Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 sierpnia 2016

'Carry On' Rainbow Rowell



Simon Snow jest najpotężniejszym czarodziejem na świecie. Właśnie zaczyna ostatni rok w magicznej szkole w Watford i zamierza rozkoszować się każdą chwilą tam spędzoną. Będąc sierotą i nie mając rodzinnego domu to właśnie szkoła jest dla niego odpowiednikiem gniazda rodzinnego. Tu ma swoją najlepszą przyjaciółkę bystrą Penelopę, piękną dziewczynę Agathę, no i… znienawidzonego współlokatora, chcącego go już kilkakrotnie zabić Tyrannusa Basiltona Pitch-Grimma, czyli Baza.
Simon naprawdę chce wycisnąć co się da z ostatniego roku nauki, bo świat czarodziejów podzielony jest pomiędzy zwolennikami reform głównego maga, który jest również dyrektorem szkoły i opiekunem Simona a starszymi rodami, które niechętnie witają w swoim gronie czarodziejów o mniejszej mocy niż one same.  

 Jest też o wiele poważniejsze zagrożenie, które może spowodować zniknięcie magii na całym świecie. Jest to tak zwany Humdrum, a osobą, która ma to zniszczyć jest właśnie Simon.
Niestety, Simon jest żałosnym czarodziejem. Stara się wcale nie używać swojej różdżki, bo większość jego zaklęć kończy się źle. Magia go przepełniająca jest tak wielka, że chłopak nie jest w stanie jej kontrolować i czasem po prostu wybucha niszcząc wszystko dookoła.
Pomimo swoich niedociągnięć, Simon chce się cieszyć pobytu w Watfrod. Niestety, coś co powinno być dla niego sytuacją idealną, czyli tajemnicze zniknięcie jego współlokatora sprawia, że Simon kolejny raz wpada w obsesje na punkcie Baza próbując go znaleźć lub chociaż dowiedzieć się dlaczego ten najlepszy z uczniów odpuścił sobie szkołę.

Kiedy Baz pojawia się dwa miesiące po rozpoczęciu roku jak gdyby nic, Simon wcale się nie uspokaja.
Simon nie wie, że w ciągu kilku kolejnych miesięcy nie tylko zawrze rozejm z Bazem, ale i zbliży się do niego tak, jak jeszcze nigdy do nikogo, dowie się kim lub czym jest Humdrum i będzie musiał przeżyć śmierć jednej z najbliższych mu osób oraz stanie do najtrudniejszej walki, walki z samym sobą.
Historia Simona i Basa zaczęła się we fragmentach fan fiku pisanego przez główną bohaterkę ‘Fangirl’ Rainbow Rowell. Mimo, że czytając ‘Fangirl’ (dokładnie rok przed przeczytaniem ‘Carry On’) fragmenty te najbardziej mnie nudziły to w ‘Carry On' nie mogłam się oderwać od tej magicznej historii.
Fragmenty fan fiku denerwowały mnie, ponieważ podobieństwa do serii o Harry Potterze były tak oczywiste i dosadne, że aż irytujące. W ‘Carry On’ również widać podobieństwa do książek J. K. Rowling, ale postaci są na tyle dobrze zbudowane, że zapomina się o tym całkowicie. Sam autorka napisała, że to jej wersja historii o Wybrańcu w magicznym świecie i muszę przyznać, że to całkiem udana wersja.
Simon pomimo tego, że posiada magie najpotężniejszą w świecie czarodziei jest lekko kluskowata ciapą. Sam przyznaje, że stara się nie myślec za dużo, a jedynie robi to co jest od niego wymagane – zarówno przez Maga, jak i Penny. Ten pewien brak błyskotliwości i wiedzy nadrabia lojalnością, odwagą i dobrym sercem. Jego sidekickiem jest wspomniana Penny, która oczywiście aż skrzy od inteligencji, jest bardzo błyskotliwa i to ona właśnie jest od planowania.

