Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2015

Zbrodnia w Kurniku: „Szurmo” Jean-Claude Izzo


żródło: empik.com


Kiedy młody Guito uciekł z domu, aby spotkać się potajemnie z pochodzącą z arabskiej rodziny Naimą, nie wiedział jak dramatycznie skończy się ich pierwsza wspólna noc.

Fabio Montale, ekspolicjant, zostaje poproszony przez swoją dawno niewidzianą kuzynkę o znalezienie jej najmłodszego dziecka, którym jest właśnie Guito. Jedzie do Marsylii sprawdzić jedyny trop jaki ma, czyli rodzinę dziewczyny. Na jego oczach ginie Serge, dawny znajomy z którym często współpracował w trakcie pracy w policji. Okazuje się, że dwie niby wcale nie związane sprawy łączy mroczna sieć kłamstw, dilerów narkotykowych i gangów, które rządzą Marsylią, w której rozgrywa się akcja. Fabio znów zanurzy się w bezlitosny półświatek, w którym dobrze pamiętano dawnego komisarza, a jego prywatne śledztwo zamieni się w osobistą wendettę. Montale, pomimo tego, że jest ekspolicjantem ma wielu znajomych wśród półświatka. Nie był takim typowym, sztywno przestrzegającym reguł policjantem, ale pomagał wielu takim, którym już nikt nie chciał pomóc. Dzięki temu stał się jednym z „nas”, swoim, należał do szurmo, ponad podziałami i różnicami. Z drugiej strony, byli policjanci  dla których jedynie statystyki się liczyły i gangsterzy dla których liczył się jedynie hajs i jak największa strefa wpływów. 

Montale, miłośnik lokalnej kuchni, pięknych kobiet oraz Marsylii, jest jakby żywcem wyjęty z klasycznego kryminału w stylu noir. Już nie warto wspominać o takich oczywistościach jak nieudane życie uczuciowe, słabość do pięknych, ale niebezpiecznych kobiet z tajemnicą i popijanie trunków o wszelkich możliwych godzinach w ilościach, które dawno już powinny sprawić, że zwaliłby się do swojego kawalerskiego wyra nieprzytomny. Jest on również źródłem mnóstwa powiedzonek i takich mrocznych prawd życiowych, którymi sypie jak z rękawa (np. „Śmierć mnie nie opuszcza, uczepiła się jak jakieś gówno, w które musiałem kiedyś wdepnąć” lub  „A ja byłem jak Marsylia. Stałem się nikim albo prawie nikim. Minus złudzenia, plus uśmiech, jakoś tak).  Dodatkowo Marsylia, która znana jest raczej ze słoneczno-rozrywkowych obrazków,  przedstawiona jest w sposób niepokojący jako miasto przeżarte korupcją, zepsuciem i degeneracją zarówno fizyczną jak i moralną.

- To dlatego, że jesteśmy dziećmi wygnania.
-Marsylia tez jest częścią wygnania. To miasto nigdy nie będzie czymś innym, to ostatni przystanek, ostatni port. Jego przyszłość należy do tych, którzy tu przyjeżdżają. Nie do tych, co wyjeżdżają.
- A co powiesz o tych, którzy zostają?
- Tacy sami jak ci, co na morzu. Nigdy nie wiadomo, czy są żywi, czy umarli.
Jak my, pomyślałem, dopijając kieliszek.

Zresztą Marsylia powinna być traktowana jako pełnoprawny współbohater tej powieści, bo to atmosfera tego właśnie miasta wpływa na umysły i zachowania jej mieszkańców. Zaludniona imigrantami, „mieszańcami”, którzy przez mieszkańców południowej Francji są określani jednym pogardliwym określeniem Mau-Mau zawierającym w sobie zarówno Arabów, jak i  Cyganów oraz Włochów urodzonych na południe od Rzymu. Miasto to jest targane wewnętrznymi konfliktami na tle narodowościowo-religijnym, które rodzą się na styku kultury arabskiej z europejską.

