu. 

Acha, bo Celaestia odkrywając jakie to mroczne zło czai się w czeluściach zamku dopuszcza do głosu również ważną część siebie ukrywaną przez lata. Ważną, przerażającą i bardzo potężną. Jest to coś czego się domyślałam, ale fajnie było wreszcie o tym przeczytać. No i może wreszcie dotrze do niej to, że własną przeszłość trzeba zaakceptować nawet jeśli nas ona uwiera, bo inaczej nie będzie się kompletnym (tak moje zdanie skromne jest).

Okazuje się też, że pewne drugoplanowe postaci odgrywają ważne role w fabule, czego się w sumie nie spodziewałam.  Rozwój postaci może i nie oszałamia, ale jakiś jest, więc już czepiać się nie będę.
Końcowy twist sprawił, że z ciekawością sięgnęłam po trzecią część, czyli ‘Heir of Fire’, którą już nadgryzłam.

Nie do końca jestem  jednak przekonana, czy ta seria jest dla mnie. Już nawet nie o to chodzi, że jestem starsza niż docelowa grupa czytelników do których pisze Sarah J. Maas, bo wiek nie ma tutaj nic do tego, ale mi brakuje jakiejś takiej epickości. Jak u Tolkiena. Albo dobrego rzemiosła, jak u George R.R. Martina. Szklany Tron jest taki jakby zawieszony pomiędzy. Trochę to fantasy, trochę dystopia, może i romans z elementami powieści przygodowej. Gdyby nie ten cały hype dookoła serii i fakt, że trzy pierwsze części były w TKMaxxie za pięć funtów to pewnie bym w życiu po nią nie sięgnęła. Niby są tu zawarte wszystkie elementy, które lubię, ale i tak mija się to o włos z moim gustem. 

Jest to jednak dobra, rozrywkowa seria, którą polecam wszystkim fanom dystopicznych fantasy z elementami romansu. Tak ogólnie, ale nie wiem co mam powiedzieć. Nastolatkom też polecam. Szczególnie takim, którzy szukają czegoś łatwego do czytania, ale wciągającego. Czyta się błyskawicznie. No i w ogóle to taka szybka lektura jest jak się chce oderwania od tych bardziej poważnych. Nie zachęcam zbytnio, nie? 

Pozdrawiam,
Kura Mania.                                                                            

PS. I ciągle mnie to męczy jak to jest możliwe, że Celaena miała takie długie włosy jak została zabrana z obozu pracy jak przy jej przyjeździe ścięli je na krótko. Przecież włosy rosną średnio centymetr na miesiąc, czyli po roku przy dobrych wiatrach miałaby włosy do ramion. A biorąc pod uwagę, że była niedożywiona to i to byłby wyczyn. A tu nagle Celaena ma długi warkocz i w ogóle. Boszejakjasieczepiam, wstyduniemam.

M.

Książkę przeczytałam w ramach wyczytywania domowych zapasów.