Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 sierpnia 2015

„Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953” Elizabeth Winder




Sylvia Plath spędziła miesiąc latem 1953 roku w nowojorskiej redakcji magazynu „Mademoiselle”. Magazyn ten skierowany był do młodych kobiet z zacięciem inteligenckim, które jednocześnie miały emanować przyzwoitością i seksapilem. Myślicie, że to się kłóci się sobą? Hej, to lata pięćdziesiąte, kiedy kobiety miały talię jak osy, nosiły szpiczaste staniki i białe rękawiczki, a usta malowały na czerwono. Kiedy idealny wygląd współgrał z „niezależnością”, czyli licznymi wyjściami z młodymi mężczyznami na drinka czy do restauracji, kiedy to powstał nowy model dziewczyny z miasta, dzielącej mieszkanie lub pokój ze swoimi koleżankami, pracującej i obytej. Jednocześnie, kobieta musiała być inteligentna i świetnie wyglądająca, świeża i na obcasach od rana, naturalna i z idealnym makijażem i fryzurą, której wygląd łączył się ze spaniem na siedząco lub na wałku. 

Kandydatek na staż w „Mademoiselle” było setki, ale przyjętych mogła być tylko dwadzieścia.  Nie tylko pomagały w prowadzeniu magazynu i uczyły się możliwego przyszłego zawodu, ale i nagle dostawały wgląd do nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, poznawały zupełnie inne, miejskie i światowe, życie, chodziły na eleganckie tańce, kolacje, wyjścia do teatru i poznawały nowych, interesujących ludzi.

Dla Sylvii Plath, wtedy dwudziestoletniej, staż w „Mademoiselle” była jak dar od lasu. Po bardzo udanej wiośnie na collegu Smitha, która wypełniona była rozlicznymi sukcesami literackimi i naukowymi, oczekiwała wyjazdu do Nowego Jorku jak małe dziecko pierwszej gwiazdki w Wigilię. Pobyt w metropolii jawił się jej jako szansa na nową siebie, bardziej obytą, bardziej doświadczoną, brylującą w nowojorskiej elicie towarzyskiej. Dlaczego miało by być inaczej? Przecież zawsze prowadziła ona udane życie towarzyskie, otoczona przez chmurę adoratorów, bawiąca się na rozlicznych tańcach, pijąca drinki z coraz to nowymi osobami. Sylvia była głodna doświadczeń, kolekcjonowała je jak rzadkie monety, a Nowy Jork miał dostarczyć jej multum nowych przeżyć, wzbogacając ją jako osobę i jako pisarkę.

Zupełnie nie była przygotowana na to co wydarzyło się na stażu w ‘Mademoiselle”. Ciężka praca, niewdzięczna i męcząca, do której nie była wcale przygotowana. Trafiła do działu literackiego, ale najlepiej sprawdziłaby się w tym poświęconym modzie, bo Sylvia, jak nader często podkreśla to autorka książki, kochała piękne i modne stroje, makijaże i bywanie. Z hermetycznego środowiska naukowego wpadła prosto w wir wyrafinowanego życia. Sukcesy, zarówno towarzyskie, jak i te związane z jej pisarstwem, które odnosiła w Smith nie przekładały się na sukcesy nowojorskie. Pełna wiary w siebie i w swoje możliwości, z nienasyconym pragnieniem zdobywania kolejnych doświadczeń, równocześnie pełna entuzjazmu, ale i dosyć sztywna, zderzyła się z zimnym wyrachowaniem bezlitosnych elit nowojorskich. Nawet nie tyle elit, ale sposobu życia w tym wielkim mieście. 

Staż w „Mademoiselle” bardzo podkopał poczucie pewności siebie Sylvii. Nagle okazało się, że wszelkie nadzieje, które wiązała z pobytem w Nowym Jorku legły w gruzach. Nie okazała się gwiazdą stażu, nie poznała głębokiego rytmu wielkiego miasta. Lepiej czuła się z butelką piwa na wydmach, opalając się ile dusza zapragnie (w każdy wolny weekend w czasie pobyty stażystek w Nowym Jorku padało i nie było okazji na wycieczki. Za to w dni pracujące żar lał się z nieba).