Dziewczyna Simona, z którą się rozstaje już na samym początku książki jest… no cóż, nie powiem, że jest tak kompletnie niepotrzebna, bo jako postać miała swoją rolą do odegrania, ale była jednak trochę takim piątym kołem u wozu. Oczywiście, najciekawszy jest Baz – wampir i dziedzic starego rodu, piekielnie inteligentny i zabójczo perfekcyjny. Zaciekły wróg Simona. Ale czy na pewno?
Pierwsze kilkadziesiąt stron powieści troszku się dłuży, nie dzieje za wiele, ale czytelnikowi zostaje wiele rzeczy wyjaśnionych dotyczących świata przedstawionego i przeszłości Simona. Dzięki temu, że cała powieść jest podzielona na krótkie rozdziały opowiedziany z perspektywy kilku głównych bohaterów daje to ciekawą perspektywę opowiadania zdarzeń zarówno współczesnych, jak i  z przeszłości.
Ale prawdziwa akcja zaczyna się od momentu pojawienia się Baza w szkole. Kolejne następujące po sobie szybko wydarzenia utrzymują równe tempo, nie pozwalające się znudzić, ale dające też postaciom chwilę na rozmowę, przemyślenia i rozwój.

Najlepsze jednak w 'Carry On' jest sposób działania zaklęć. Magia zaklęta jest w słowach, które poprzez ich częste używanie przez zwykłych, niemagicznych ludzi nabierają mocy. Dlatego najmocniejsze są te zaklęcia związane z dziecięcymi rymowankami ukochanymi i powtarzanymi do znudzenia zarówno przez dzieci jak i rodziców, ale i zaklęta jest w piosenkach znanych na całym świecie zespołów uwielbianych przez rzesze fanów (jak np. tych zespołu Queen). Rozwiązanie to nie dość, że wydaje się nawet logiczne to jeszcze sprawia, że natykamy się na perełki zaklęciowe w postaci tekstów piosenek (choć część będzie lepiej znana ludziom z kręgów kultury anglosaskiej). Szalenie mi się to podobało.
 
Język powieści jest nie tylko bardzo przystępny (wydaje mi się, że i osoba, która nie zna języka perfekcyjnie jest w stanie książkę przeczytać i zrozumieć ) to jest tak do bólu współczesny, że aż uśmiechałam się sama do siebie momentami. No cóż, Harry raczej nie użyłby słowa „fuck” w takiej ilości, obfitości i odmianach (choć HP był skierowany jednak do trochej innej grupy docelowej).
Bardzo na plus zaliczam słodko-gorzkie zakończenie, które dużo wyjaśnia w kwestii późniejszych losów bohaterów, ale i pokazuje ile jeszcze pracy i trudności ciągle przed nimi leży.
Tak, jest to opowieść o magicznym Wybrańcu, ale jest to tez powieść o tylu więcej rzeczach. O miłości, która może wydawać się niemożliwa, ale rodzi się bez naszego świadomego udziału i, która wybiera bez względu na uzdolnienia, wygląd czy płeć. (Bardzo wierzę, że zakochujemy się w osobie, a nie w płci).  Jest to też fantasy z duchami, wampirami, dziwnymi stworami mieszkającymi od mostami i kochającymi ciepło. 
Jest to powieść tak czasem absurdalna, że się sama sobie dziwię, że tak ja pokochałam (Simon z ogonem diabła jak z kreskówki i czerwonymi skrzydłami). Jest to takie spełnienie mojego książkowego marzenia jako fan girl.
To jest bardzo przyzwoita opowieść, która wypełniona magia i całowaniem się może i nie trafi do każdego (są glosy, że w wieku 25+ jest się na nią już za starym), ale warto ją spróbować.
Polecam wszystkim miłośnikom fanfików, romansu w stylu Romea i Juli oraz wszystkim fan girls.
Pozdrawiam,
Kura Mania.

czwartek, 17 marca 2016

‘Crown of Midnight’ Sarah J. Maas (“Korona w mroku”) - Szklany Tron #2





Pomimo tego, że Celaena Sardothien już uzyskała tytuł Królewskiego Skrytobójcy i cieszy się względną wolnością to nie koniec jej walki. Dziewczyna nie potrafi się zmusić do zabijania wyznaczonych przez króla wrogów królestwa. Jak ktoś kto podobno przeciwstawia się tyranowi może zasługiwać na śmierć? Dlatego Celaena oszukuje nie tylko króla, ale i wszystkich na dworze. Finguje kolejne śmierci ryzykującym tym nie tylko swoje życie, ale i życie swoich najbliższych przyjaciół – księżniczki Nehemii i kapitana Westfalla, których przy najmniejszym błędzie skrytobójczyni król bez mrugnięcia okiem skaże na śmierć.