Wiele miejsca zabierają przemyślenia  byłego policjanta. Jego podejście do życia mimo tego, że on sam twierdzi, że już jest z nim pogodzony, jest zabarwione negatywnie. Częste powtórzenia dotyczące szumnej młodości, w której często łamał on prawo wybierając łatwe życie wraz ze swoim przyjaciółmi, przypomnienia nieudanych związków z kobietami, opisy upadku dawnych przyjaciół oraz poczucie pustki w obecnym życiu, które nie ma celu,  pomimo pozornego spokoju i zadowolenia dodawałoby fajnego mrocznego smaczku, gdyby nie to, że te powtórzenia były jedna zbyt liczne i przez to lekko nużące. Często nie łączyły się z opisywanym śledztwem i dodatkowo spowalniały akcję.

Jak na taką krótką powieść wypełniona jest ona wieloma wątkami.  Nie jest to typowy kryminał, ale raczej powieść o zabarwieniu noir z wątkiem kryminalnym. Zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, bo akcja przyśpieszyła znienacka. Wpisało się ono jednak w styl kryminału noir, w którym to główny bohater, cyniczny i przegrany dokańcza sprawy z racji obowiązku i silnego poczucia moralności. 

Jest to świetna powieść. Ma swoje wady takie jak przerysowana sylwetka głównego bohatera, jego ciągłe wynurzenia i trochę zbyt monotonnie jednostronny opis Marsylii jako miasta przemocy i zepsucia. Jednak z ciekawością dowiedziałam się o „ciemnej stronie” Marsylii, a wiedza, która z tej książki wyniosłam przeraziła mnie. Ja wiem, może ja jestem naiwna i życia nie znam, bo pewnie tak już jest w dzisiejszych czasach, że nowoczesnymi miastami rządzi mafia, która zazwyczaj zajmuje się narkotykami, ale i tak aż tak dobitne uświadomienie sobie tej prawdy przeraża. Z drugiej strony, Marsylia jest miastem imigrantów, ludzi, Francuzów, wśród których przodków znajdziemy więcej przyjezdnych z Afryki czy Azji niż Europejczyków. Ta wybuchowa mieszanka pozostawała we względnym spokoju dopóki nie wmieszała się w nią religijność fanatyków muzułmanizmu, których ekstremistyczne poglądy nawet wśród innych Muzułmanów wywołują  krytykę. Dramaty rozgrywające się na ulicach i w domach Marsylii nie są jedynie typowe dla tamtego regionu, ale dla wszystkich miejsc, gdzie społeczność jest niejednolita pod względem pochodzenia, kultury czy religii. Nie chodzi mi to o tą „tradycyjną” nienawiść białego człowieka do Araba, ale o dramaty, które rozgrywają się w arabskich rodzinach, w których część chce żyć po „europejsku” ubierając np. krótkie spódnice czy słuchając nowoczesnej muzyki, a inni zaczynają fanatycznie przestrzegać Koranu rozumiejąc go w drastyczny i ekstremalny sposób. 

Powieść, która dostarczyła mi może nie przyjemności, ale wielu ciekawych informacji, lekko mną wstrząsając. Mroczna pomimo pełnego słońca Marsylia, w której lepka atmosfera osiada na skórze i przyciąga ku ziemi, w której obcy nie zapuszcza się w nieznane sobie blokowiska, a idee dobra i zła rozmywają się w szarościach, zostawiła głęboki ślad w moich myślach. 

„Szurmo” to druga część tzw. trylogii marsylskiej i z chęcią sięgnę po resztę tomów, jeśli tylko będę miała na to okazję.

Polecam wszystkim uprzedzonym do kultury arabskiej, chętnym na wycieczkę do Marsylii, jak i miłośnikom kuchni śródziemnomorskiej.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

czwartek, 5 marca 2015

‘Plum Lucky’ Janet Evanovich




17 marca jest Dniem Świętego Patryka, w którym każdy jest Irlandczykiem, jak głosi porzekadło. Króluje kolor zielony, koniczynki, po ulicach biegają leprekauny, a na końcu tęczy znajduje się garczek ze złotem. Albo jak w przypadku babci Mazurowej, znajduje się dużą torbę wypchaną dolarami. Zresztą zielonymi. A tej torby poszukuje mały człowieczek w zielonych gaciach, który uważa się za leprekauna. A, no i na dodatek rozmawia on za pomocą telepatii ze zwierzętami. Szczególną więź nawiązał zaś z pewnym eks-wyścigowym koniem, którego smutny koniec został przypieczętowany jego raną na nodze. Ale, ale… wróćmy do babci Mazurowej. Krzepka staruszka nie namyślając się za dużo wzięła kasę, kupiła sobie kemping i wynajęła ochroniarza oraz kierowcę (też niewielkich rozmiarów) i uderzyła do kasyna. Jej szczęśliwe pieniądze okazały się jednak niezbyt szczęśliwe, bo po całym ranku spędzonym na graniu na maszynach wygrała aż całe… dwanaście dolarów. 