Elizabeth Winder to właśnie pobyt w Nowym Jorku obarcza winą za próbę samobójczą Sylvii Plath. Tak jakby coś w niej pękło. Na ile to prawda nie wiadomo. Wiadomo jednak, że to właśnie niedługo po stażu Sylvia targnęła się na swoje życie, a powróciwszy z Nowego Jorku była nieswoja. Czy zrobiłaby to samo, gdyby nie pojechała do Nowego Jorku? Tego się nigdy nie dowiemy.

Autorka podzieliła książkę na poszczególne tygodnie i dnie opisując dosyć szczegółowo czynności Sylvii i przeplatając je wypowiedziami innych dziewczyn ze stażu, anegdotami dotyczącymi ich życia w wielkim hotelu Barbizon oraz wstawkami o ówczesnej modzie, kosmetykach i ogólnej kulturze. Szczególnie pomocne są te ostatnie informacje, dzięki którym łatwiej jest zrozumieć sprzeczne zachowanie Sylvii (jej żywiołowość i sztywność) oraz nacisk jaki na kobietę wywoływało społeczeństwo (niewinny seksapil, tona lakieru na włosach i białe bawełniane rękawiczki oraz pończochy nawet w najgorętszy dzień lata) i rolę jaką ma ona w nim pełnić.

Książka wypełniona jest przeróżnymi ciekawostkami, cytatami z dzieł zarówno Sylvii jak i innych dzieł czy to literackich czy filmowych. Krótkie podrozdziały sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko i pomimo ciążącego na niej niczym cień samobójstwa Sylvii jest to pozycja lekka. 

Pomimo tego, że skupia się oczywiście na pobycie Sylvii w Nowym Jorku,  również krótko przypomina jej wcześniejsze życie oraz wybiega naprzód opisując jej próbę samobójczą, późniejszą rekonwalescencję oraz powrót do normalnego, studenckiego życia zahaczając o samobójstwo kończące jej życie.

Wspomniany jest oczywiście „Szklany klosz” inspirowany stażem w „Mademoiselle”, ale nie poświęcono miejsca na jej inne dzieła. Ta pozycja pokazuje nam Sylvię jako dziewczynę z jej bardzo dziewczyńskimi potrzebami i marzeniami. Ubrania, kosmetyki, mili chłopcy, tańce i drinki. Wszystko to co daje tyle przyjemności w życiu. Widać, że autorka bardzo chciała pokazać Sylvię właśnie z tej, "normalnej", strony.

Bardzo mi się podobała ta pozycja, ale ja kocham Sylvię Plath, więc wszystko połknę co jej dotyczy. Moc ciekawostek, kilka zdjęć, szczegółowe opisy jej wyjść przybliżają nam sylwetkę dziewczyny pełnej ambicji i radości, czyli osoby z która bardzo często nie jest zupełnie kojarzona. Dla mnie Sylvia Plath to kwiecień (jej ukochany miesiąc), plastyczne opisy oraz moje studenckie lata i ta chęć, by poznawać, doświadczać, bez końca.

Polecam wszystkim fanom Sylvii Plath, tym, którzy kojarzą tę pisarkę jako mroczna i ponurą samobójczynię oraz wszelkim zainteresowanym latami pięćdziesiątymi w Ameryce.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

sobota, 25 lipca 2015

Kurczę czytane: ‘Mr. Big’ Ed Vere + KONKURS!!!