Oprócz swojej „kariery” dziewczyna ma również inne problemy. W dalszym ciągu w szklanym zamku kryje się coś mrocznego, coś co pochodzi z pradawnych wieków przywołane potężnymi odwiecznymi czarami.  Zadaniem Celaeny jest odkrycie źródła tego zła i zniszczenie go.

Celaena jest rozdarta. Między żądaniami przyjaciół i króla, między  obowiązkiem a własną wolą, a co najgorsze zostaje zmuszona do podjęcia decyzji – o co tak naprawdę warto walczyć? Czy dziewczyna powinna myśleć jedynie o sobie wykonując rozkazy króla mając w perspektywie odzyskanie pełni wolności za kilka lat? Czy jej obowiązkiem jest raczej pomoc  wyzwoleniu Erilei spod rządów króla-tyrana? Czy może zamknąć oczy na nieszczęście prześladowanych przez władcę niewinnych? Okazuje się, że odpowiedź wcale nie jest tak prosta jak mogłaby się wydawać.

W drugiej części Szklanego Tronu Celaena pokazuje trochę więcej mrocznej strony swojej osobowości nie skupiając się aż tak na fatałaszkach i balach, jak to było w części pierwszej. Rozdarta między porywy serca, obowiązek wobec króla, a przyjaźń Celaestia jednak nie staje się tą brawurową, pewną siebie osobą, którą tak długo grała na dworze. Co z tego, że budzi się w niej żądza mordu i ma wreszcie okazje pokazać swoje nabyte długim treningiem umiejętności zabijania, jak w kluczowym momencie zamiast podjąć odpowiedzialną decyzję ze wszystkimi jej konsekwencjami ona po prostu odwraca się udając, że nic nie musi, że niczego oprócz swojej wolności nie chce wygrać. 

Bardzo spodobała mi się intryga dotycząca spisku przeciwko królowi, ale rola księżniczki Nehemii jako ostatecznego katalizatora zmian w postrzeganiu świata i w podjętych decyzjach Celaestii wydaje mi się bardzo naciągana i niepotrzebnie skomplikowana. Według mnie autorka lekko przedobrzyła.

Mimo tego, że ciągle mi czegoś w postaci Celaestii brak to w sumie podoba mi się to, że cały czas myślałam o skrytobójczyni jako o kimś z pewnym przeznaczeniem, jako o osobie naznaczonej pewną ważną rolą do odegrania w historii, a ona zachowuje się jako zwykła sierota wytrenowana przez mistrza skrytobójstwa, której się pofarciło i ma szansę na wygranie swojej wolności. Ciekawe czy w trzeciej części Celaena zwróci się ku swojemu dziedzictwu. 

Acha, bo Celaestia odkrywając jakie to mroczne zło czai się w czeluściach zamku dopuszcza do głosu również ważną część siebie ukrywaną przez lata. Ważną, przerażającą i bardzo potężną. Jest to coś czego się domyślałam, ale fajnie było wreszcie o tym przeczytać. No i może wreszcie dotrze do niej to, że własną przeszłość trzeba zaakceptować nawet jeśli nas ona uwiera, bo inaczej nie będzie się kompletnym (tak moje zdanie skromne jest).

Okazuje się też, że pewne drugoplanowe postaci odgrywają ważne role w fabule, czego się w sumie nie spodziewałam.  Rozwój postaci może i nie oszałamia, ale jakiś jest, więc już czepiać się nie będę.
Końcowy twist sprawił, że z ciekawością sięgnęłam po trzecią część, czyli ‘Heir of Fire’, którą już nadgryzłam.

