Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 sierpnia 2015

‘A Night in with Audrey Hepburn’ Lucy Holliday




Co robisz, żeby sie odstresować po ciężkim dniu? Przeglądasz Internety, czytasz książki czy może włączasz ulubiony film, który widziałeś już setki razy, ale zawsze poprawia Ci humor jak filiżanka gorącej herbaty i ciepły koc w deszczowy dzień? Właśnie tą ostatnia opcję wybrała Liberty Lomax, aktorka i miłośniczka starych filmów złotej ery Hollywood, a szczególnie tych, w których grała Audrey Hepburn. A Libby miała naprawdę ciężki dzień, który zapowiadał się całkiem nieźle.

Po raz pierwszy raz od kilku lat miała mieć „mówioną” rólkę (jedno zdanie i to w jakimś paskudnym kostiumie kosmity z brodawkami, ale zawsze), tego dnia wyprowadziła się wreszcie od matki, no i prowadziła niezobowiązującą konwersację z seksowną gwiazdą, czyli Dillonem O’Hara. Jak to się stało, że nagle jej włosy zaczęły się palić, zniszczyła kostium (600 funtów!) i została wyrzucona z planu zostając bez pracy, ale z widmem zapłaty czynszu w niedalekiej przyszłości za swoje nowe mieszkanie? Właśnie, mieszkanie… Nagle okazało się, że mołdawski… ekhm… „biznesmen” Bogdan przedzielił mieszkanie, które jej pokazywał na pół i teraz Libby została z pokojem z mini aneksem kuchennym, ale z całym czynszem! I na dodatek meble jakie sobie wybrała ze składu filmowego zostały zamienione i nagle wylądowała z wielgachną, śmierdzącą mokrym psem kanapą w kwiatowe obicie w brzoskwiniowym kolorze! Nie mówiąc już o tym, że kanapa zajęła praktycznie całe jej mieszkanie! Jedynym remedium na tego skumulowanego pecha jest ukochany film Libby, czyli „Śniadanie u Tiffany’ego”. 

I nagle okazuje się, że Libby już nie jest sama w swoim żałośnie małej kawalerce. Koło niej, na śmierdzącej kanapie, siedzi… Audrey Hepburn we własnej osobie. Z kokiem, w czarnej prostej sukience, ze sznurem pereł i w ciemnych okularach paląc papierosa przez długą fifkę. 

Libby często marzyła o spotkaniu Audrey, ale obecna sytuacja trochę ja przerasta. Ta słynna aktorka  chce udzielając dziewczynie rad odnośnie wyglądu,  życia i mężczyzn, które biorąc pod uwagę fakt, że jest wiek XXI są uroczo staroświeckie (co nie oznacza, że nie przydatne!).  Dodatkowo, bardzo aktywnie działa w Internecie lekko uzależniając się od Nespresso z maszyny do robienia kawy i iPada. 

Pojawienie się Audrey jest jednak dopiero początkiem zawirowań w życiu Libby. Boski Dillon, niezrównoważona siostra, matka jako domorosły psychoterapeuta oraz Olly, najlepszy przyjaciel, i nie widziany całe lata ojciec (plus Audrey będąca jak podejrzewa Libby halucynacją spowodowaną chorobą psychiczną, ewentualnie guzem mózgu) sprawią, że nie tylko główna bohaterka wyjdzie ze strefy komfortu wbijając się w szpilki i małą czarną, ale i będzie zmuszona stawić czoło życiu, pierwszy raz od 29 lat, które nie pytając o nic, wciągnie ją w swój szalony wir.