Pan Big jest… duży. I to tak duży, że inni na sam jego widok uciekają. Tzn. niespodziewanie mają do załatwienia bardzo ważne sprawy, o których zupełnie zapomnieli i, które wymagają bardzo szybko oddalenia się od miejsca, w którym aktualnie znajduje się pan Big. No, bo przyznaj sam – nie uciekłbyś przed wielkim, czarnym gorylem z pesymistycznym wyrazem twarzy? No właśnie. I nikt, ale to zupełnie nikt, nie wiem, że tak naprawdę to pan Big czuję się bardo, bardzo mały i bardzo, ale to bardzo samotny.

Kiedy na wystawie sklepu widzi równie samotne jak i on pianino bez namysłu bierze je do domu. A tam siedząc przy instrumencie przelewa cały swój smutek i osamotnienie w muzykę, która dociera do wszystkich mieszkańców miasta przez uchylone okno. Nikt nie wie jednak kim jest tajemniczy muzyk. 

Pewnego dnia pan Big dostaje list z zaproszeniem do wspólne zagrania w jednych z klubów i to właśnie spotkanie odmieni całe jego życie. Wreszcie wszyscy poznali się na panu Bigu i odkryli, że oprócz przerażającego wyglądu ma wrażliwą naturę.

Pierwszy raz z ta prześwietną książeczką spotkałyśmy się na jednej z play group w pobliskim kościele na która regularnie chodzimy. Historia pana goryla bardzo mnie zauroczyła za to Mimi zupełnie nie zwróciła na nią uwagi w panującym zamieszaniu. Kiedy tylko trafiłam na dwa egzemplarze ‘Mr. Big’ w charity shopie nie mogłam uwierzyć własnemu szczęściu! Od razu wzięłam!

Dlaczego to jest tak świetna historia. To proste – po pierwsze pokazuje, że nie można osądzać nikogo po jego wyglądzie i warto poznać człowieka/istotę bliżej, żeby wyrobić sobie o nim zdanie. Po za tym, pokazuje jak można wyrazić przepełniające duszę uczucia, np. w formie muzyki. Twoje zainteresowania lub hobby mogą sprawić, że nawiążesz nić przyjaźni z innymi.

Co więcej, jest to historia bardzo cool. Smaczki, które autor umieścił na kolorowych kartach książki bardziej mnie cieszą niż Mimi, bo jest ona jeszcze zbyt mała by je zrozumieć. No, ale jak tu nie uśmiechnąć się przy przeczytaniu dymka z tekstami typu ‘Groovy baby’, czy ‘Hot maan’. 

Oprócz tego bohaterowie to zwierzęta (kolejny plus jeśli chodzi o Mimi), historia bardzo prosta i zrozumiała dla każdego, a ilustracje fantastyczne. Nie dość, ze w żywych barwach, charakterystycznie narysowane to jeszcze z idealnie wyważoną ilością detali, bardzo przejrzyste.

Często wracamy do tej historii. No bo przecież nie ma to jak dobry happy end unurzany w jazzowym sosie!

Pozdrawiamy,                                                                                                                    
Mała Mimi i Kura Mania.


KONKURS
 
Niespodzianki!
Z racji tego, że w nasze łapki wpadły dwa egzemplarze tej książki zapraszam na konkurs! Do wygrania jest książka ‘Mr. Big’ Eda Vere’a + pięć niespodzianek!
(Coś o zakupach i o smokach, o byciu szczęśliwym i o czarownicy w zamku, jak i jedna bardzo mało skromna pozycja). Wszystkie książki są anglojęzyczne, ale nieskomplikowane, przeznaczone dla dzieci od roku wzwyż. Książki są używane, ale w stanie bardzo dobrym.

Co trzeba zrobić, żeby wygrać ten zestaw? 





Wystarczy odpowiedzieć na pytanie – jakiego koloru jest muzyka?

 
Pytanie wymyśliła mała Mimi, a odpowiedzi, których ja jej udzielam są niesatysfakcjonujące. Odpowiedzi proszę zamieszczać pod tym postem.

Na odpowiedzi czekamy do 30 lipca 2015 roku do północy. 31 lipca nastąpi losowanie i ogłoszenie wyników.

Zapraszamy!


Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania GRA W KOLORY.
M.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Reporterskim pazurem: „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” Charles LeDuff




Miasto, w którym podobno nawet 40% domów jest nie zamieszkanych. Miasto, w którym fajniej jest podpalić pusty dom niż iść do kina, bo taniej, no i kin to w sumie nie ma. Miasto, w którym zmarli czekają długie miesiące na pochówek, a jeśli mają szczęście to ich prochy rodzina trzyma w bieliźniarce w łazience. Miasto, w którym Twoje dziecko może zostać zastrzelone w sklepie za to, że spojrzało na nie właściwego człowieka. Miasto, w którym biały pył zabiera w podróż coraz młodszych ludzi, a prostytucja jest na porządku dziennym. Miasto, w którym przedstawiciele władzy kradną grube miliony, wydając je na wille, podróże i inne przyjemności. Miasto, w którym wydaje się setki tysięcy na polepszenie warunków w remizach i komisariatach, które nawet nie istnieją, kiedy te prawdziwe nie mają pieniędzy na system alarmowy czy drzwi z moskitierą za dwadzieścia dolców. Miasto, w którym uczniowie proszeni są o przynoszenie własnego papieru toaletowego do szkół. 

Czy to miasto położone gdzieś w krajach Trzeciego Świata? Czy to miasto w afrykańskich państwach rządzonych przez bezwzględnych imperatorów? Czy to miasto, które dotknęła krwawa wojna, podnoszące się ociężale z gruzów?

Nie, to miasto najwspanialszego państwa świata. Państwa, w którym kariera od pucybuta do milionera jest na wyciągnięcie ręki. Państwa, którego obywatele rozbijają się wielkimi samochodami. Państwa, w którym wszystko jest naj – największe samochody, największe miasta, najlepsze posady, najpiękniejsze domy, najbielszy uśmiech.

To Detroit w Michigan. Miasto, które było kiedyś przykładem jak przemysł, w tym przypadku samochodowy, potrafi z małego, traperskiego miasteczka stworzyć potęgę z niespotykanym gdzie indziej systemem opieki społecznej. Miało to być miejsce dla każdego, opiekuńcze, z pracą w fabryce od ręki. I nikt na fali euforii towarzyszącej rozwojowi miasta nie zauważył, że jego rozkład zaczął się już w latach pięćdziesiątych, kiedy to wielka fabryka samochodów Packarda ogłosiła upadłość. Nawiasem mówiąc jej budynki stoją niezburzone do dzisiaj będąc siedliskiem bezdomnych, narkomanów, padając łupem złomiarzy i częstych podpaleń dla zabawy. 

Zawsze wydawało mi się, że powiedzenie „zastaw się, a postaw się” określa typowo polską postawę do pokazania się jako kogoś lepszego czy bogatszego za wszelką cenę.

Po przeczytaniu książki LeDuffa właśnie to powiedzenie przyszło mi na myśl. Amerykanie brali kredyty na domy, samochody, lepsze życie. Dotyczyło to zarówno przeciętnych obywateli jak i dyrektorów kierujących miliardowymi biznesami. Tylko, że przychodzi taki moment, kiedy zaciągnięte kredyty trzeba zacząć spłacać, a nagle okazuje się, że nie ma z czego, bo kredyt był na złodziejskich zasadach, bo nagłe załamanie rynku pracy spowodowało zwiększone bezrobocie, bo złe gospodarowanie pieniędzmi sprawiło, że dług zrobił się astronomiczny. 

Kryzys. Zwykli obywatele zostają bez pieniędzy, bez pracy, czasem bez domu. Bez nadziei i planów na przyszłość. Nie mogą zwrócić się do władz, bo ich przedstawiciele, skorumpowani, fałszywi, wyprowadzający pieniądze podatników na lewo, nie są zainteresowani biedotą. Zawsze w czasach wojny czy kryzysu są tacy, którzy na nich tracą wszystko i tacy, którzy tak się nażerają, że czasem pękają. A potem zastępują ich kolejni.