Nie do końca jestem  jednak przekonana, czy ta seria jest dla mnie. Już nawet nie o to chodzi, że jestem starsza niż docelowa grupa czytelników do których pisze Sarah J. Maas, bo wiek nie ma tutaj nic do tego, ale mi brakuje jakiejś takiej epickości. Jak u Tolkiena. Albo dobrego rzemiosła, jak u George R.R. Martina. Szklany Tron jest taki jakby zawieszony pomiędzy. Trochę to fantasy, trochę dystopia, może i romans z elementami powieści przygodowej. Gdyby nie ten cały hype dookoła serii i fakt, że trzy pierwsze części były w TKMaxxie za pięć funtów to pewnie bym w życiu po nią nie sięgnęła. Niby są tu zawarte wszystkie elementy, które lubię, ale i tak mija się to o włos z moim gustem. 

Jest to jednak dobra, rozrywkowa seria, którą polecam wszystkim fanom dystopicznych fantasy z elementami romansu. Tak ogólnie, ale nie wiem co mam powiedzieć. Nastolatkom też polecam. Szczególnie takim, którzy szukają czegoś łatwego do czytania, ale wciągającego. Czyta się błyskawicznie. No i w ogóle to taka szybka lektura jest jak się chce oderwania od tych bardziej poważnych. Nie zachęcam zbytnio, nie? 

Pozdrawiam,
Kura Mania.                                                                            

PS. I ciągle mnie to męczy jak to jest możliwe, że Celaena miała takie długie włosy jak została zabrana z obozu pracy jak przy jej przyjeździe ścięli je na krótko. Przecież włosy rosną średnio centymetr na miesiąc, czyli po roku przy dobrych wiatrach miałaby włosy do ramion. A biorąc pod uwagę, że była niedożywiona to i to byłby wyczyn. A tu nagle Celaena ma długi warkocz i w ogóle. Boszejakjasieczepiam, wstyduniemam.

M.

Książkę przeczytałam w ramach wyczytywania domowych zapasów.                 

piątek, 5 lutego 2016

‘Isla and the Happily Ever After’ Stephanie Perkins - Anna and the French Kiss #3




Kiedy niespełna osiemnastoletnia Isla wchodzi do pobliskiego bistro o nazwie Kismet i widzi tam Josha, w którym kocha się od trzech lat wydaje się to spełnieniem jej marzeń. Niestety, Isla jest na lekowym haju po wyrwaniu zęba i trochę bredzi, trochę się zawiesza, a w końcu zasypia. Uznaje to spotkanie za kolejną porażkę, więc, kiedy zaczyna swój ostatni rok w amerykańskiej szkole w Paryżu staje się unikać Josha. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ tak jak i ona kończy on w tym roku szkołę. 

Marzenia jednak się spełniają i tak od słowa do słowa uczucie  między parą Amerykanów wybucha. Wydają się być dla siebie stworzeni, a wspólny wypad do Barcelony jedynie to potwierdza. Nawet wydalenie Josha ze szkoły po kolejnym złamaniu jej regulaminu jakim był wyjazd za granicę i trudności w komunikacji z Islą po zarekwirowaniu przez matkę chłopaka jego telefonu wydają się być jedynie kolejną trudnością, którą ich miłość pokona. Jednak czy miesiąc szalonego zakochania wystarczy na pozostały rok rozłąki? Czy może jednak ta rozłąka uświadomi zakochanym, że jednak czegoś w ich związku brak?

To ostatnia część trylogii Stephanie Perkins opowiadającej o perypetiach uczuciowych nastolatków, których łączy para Anny i St.Claire’a. W tej części autorka koncentruję się na Joshu, nastoletnim artyście, który po skończeniu szkoły przez resztę przyjaciół ze swojej paczki sam musi zmierzyć się z ostatnim rokiem w szkole, której nie znosi i w której czuję się do głębi samotny. Opowieść opowiedziana jest z perspektywy Isli, o której uczuciu do Josha dowiadujemy się już w pierwszej części dzięki króciutkiemu epizodowi. Czas akcji jest mniej więcej równoległy do tego z drugiej części, czyli z ‘Lola and the Boy Next Door’. 