Główna bohaterka, Stephanie Plum, która zawodowo wyszukuje osoby poszukiwane przez list gończy, teraz zostaje poproszona przez matkę o doprowadzenie niezależnej staruszki do domu. Niestety, nie wszystko układa się po myśli Stephanie. Kasa znaleziona przez babcię okazuje się kasą buchniętą lokalnemu mafioso, który nie dość, że przetrzymuje jako zakładnika wspomnianego konia, ale i uprowadza babcię (która okazuje się prawdziwym pain in the  ass).

Dobrze, że do Stephanie dołącza tajemniczy Diesel, bo teraz jej zadaniem jest nie tylko odbicie babci,  skombinowanie brakującej kasy (babcia poszalała w kasynie), ale i uratowanie konia o imieniu Doug.

To moje pierwsze spotkanie ze Stephanie Plum i było bardzo udane. Książkę niewielkich co prawda rozmiarów, ale zawsze, połknęłam w pół dnia z przerwą na wizytę w Tesco.  Akcja płynie wartko, nieprzewidziane zwroty w fabule sprawiają, że wszystko coraz bardziej się zakręca, a barwna gama postaci dodaje jedynie smaku historii. Ba, smaku, pieprzu raczej! No bo, jak inaczej napisać o Lulu, eks-prostytutce pracujące obecnie ze Stephanie, która wbita w spandexy uważa się za supermodelkę na progu kariery? No bo co napisać o Dieslu pojawiającym się nie wiadomo skąd, zabójczo pociągającym, przystojnym i uroczo nieporządnym? A babcia Mazur to już w ogóle wisienka na torcie. Rozumiem jej chęć do ruszenia w drogę, bo u mnie w rodzinie kobiety w wieku dojrzałym i dojrzalszym żyją na całego (babcia-ciocia, już po siedemdziesiątce, jak ma dosyć swojej rodziny to również rusza w drogę, a na gigancie może być i ze dwa tygodnie). 

Mimo nagromadzenia dramatycznych i ekstremalnych wydarzeń książkę czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. Jest to niewymagająca lektura, wypełniona humorem i ironią, która dostarczyła mi takiej porcji rozrywki jak dawno żadna inna. Chichrałam po nosem i z wypiekami na twarzy czekałam co tam się jeszcze wydarzy w życiu Stephanie. A trzeba wiedzieć, że jak na dwa dni opisane w ‘Plum Lucky’ to dzieje się bardzo wiele – odszukanie babci i jej porwanie przez mafiosa, który wygląda jak ropucha i, który traci rozum; Lulu, która nie dość, że w wyniku przypadkowego spotkania rozpoczyna karierę fotomodelki to na dodatek strzela z wyrzutni rakietowej (niecelnie); Stephanie, u której w mieszkaniu na piętrze tymczasowo pomieszkuje koń; leprekaun zwany również Snuggym, który lata na golasa po myjni samochodowej uznając, że będąc istotą magiczną nikt go nie widzi, a to nie jest jeszcze wszystko. Jeśli obiektywnie się pomyśli o tych wszystkich rzeczach spotykających opisane postaci wydaje się to całkowicie nieprawdopodobne, ale w czasie lektury wszystko jest tak gładko opisane, że nic mnie nie dziwiło, ale wszystko się podobało.

Na pewno sięgnę po resztę książek z serii o niezrównanej Stephanie Plum i jej znajomych.

Polecam wszystkim, którzy wierzą w leprekauny, irlandzkie szczęście, telepatię między zwierzętami a ludźmi oraz tym, którzy chcą się dowiedzieć jak może się skończyć nadużywanie leku na wysypkę (folia spożywcza!).