LeDuff pokazuje nam w swojej książce wizję postapokaliptyczną, która nie jest jednak wyimaginowanym obrazem dalekiej przyszłości, ale dzieje się tu i teraz. Jego opisy, trafne i bezkompromisowe do bólu, są tak plastyczne, że widzimy opisywane przez niego problemy i zdarzenia, jak byśmy byli ich świadkami. Zgoda, czasem LeDuff się powtarza lub daje się w swoich opisach ponosić używając języka ocierającego się prawie, że o poezję. Zgoda, opisuje jedynie negatywną stronę miasta nie wspominając o tych pozytywnych, pełnych nadziei na lepszą przyszłość, inicjatywach. Ale taki właśnie był zamysł tej książki. Aby wstrząsnąć czytelnikiem, zburzyć jego mglisto-różowy pogląd na stan w jakim znajduje się nie tylko Detroit, ale i cała Ameryka, bo problemy Stanów jakby kondensują się w sytuacji w jakiej znajduje się to miasto. 

Była idealnym wcieleniem najbardziej typowego amerykańskiego polityka obecnych czasów.
Była przekarmionym błaznem, tuczącym się na koszt państwa, od którego chudnącego ciała coraz bardziej odstają żebra.
Jej niemożliwy do nasycenia głód nie był niczym szczególnym.
 (…) Była idealna karykaturą polityka ubraną w strój prawdziwej istoty ludzkiej.
 (o Monice Conyers, radnej miejskiej)

Ta książka złapie Was za jaja i nie puści do samego końca. Ze zgrozą i niedowierzaniem wpadłam zupełnie nieprzygotowana na to co zastanę w reportażu, w opowieść LeDuffa o Detroit. Ze zgrozą, bo odsetek nierozwiązanych przez policję spraw, jak i ilość zabójstw przeraża. Z niedowierzaniem, bo opisy działań skorumpowanych aż do trzewi władz i ich niekompetencja jest tak absurdalna, że aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się naprawdę.

Część z historii w niej opowiedzianych jest jakby żywcem wziętych z kryminałów noir, jak historia zabójstwa Truskaweczki, prostytutki, której zabójstwo podobno było zlecone przez burmistrza, a wykonane przez skorumpowanych policjantów.

Pomimo ciężkiego tematu książkę czyta się błyskawicznie. Nie jest to zestawienie suchych faktów i statystyk, ale wartko płynąca mięsista opowieść o mieście rodzinnym autora, przeplatana jego osobistą historią, rodzinnymi tragediami, odnajdowaniem własnej tożsamości, równie pokręconej jak ta, która należy do Detroit.

Rzadko, kiedy czytam literaturę faktu. Prawie wcale nie czytam już gazet codziennych. Nie mogę, bo opisywane w nich historię zbyt mną wstrząsają pokazując ogrom niesprawiedliwości, niekompetencji, a we mnie rodzi się chęć, żeby się przeciwstawić, żeby coś fundamentalnie zmienić, żeby wstrząsnąć tym światem.  A przynajmniej, żeby dyskutować. No, ale moje poglądy są niepopularne, co nie oznacza, że niesłuszne. Nie mam z kim rozmawiać o odległym Detroit, ale jego problemy zostaną we mnie na zawsze, nie pozwalając zasnąć w te duszne lipcowe noce. Chętnie sięgnę po inne książki LeDuffa o Stanach Zjednoczonych. 

A wiecie, że ostatnimi dwiema pozycjami z literatury faktu były „Polityka karmienia piersią” Gabrielle Palmer oraz „No Logo” Naomi Klein co pokazuje jak rzadko czytam coś z tej dziedziny.

Polecam wszystkim, którzy nie boją się mocnej, brutalnej literatury, którzy uważają, że w Polsce to dopiero źle się dzieje oraz wszystkim tym, którzy żyją marzeniami o American dream.

Pozdrawiam,
Kura Mania.