I tak jak część poświęcona Loli bardzo mnie rozczarowała to ta o Isli znów powróciła mi wiarę w autorkę. Oczywiście, tradycyjnie już ciężko mi znaleźć argumenty na plus, mimo tego, że książka ogromnie mi się podobała, za to mam na pęczki tych negatywnych. Give me the strenght to deal with this bullshit, czyli jak to jest, że czytając powieści Perkins je tak lubię, a chwile po skończeniu pisząc o nich tekst tak bardzo mieszam je z błotem – to powinien być nagłówek tego postu. Paradoks Perkins.

Zacznę od pozytywów. Znów mamy piękny Paryż, choć potraktowany trochę bardziej po macoszemu niż w pierwszej części. Znów mamy Josha, który od razu mi się spodobał – artysta tworzący powieść graficzną o swoim życiu w szkole w Paryżu, świetnie ubrany i inteligentny. Powieść znów była zabawna, ale nie aż tak jak Anna. Na dodatek, wydała mi się trochę bardziej dojrzała. Isla, pomimo swoich ukrytych kompleksów, świadoma jest swojej urody i seksapilu, a temat seksu nie jest jakoś szczególnie omijany. Wręcz przeciwnie. Tak jak Anna była funny, Lola była too much, to Isla jest sexy. Nie jest to żadne tam epatowanie seksem, a jedynie zaznaczenie, że i ta sfera życia człowieka istnieje, a miłość nie ogranicza się do słodkich słówek, trzymania za ręce i pocałunków. Oczywiście, na plus muszę policzyć tak że i to, że zarówno Isla, jak i oczywiście Josh są fanami komiksu. Co prawda, Isli pierwsza miłością są powieści przygodowe, ale i dobrą powieścią graficzną nie pogardzi. (Zresztą oba gatunki są w powieści bardzo ważne. Komiks najpierw dzieli, a potem łączy, a zamiłowanie bohaterki do powieści przygodowych jest o tyle ważne, że Isla nie za bardzo lubi przeżywać przygody woląc o nich czytać).

Autorka zarysowuje również problem pewnego rozdarcia Isly pomiędzy dwa kraje, w których spędziła równie dużo czasu – Stany i Francję. Ciężko jest jej określić, które z państw jest jej bliższe sercu i w, którym jest jej dom. Nie zawsze fakt „międzynarodowości” jest pozytywny, czasem przysparza jedynie problemów z określeniem własnej tożsamości.

Za to najbardziej drażniła mnie pewna niekonsekwencja autorki. Na początku poznajemy Islę jako dziewczynę ogarniętą obsesyjną miłością czy zauroczeniem Joshem, której nie jest ani fajne ani zdrowe. Rozumiem co oznacza nieszczęśliwa miłość, nietrafione zakochanie się w osobie, która nie dość, że nie odwzajemnia naszego uczucia to nawet nie zdaje sobie o nim sprawy, ale naprawdę Isla za bardzo szaleje. Potem, nagle, niespodziewanie się zmienia i kiedy jest już z Joshem w niczym nie przypomina tej dziewczyny ogarniętej obsesją z pierwszych stron. No jak miał im ten związek wyjść jak bazą do niego było trzy lata zadręczania się Isly i dotkliwa samotność Josha spowodowana wyjazdem przyjaciół? 

Ciekawy jest moment, w którym znajduje się Josh, jego samotność, niechęć do szkoły, ale i brak samokrytycyzmu co do podjętej decyzji o uczeniu się we Francji. Jeśli chodzi o Islę, jej postać poprowadzona jest dziwacznie. Najpierw obsesja na punkcie chłopaka, potem, że niby pewność siebie i kobiecość, ale tak w ogóle to brak planów na przyszłość, niepewność co do własnej wartości i niby to głęboko ukryte kompleksy, których czytelnik w ogóle się nie spodziewa, aż do pamiętnego monologu w limuzynie. No bo jak ona może być taka pewna siebie, eksponująca swoja kobiecość, itp., kiedy jest z Joshem w Paryżu i tak zupełnie inna, kiedy widzi się z nim po pewnym czasie? Ok., rozumiem, że miał w tym udział przeczytania powieści graficznej Josha, która nic nie ukrywała, a wręcz obnażała jego całego, ale helloł?! 