Pozdrawiam,
Kura Mania.

wtorek, 3 marca 2015

„Mózg Kennedy’ego” Henning Mankell



Jak dobrze znasz osobę z którą mieszkasz? Jak dobrze znasz osobę, która jest członkiem Twojej najbliższej rodziny? Twoim dzieckiem, partnerem, rodzicem? Czasem wydaje się nam, że nic nowego nie można się o takiej osobie dowiedzieć, że znasz ją od podszewki. Albo przyjmujesz, że nic ciekawego taka osoba nie może ukrywać.

Kiedy Louise Cantor, archeolożka po pięćdziesiątce prowadząca wykopaliska w Grecji, wpada po konferencji, w której brała udział, z wizytą do swojego syna przeżywa szok. Znajduje go martwego, ubranego w piżamę i leżącego w łóżku w swoim mieszkaniu w Sztokholmie. Raport policyjny stwierdził śmierć w skutek przedawkowania środków nasennych. Louise jednak nie wierzy, że jej syn byłby zdolny popełnić samobójstwo. Pierwszym elementem, który jej nie pasuje jest to, że Henryk położył się do łóżka w piżamie, a Louise wiedziała, że zawsze spał nago. Drugim był fakt, że nigdzie nie znalazła jego laptopa. Kolejną rzeczą było zaginięcie kołdry młodego mężczyzny, której nie zabrała ani policja ani Louise. 

Te trzy rzeczy nie dają spokoju pani archeolog. Kiedy zaczyna szukać wskazówek, które mogłyby wyjaśnić jej śmierć syna, znajduje najbardziej zadziwiające rzeczy. Masę artykułów o tytułowym mózgu Kennedy’ego, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. Notatki kobiet chorych na AIDS. Powoli odkrywa całkiem obcy dla niej świat, w którym żył jej syn. Jego mieszkanie w Barcelonie z komputerem, w którym znajdował się plik z budżetem, z którego wynikało, że był bardzo bogatym człowiekiem. Kolejne kobiety, które odgrywały ważną rolę w jego życiu. Trop prowadzący do jednej z nich sprawi, że zrozpaczona matka poleci do Afryki, a tam zobaczy rzeczy, które pozwolą jej troche zrozumieć pod jaką presją i w jakim stresie żył Henryk. Pozna przemoc i bezwzględność jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyła. W czasie swojej wędrówki odnajdzie byłego męża i znów go straci. Uświadomi sobie jak wiele jeszcze nie wie o życiu mimo swoich pięćdziesięciu lat. 

Powieść Mankella czekała w kolejce do przeczytania bardzo długo. Jednak tak jak w przypadku „Włoskich butów” okazała się świetną lekturą. Na początku czytania wydawało mi się, że będzie to raczej historia walki z rozpaczą i traumą żałoby. Kolejne strony pokazały mi jak bardzo się myliłam.

Najważniejszą częśćią powieści jest pobyt Louise w Afryce. Odurzona tragedią, która ją dotknęła kobieta zanurza się w przeszłości syna poznając kolejne osoby, które odegrały w jego życiu ważną rolę. Walczy z własnym otępieniem, afrykańskim ukropem i zderza się z całkowicie jej obcą mentalnością zarówno rdzennych Afrykańczyków jak i białych mieszkających na Czarnym Lądzie. Poznaje Lucindę, byłą prostytutkę, teraz barmankę, dziewczynę Henryka, która pomaga jej zrozumieć czym zajmował się młody Szwed.  Poznaje również krajana, Larsa Hakanssona, pracującego dla rządu, którego cynizm napawa ją obrzydzeniem i niepokojem. Co najważniejsze poznaje misję dla chorych, w której pracował Henryk założoną przez amerykańskiego bogacza, który poświęcił życie na pomaganiu ludziom zakażonym AIDS. To co na pierwszy rzut oka wydaje się szlachetną dobroczynnością tak naprawdę skrywa odrażające dno. Piekło, którego jedynie przebłysk widzi Louise jest wypełnione cierpieniem i okrucieństwem nie do wyobrażenia. 