Po przeczytaniu blurba skrzywiłam się, bo podejrzewałam, że będzie to kolejne czytadło określane jako „babskie”, typowe chick lit niskich lotów i ogólna degrengolada. Okładka jednak urzekła mnie i z westchnieniem wzięłam książkę do domu. I jak zaczęłam czytać wieczorem to skończyłam w nocy!
Świetnie i błyskotliwie napisana skrzy się humorem. Opowiada o kilku dniach z życia Libby w czasie, których życie jakie znała główna bohaterka staje na głowie. Przewrót w jej życiu sprawia, że przez większość książki jest ona wyczerpana wydarzeniami, które wpędzają ją albo w depresją albo w euforię, a pomimo tego, że  często spotykają ją upokorzenia i przykrości to ciągle miałam nadzieję, że jednak ze wszystkiego Libby wyjdzie obronną ręką. 

Dodatkowym smaczkiem jest postać Audrey Hepburn, taka jaką znamy z filmów. Urocza, sympatyczna, dobrze wychowana, z lekkim dystansem, zawsze wyglądająca jak z żurnala. Jej pojawienie się w życiu Libby jest bodźcem do zmian, drogą do poznania siebie i własnej wartości dla dziewczyny, której samoocena była ciągle podkopywana przez wieczną nieobecność ojca, który przekładał swoja pracę zawodową nad czas spędzany z jedyną córką, przez wieczne podkreślanie wspaniałości siostry i przez matkę, skoncentrowaną  głownie na córce wyglądającej bardziej oszałamiająco, odnoszącej więcej sukcesów, ale mającej pstro w głowie. Przyjemnie jest mieć kogoś kto w ciebie wierzy, a jeśli jest to Audrey Hepburn przyjemność jest jeszcze większa. Mimo, że Libby uznaje samą siebie za ta gorszą od innych wcale taka nie jest. Ma wielką wiedzę filmową, jest miła i sympatyczna, jest dobrą przyjaciółką i ma w sobie iskrę, ale jednocześnie boi się żyć według swojego scenariusza. Ba, ona nawet nie wie jak naprawdę chciałaby żyć. I tutaj wkracza do akcji Audrey, która ja lekko popycha wypychając ją ze strefy komfortu Libby, czyli dżinsów, bluz z kapturem i życia według scenariusza ustanowionego przez matkę dziewczyny.

Oprócz pokręconej rodziny Libby jest też jej przyjaciel Olly,  którym dzieli poszukiwania pewnego tajemniczego sera, no i Bogdan, syn Bogdana, czyli z wygląda bandyta, a  w głębi serca mistrz nożyczek!

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to opowieść o miłości. O miłości niespodziewanej, takiej, która wydaje się być darem z niebios, ale i takiej cichej, wiernej, nie rzucającej się w oczy. Głównie jednak jest to historia opowiadająca o tym jak łatwo jest się zagubić w życiu i jak ciężko jest dorosnąć. Lekka w tonie, ale z ważnym przesłaniem. Nagle okazało się, że można napisać niby „babską” powieść, ale lekko i z polotem napisaną, taką, która puszcza oko do czytelnika mówiąc „ja wiem, wiem, że takie rzeczy się nie zdarzają i w ogóle to jak z okładki kolorowego pisma, ale w sumie? Może jednak?”. No bo to jest historia w typie „od pucybuta do milionera”, czyli od aktorki łapiącej ogony i to tez tylko dzięki matce-agentce, aktorki, która wcale nie chce nią być i która żyje ciągle w cieniu olśniewającej siostry do… Ha! Tego nie zdradzę! Musze jednak przyznać, że spodziewałam się kompletnie innego zakończenia i autorka przyjemnie mnie zaskoczyła. 

Naprawdę dobra lektura na poziomie, idealna na odpoczynek po ciężkim dniu/tygodniu/życiu. Zostawiła mnie z uśmiechem na twarzy i poczuciem ciepła. Taka komedia romantyczna na poziomie.

Polecam wszystkim miłośnikom Audrey Hepburn, marzącym o aktorstwie, bojącym się zmian i tym, którzy traktują lekceważąco to w czym są naprawdę dobrzy. No i miłośnikom sera!