Kolejna sprawa to Kurt, przyjaciel Isly. Nie mam problemu z tym, że ma on autyzm, ale mam wrażenie, że autorka na siłę wepchnęła mu tę chorobę, która w sumie nic do powieści nie wnosi, po to, aby wszyscy byli zadowoleni. Była matka z rakiem, małżeństwo gejowskie, to i teraz autyzm będzie jak znalazł. 

A już ostatnią irytująca mnie rzeczą były te częste łzy w oczach Josha. Matkobosko, co to ma być?

Oczywiście, autorka świetnie oddała te nastroje męczące nastolatków, niepewność co do jutra, przymus podjęcia decyzji w wieku, kiedy nie zawsze wie się kim jest się tak do końca. Myślę, że problemem w odbiorze tej powieści czy serii jestem ja, bo okazało się jednak, że wolę bardziej dojrzalszym bohaterów (nie chodzi mi o wiek), z głębią, choćby i mroczną. 

Polecam nastolatkom, niech sobie poczytają o takich związkach jak z marzeń to potem zderzenie z rzeczywistością będzie jeszcze boleśniejsze oraz tym, którzy lubią takie romanse z nutką melodramatu i romantycznym miastem w tle.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

PS. Ale i tak bardzo mi się ta książka podobała! (I weź tu czytaj Kurę, sama nie wie co pisze).

PS. A Ty znasz takie książki, które niby wcale nie za dobre, ale jednak ujęły Cię wbrew wszelkim brakom czy słabościom?

M.

czwartek, 14 stycznia 2016

‘Lola and the Boy Next Door’ Stephanie Perkins (Anna and the French Kiss #2)




Poznajcie Lolę, początkującą projektantkę ubrań, urodzoną krawcową, która może nie wierzy w modę, ale na pewno wierzy w kostium. Jest również siedemnastolatką, która ma bardzo opiekuńczych rodziców i chłopaka, który jest rockmanem.

Lola ma również trochę bolesnych traum ukrytych w szafie z jej kostiumami, ale jakoś sobie ze wszystkim radzi. Lub tak się jej tylko wydaje.

Jej życie, które dzieli na spotkania z chłopakiem Maxem, pracą w kinie, szkołą i życiem rodzinnym rozpada się, kiedy dowiaduje się o powrocie dawnych sąsiadów. W lawendowym domu obok znów zamieszkują Bellowie, z których córką przyjaźniła się w dzieciństwie, a z jej bratem bliźniakiem łączy ją jakieś bardzo bolesne wspomnienie.

Czy Lola ogarnie swoje rozsypujące się życie? Jaką tajemnice chowa przed światem? 

Lola, czyli Dolores, to kolorowy ptak. Wychowywana przez dwójkę surowych i lekko nadopiekuńczych ojców codziennie zakłada na siebie kolejne kostiumy – kolorowe peruki, suknie balowe i te vintage, stroje kelnerki, w stylu Kleopatry okraszone toną błyskotek, brokatem i mocnym makijażem. Kwestia czy kostiumy te skrywają prawdziwą Lolę czy raczej ją uzewnętrzniają przewija się przez całą powieść.
Tak jak przesadzony jest ubiór Loli tak samo przesadzone jest jej zachowanie. Oczywiście, dziewczyna ma prawo do lekko wyolbrzymionych reakcji, bo ma jedynie siedemnaście lat, ale to jak zachowała się na wieść o ponownym wprowadzeniu się dawnych sąsiadów świadczyło o jakiejś naprawdę straszliwej traumie, której doświadczyła w lawendowym domu obok. 

Nie jest to jednak thriller ani powieść psychologiczna, więc nie oczekuj żadnych drastycznych prawd, które wyjdą na światło dzienne. Z drugiej jednak strony sama główna bohaterka przyznaje, że lubi otaczać się swoim złym nastrojem, zanurzać w niego i go drążyć. I tak właśnie zrobiła ze wspomnieniem o tym co wydarzyło się między nią a Cricketem Bellem.