AIDS. Straszna choroba, na którą chorowały kiedyś jedynie małpy. Teraz wiele ludzi umiera z jej powodu. Badania nad wynalezieniem leku na AIDS pochłaniają wielkie środki i masę czasu. Szlachetna misja ma jednak swoją brudną stronę, za która stoi jak zwykle pieniądz. Do powszechnej świadomości przedostają się strzępki informacji o ośrodkach, w których prowadzi się badania nad lekiem na AIDS na ludziach. I to niekoniecznie na  tych już zarażonych. Czy prawdą jest to, że biali ludzi przekupują całe wioski wizją dostatniego życia tylko po to, żeby uzyskać gromadę ochotników, których zarażają zmodyfikowanymi wirusami po to, aby na nich eksperymentować z lekami niedopuszczonymi do ogólnego użytku? 

To powieść o ludzkiej ignorancji. Dowiadujemy się o rzeczach, o których nie chcemy wiedzieć, bo są zbyt niewygodne. Dowiadujemy się o strasznych, niewyobrażalnych rzeczach o których tak naprawdę już wiemy, ale wypieramy z myśli skoncentrowanych na codzienności z jej zabieganiem i problemami. Zresztą co nas obchodzą jacyś chorzy Afrykanie tysiące kilometrów stąd żyjących na kontynencie, którzy sami sobie doprowadzili do upadku? 

Jednocześnie jest to opowieść o zdeterminowanej kobiecie, która nie spocznie dopóki nie dotrze do prawdy. Pomimo tego, że wie, że jej dociekliwość pociągnęła już za sobą kilka śmierci, a może i będzie niebezpieczna również dla niej. I to już nie chodzi o osobistą wendettę na mordercach jej syna, ale o ujawnienie prawdy, odkrycie spisku i pokazanie go światu w całej jego ohydnej szpetocie. 

Jest również po części historia żałoby Louise. Poszczególnych jej etapów, momentów kiedy jednak widzi nadzieję na normalne życie, po to, aby chwilę później regres przyniósł dni, w których nie chce się jej wychodzić spod kołdry. To historia jej samotności. Jest rozwiedziona, a traci nawet eks-męża. Jest matką, ale nie ma już dziecka. Zostaje jej jedynie stary ojciec – rzeźbiarz mieszkający w skandynawskiej głuszy. Jej rodzina będzie już tylko maleć, aż zniknie z powierzchni ziemi.

Świetna historia, wstrząsająca i brutalna, ale jednak momentami ocierająca się o poetyczność. Jedynie pozornie skomplikowana, zarysowująca problemy, których doświadcza Afryka, ale i takie, które mogą dotknąć każdego z nas. Czy zechcesz uwierzyć w to co autor opisuje w „Mózgu Kennedy’ego” czy nie to już Twoja sprawa. Warto jednak ją przeczytać, nawet jeśli nie interesuje Cię tematyka dotycząca Afryki i jej problemów. Jej główna bohaterka, jak i postaci, których spotyka sprawiają, że jest ona zdecydowanie lekturą wartą przeczytania i docenienia.

„Mózg Kennedy’ego” na pewno zostanie mi w pamięci na długi czas. Szczególnie wraca do mnie fragment mówiący o tym, że jeśli już świat interesuje się Afryką to tylko w kontekście tego jak umierają jej mieszkańcy. Nikogo nie interesuje jak oni żyją, tak zwyczajnie, na co dzień.
 
Polecam tym, którzy interesują się tematyka afrykańską, literaturą medyczno-obyczajową oraz wszystkim kobietom, które poszukują zdeterminowanej w swojej walce bohaterki.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY, ale się nie wyrobiłam. Okazało się jednak, że udało mi się wpasować w jedno z haseł Klucznika 2015.

środa, 25 lutego 2015

‘Candy’ Kevin Brooks


Był sobie chłopak. Zwykły chłopak w czapce w gwiazdy, który grał na gitarze.

Była też dziewczyna. Piękna, ale skrywająca w sobie piekło. 

Spotkali się przypadkiem na jednym z londyńskich dworców. Poszli coś zjeść do MacDonalda. Przyszedł „znajomy” dziewczyny i wystraszył chłopaka na śmierć i sprawił, że dziewczyna sama wyglądała jak zjawa.

I tyle.

Niestety, chłopak już od pierwszego na dziewczynę spojrzenia był stracony. Każdy jej uśmiech, każdy dotyk jej palców na jego skórze i każde na nią spojrzenie pogrążało go coraz bardziej. Fajnie by było powiedzieć, że pogrążało go coraz bardziej w miłości, fascynacji, namiętności. Jednak, tak prawdę mówiąc, chłopak pogrążał się coraz bardziej w gównie. W szambie londyńskiego półświatka, gdzie zaprowadziła go fascynacja dziewczyną. W szambie, którego smród przykleił się do niego tak bardzo, że nawet jego rodzina była zagrożona.