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Acha, na jesieni ma wyjść druga część perypetii Libby, czyli „A night in with Marilyn Monroe”, a  przyszłym roku ma mieć premiera trzeciej części tym razem z udziałem Grace Kelly. Nie wiem na ile sprawdzi się powtórzenie schematu znanego z ‘A night with Audrey Hepburn, gdzie w końcu udział Audrey był czymś świeżym, ale chętnie się przekonam czytają kolejną część.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY oraz KLUCZNIK 2015 (książka w obcym języku).

wtorek, 4 sierpnia 2015

‘Instructions For a Heatwave’ Maggie O’Farrell (“Zalecenia na wypadek upałów”)




Mój pierwszy dłuższy pobyt w Wielkiej Brytanii przypadł na lato, tuż po maturze. Wylądowałam w samym środków upałów, podobno najgorszych od kilkudziesięciu lat. Dzień za dniem żar lał się z nieba, idealnie i okrutnie błękitnego. Duszne, bezsenne noce. Wielkie billboardy mówiące o potrzebie oszczędzania wody. Plakaty informujące o karach za podlewanie trawników. Pomarańczowa, spieczona trawa. Suche, poskręcane listki na drzewach. Przez prawie trzy miesiące, jakie spędziłam w Anglii padało może przez kilka dni i to już pod koniec września.

Latem 1976 roku podobna fala upałów wysuszyła Anglię. Pewnego lipcowego dnia, wczesnym rankiem,  Robert Riordan, emeryt, poszedł kupić gazetę w sklepie na rogu. Jego żonie, Grecie, nie wydało się to niczym nadzwyczajnym, bowiem  robił tak bardzo często. Od zwyczajności odbiegał jednak fakt, że Robert już nie wrócił. 

Do domu rodzinnego przyjeżdża trójka rodzeństwa, żeby pomóc w ciężkich chwilach swojej matce i zastanowić się nad kolejnymi działaniami. Francis Michael, najstarszy, jest nauczycielem historii, a jego własne małżeństwo przechodzi właśnie trudności. Nowi znajomi żony, ekstrawaganccy i atrakcyjni, wypełniają nie tylko jego dom, ale i cały czas jego drugiej połowy, która zaczęła kurs na uczelni. Sam nie bez winy w oziębieniu ich relacji nie umie sobie poradzić  w tej sytuacji. 

Niewiele od niego młodsza siostra Monica ma swoje własne problemy. Jej drugie małżeństwo z porządnym miłośnikiem antyków komplikuje trudna relacja z pasierbicami, które nie wydają się zachwycone, że ich tata ma nowa żonę mieszkającą w ich starym domu. Jest jeszcze trudna przeszłość z wiązana z pierwszym mężem i rozpad więzi z Aoife, najmłodszą z dzieci Grety i Roberta, która jest uważana za „najtrudniejszą” w rodzinie. 

Od urodzenia przeżywająca mniejsze i większe dramaty, nieposłuszna i niezdyscyplinowana, „na złość” sprawiająca problemy w nauce, Aoife uciekła kilka lat temu od rodziny i aktualnie mieszka w Nowym Jorku pracując jako barmanka w noc, a asystentka znanej fotografki w dzień. Również i ona ma swój sekret, który rzutuje nie tylko na jej życie, ale i na życie bliskich jej osób. 

Nie jest ona jednak jedyną osoba z sekretami w tej rodzinie. Moniki tajemnica rozbiła nie tylko związek z jej pierwszym mężem, ale i więź z siostrą. Francis Michael również ma sekret, który wyszedłszy na jaw popsuł relacje z żoną. Oczywiście, tajemnicą jest dlaczego Robert zniknął z życia swojej rodziny, ale i osoba, która nikt by nie podejrzewał o zdolność do zachowania czegokolwiek tylko dla siebie, czyli Greta, nosi w sobie ogromny ciężar, który z upływem czasu zaczął niejako tracić na wadze upchnięty w najdalszy kąt świadomości…

Nieco klaustrofobiczna opowieść, po którą sięgnęłam w chwili upałów kilka tygodni temu (tym razem zapowiadana fala upałów trwała… tydzień). Psychologiczno-obyczajowa opowieść o rodzinie o irlandzkich korzeniach postawionej w obliczu kryzysu, który zadecyduje o tym, czy będzie ona trwała dalej czy może rozpadnie się na mnóstwo małych kawałeczków. 