Odchodząc od lekkiego atmosfery pierwszej części z cyklu, czyli ‘Anna and the French Kiss’ autorka wprowadziła trochę cięższych tematów.  Patologiczni rodzice Dolores, nowa rodzina stworzona przez jej wujka i jego partnera (czy męża), ciężkie doświadczenia pierwszej miłości, problem różnicy wieku między Lolą a  Maxem oraz zarysowany problem tożsamości i obciążenia genetycznego paradoksalnie sprawiły, że zamiast dodać książce głębi, jedynie pociągnęły ją w dół.

Nie biorę za minus faktu, że jest to opowieść nierealistyczna, bo to właśnie sprawiło, że tak bardzo spodobała mi się ‘Anna…’. Taka lekka historia żywcem wzięta z marzeń nastolatki. Tak samo i w drugiej części bohaterowi pomimo pewnej stereotypowości nie są osobami, które spotykamy na co dzień (a przynajmniej ja nie spotykam). Cricket Bell, sąsiad Loli, jest bratem bliźniakiem łyżwiarki figurowej, która ma szansę na Olimpiadzie, a sam jest zdolnym konstruktorem. Rodzina to potomkowie słynnego Abrahama Bella, czyli człowieka, który opatentował pierwszy telefon. Max to taki typowy rockman, szorstki w obyciu, ale czytający ciężkie filozoficzne dzieła i z rozczulającymi tatuażami. Sama Lola to kolorowa papuga, która może i jest spotykana w San Francisco, w którym dzieje się akcja, ale nie w moim zaścianku. 

Największym jednak minusem jest brak humoru w tej powieści. Podczas czytania pierwszej części chichotałam jak hiena, a towarzysząc Loli w jej przygodach czasem jedynie słabo się uśmiechnęłam. Dobrze, że chociaż znów spotkałam się z Anną i St. Clairem, którzy pracują razem z Lolą w kinie.

Lola jako główna bohaterka była momentami dosyć irytująca. Jej niepotrzebne kłamstewka, którymi karmi zarówno rodziców, jak i swojego chłopaka, sprawiały, że miałam ochotę nią potrząsnąć. Rozumiem to, że każdy musi nauczyć się życia na własnych błędach, a czasem zrozumienie swoich uczuć jest najtrudniejsze dla siebie samego (mimo tego, że wszyscy dookoła widzą je jak na dłoni), ale trzeba być też uczciwym człowiekiem. Nawet jak się ma siedemnaście lat i jeszcze nie wie się kim się jest tak do końca. 

Uroczy był za to Cricket. No może oprócz jego dziwnych wątów co do jego dziedzictwa. Ale to sami przeczytajcie. No i te jego ubrania, psia jego mać. Może Loli się podobały, ale mój ci on nie jest.

Nie jest to zła opowieść. Jest średnia. Wprowadzenie wątków cięższych, bardziej realistycznych (czyt. matka-alkoholiczka) przy jednoczesnym braku dowcipu zabiło tę powieść. Co innego, gdyby w zamyśle była to powieść z gatunku tych szarpiących za flaki, opowiadających o patologii, życiu w biedzie, itp. A przecież to lekka historia o nastolatkach. 

Polecam tym, którzy lubią lajtowe historie o miłosnych trójkątach oraz tym, którzy wierzą w siłę pierwszej miłości.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

PS. Mój pierwszy tekst o tej powieści ociekał jadem. Przy nim ocet to był kompot truskawkowy babci. Zrzucam to na karb maku, który tego dnia gotowałam i podjadałam przy przygotowaniu masy do makowca. Chyba, że wyszła po prostu moja wredna natura i tyle. Teraz starałam się hamować, bo przecież to nie jest zła książka, ale po prostu rozczarowująca. I jest mi z tego powodu przykro.

PS2. No muszę o tym napisać, po prostu muszę. Jak bardzo sensowne jest to, że dziewczyna rozmawia z księżycem, na głos, przy otwartym oknie analizując swoją trudną i skomplikowaną sytuację uczuciową, kiedy jedna z osób, która tę sytuację spowodowała mieszka w sąsiednim domu oddalonym o metr, okno w okno? No właśnie.

M.