On miał na imię Joe.

Ona nazywała się Candy.

Książkę kupiłam przez pomyłkę. Chodziło mi o inną powieść o takim samym tytule, ale jak już kupiłam  to tak czekała na mnie na „czarny” miesiąc (Gra w kolory). Początkowo byłam lekko znudzona. Nie czytam książek o nastoletnich miłościach. Po kilkunastu stronach byłam zaintrygowana przeczuwając najgorsze. W połowie zapomniałam o wszystkim i czytałam z rosnącym napięciem. 

Nie jest to książka o nastoletnim zauroczeniu, ale na pewno jest o pierwszej miłości Joego do dziewczyny, która jest zupełnie nieodpowiednia. Jest to miłość pełna obsesji, trochę szalona, na przekór wszystkiemu. Jednocześnie opowiada o uczuciu, które nie żąda odwzajemnienia, które pełne czułości nie szuka fizycznego kontaktu. Uczucie wszechogarniające, które dominuje nad życiem Joego, bo od momentu poznania Candy tylko ona się liczy. 

Tylko, że Joe jest porządnym facetem. Nie chce wykorzystać Candy tak jak wykorzystywali ją wszyscy faceci, którzy pojawili się w jej życiu przez ostatnie kilka lat. On jedynie chce tego co najlepsze dla niej, jednocześnie szanując ją sama i jej zdanie. Kiedy musi wybrać między nią a siostrą (a uwierzcie mi, że nie jest to żadna metafora) robi to co słuszne i wybiera starszą siostrę Ginę. Czy oznacza to, że zrezygnował ze swojej miłości? Nie, ale został postawiony w sytuacji, w której nie można było zachować się inaczej. 

A Candy? Jej historia mogłaby być historia każdej dziewczyny. Nie ważne czy ładnej czy brzydkiej, ale każdej, która szuka akceptacji i przez to staje się łatwą ofiarą zdolnego manipulatora. Wiem jak łatwo z tego uczucia euforii i poczucia kontroli można spaść na samo dno. Nie z własnego doświadczenia, ale znałam takie właśnie dziewczyny. Takie, które już upadły i nie mają siły na powstanie, ani nadziei na inne jutro. Takie, które już nawet nie zastanawiają się nad tym jak żyją.

Spotkałam nawet takiego człowieka jak Iggy, "znajomy" Candy. Z czarną pustką w oczach. Takiego, który samą swoją obecnością sprawia, że w panice nie możesz oddychać. 

Nie ma w tej powieści nadziei na dobrą przyszłość. Nie ma w niej za dużo radości, a ta, która jest jest zabarwiona lękiem. Są wykradzione chwile szczęścia. Takie malutkie, króciutkie, ale wiele znaczące. Jest wiele uczuć, niezrozumiałych, szalejących, przeciwstawnych. Momentami mierziło mnie to, bo ta książka pomimo tak mrocznej historii, którą opowiada, jest świetnym opisem uczuć nastolatka. Aż za świetnym momentami, bo ja nie lubię wracać do tego okresu. 

Pomimo mroku, strachu i niebezpieczeństwa, którym wypełniona jest powieść jest to historia o miłości. O miłości, w której początku zawiera się jej koniec. O miłości, która walczy o przetrwanie pomimo wszelkich przeciwieństw. O miłości, która tak naiwna i niewinna, nie miała szans na przetrwanie. A mimo to, Joe dalej kocha Candy. 

Jest to też opowieść o stosunkach rodzinnych. O nieobecnej matce, która nie chce mieć już dłużej nic wspólnego ze swoimi dziećmi. O ojcu, który robi to co uważa za słuszne, ale oddziela się murem od swoich dzieci. O rodzeństwie, które nie obwinia rodziców za nic wspierając się w ciężkich chwilach. 

Polecam wszystkim nie przekonanym do książek o młodzieży oraz tym, którzy na przekór wszystkiemu wierzą, że miłość zwycięża wszystko.

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY (czarny) i KLUCZNIK 2015 (love story).