Historia składająca się z tajemnic, tych małych i ogromnych, których ukrycie wymaga nadludzkich wręcz wysiłków, ale czy wartych ciągłego życia w stresie? Tajemnicach, które kiedyś tam dawno powstały, a potem zostały zamiecione pod dywan po to, żeby teraz objawić się jeszcze potężniejsze niż na początku.

Jest to też historia hipokryzji. Nie takiej rozmyślnej, ale takiej jakby mimochodem. Tak jakby tamten popełniony kiedyś błąd nigdy się nie wydarzył, a późniejsze zachowanie wróciło do normalności, tak jak gdy by nic się nigdy nie wydarzyło. Takie chwilowe uchylenie od przestrzegania zasad moralnych.

Wszystko to skąpane w żarze lejącym się z nieba, oblepiającym i męczącym. Czy kiedyś naprawdę padał deszcz? Czy kiedykolwiek zrobi się chłodniej?

Wyjazd do starego domku w Irlandii, który był niegdyś obowiązkowym miejscem wakacyjnego odpoczynku, jawi się nie tylko jako możliwe wyjaśnienie tajemnic, ale i chwila odpoczynku od upału, moment upragnionej ochłody. 

Mimo, że jest to dramat pozornie rozpisany na jedynie kilka osób to jest tak gęsty i bogaty w uczucia i skomplikowane relacje, że robi się duszno nie tylko od fali upałów. Nie polubiłam żadnej postaci, wszyscy byli w mniejszym lub większym stopniu irytujący. Tak jak upał obezwładnia człowieka, tak i bohaterowie książki trwali w takim jakimś stuporze, marazmie wynikającym ze strachu przed konsekwencjami swojego działania. Jedynym, który się z tego marazmu wyrwał był właściwie zaginiony Robert. 

Świetna opowieść, o której fabule nie można napisać za wiele, bo zepsułoby to przyjemność czytania. Sięgnęłam po nią ze względu na tytuł i porę roku spodziewając się jakieś przyjemnej obyczajówki. Dostałam świetną, trzymająca w napięciu i trudną historię zwyczajnej rodziny stojącej w obliczu kryzysu. Taką, która pokazuje jak skomplikowane i trudne są relacje rodzinne, jak dzieci mimo swojej dorosłości zawsze pozostają dziećmi mającymi określone żądania względem rodziców oraz jak to rodzice w pomimo ich zwyczajności i codzienności  zawsze mogą mieć swoje własne sekrety.

W ogóle można powiedzieć, że słowa „tajemnica” i „skomplikowane relacje” to słowa kluczowe jeśli chodzi o tę powieść. Nie znaczy to jednak, że czyta się ją trudno. Jest tak wciągająca i interesująca, że połyka się ją tak szybko jak szybko zmienia się pogoda w Wielkiej Brytanii.

Polecam wszystkim miłośnikom dobrej powieści obyczajowej, zmarzluchom na rozgrzanie i wszystkim, którzy myślą, że w ich rodzinie tajemnic nie ma.

Pozdrawiam,
Kura Mania.                                                                                                                          

‘Instruction For a Heatwave’ to szósta powieść w dorobku Maggie O’Farrell, ale pierwsza, którą czytałam tej autorki. Bardzo chętnie zapoznam się z resztą jej twórczości, bo tą książką narobiła mi wielkiego smaku na resztę jej twórczości.

Zapraszam również do przeczytania tekstu o książce, w której również znika ktoś z rodziny, czyli tytułowa Bernadette z 'Where'd You Go, Bernadette?'  Marii Semple.
M.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Reporterskim pazurem: „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” Charles LeDuff




Miasto, w którym podobno nawet 40% domów jest nie zamieszkanych. Miasto, w którym fajniej jest podpalić pusty dom niż iść do kina, bo taniej, no i kin to w sumie nie ma. Miasto, w którym zmarli czekają długie miesiące na pochówek, a jeśli mają szczęście to ich prochy rodzina trzyma w bieliźniarce w łazience. Miasto, w którym Twoje dziecko może zostać zastrzelone w sklepie za to, że spojrzało na nie właściwego człowieka. Miasto, w którym biały pył zabiera w podróż coraz młodszych ludzi, a prostytucja jest na porządku dziennym. Miasto, w którym przedstawiciele władzy kradną grube miliony, wydając je na wille, podróże i inne przyjemności. Miasto, w którym wydaje się setki tysięcy na polepszenie warunków w remizach i komisariatach, które nawet nie istnieją, kiedy te prawdziwe nie mają pieniędzy na system alarmowy czy drzwi z moskitierą za dwadzieścia dolców. Miasto, w którym uczniowie proszeni są o przynoszenie własnego papieru toaletowego do szkół. 

Czy to miasto położone gdzieś w krajach Trzeciego Świata? Czy to miasto w afrykańskich państwach rządzonych przez bezwzględnych imperatorów? Czy to miasto, które dotknęła krwawa wojna, podnoszące się ociężale z gruzów?

Nie, to miasto najwspanialszego państwa świata. Państwa, w którym kariera od pucybuta do milionera jest na wyciągnięcie ręki. Państwa, którego obywatele rozbijają się wielkimi samochodami. Państwa, w którym wszystko jest naj – największe samochody, największe miasta, najlepsze posady, najpiękniejsze domy, najbielszy uśmiech.

To Detroit w Michigan. Miasto, które było kiedyś przykładem jak przemysł, w tym przypadku samochodowy, potrafi z małego, traperskiego miasteczka stworzyć potęgę z niespotykanym gdzie indziej systemem opieki społecznej. Miało to być miejsce dla każdego, opiekuńcze, z pracą w fabryce od ręki. I nikt na fali euforii towarzyszącej rozwojowi miasta nie zauważył, że jego rozkład zaczął się już w latach pięćdziesiątych, kiedy to wielka fabryka samochodów Packarda ogłosiła upadłość. Nawiasem mówiąc jej budynki stoją niezburzone do dzisiaj będąc siedliskiem bezdomnych, narkomanów, padając łupem złomiarzy i częstych podpaleń dla zabawy. 

Zawsze wydawało mi się, że powiedzenie „zastaw się, a postaw się” określa typowo polską postawę do pokazania się jako kogoś lepszego czy bogatszego za wszelką cenę.

Po przeczytaniu książki LeDuffa właśnie to powiedzenie przyszło mi na myśl. Amerykanie brali kredyty na domy, samochody, lepsze życie. Dotyczyło to zarówno przeciętnych obywateli jak i dyrektorów kierujących miliardowymi biznesami. Tylko, że przychodzi taki moment, kiedy zaciągnięte kredyty trzeba zacząć spłacać, a nagle okazuje się, że nie ma z czego, bo kredyt był na złodziejskich zasadach, bo nagłe załamanie rynku pracy spowodowało zwiększone bezrobocie, bo złe gospodarowanie pieniędzmi sprawiło, że dług zrobił się astronomiczny. 

Kryzys. Zwykli obywatele zostają bez pieniędzy, bez pracy, czasem bez domu. Bez nadziei i planów na przyszłość. Nie mogą zwrócić się do władz, bo ich przedstawiciele, skorumpowani, fałszywi, wyprowadzający pieniądze podatników na lewo, nie są zainteresowani biedotą. Zawsze w czasach wojny czy kryzysu są tacy, którzy na nich tracą wszystko i tacy, którzy tak się nażerają, że czasem pękają. A potem zastępują ich kolejni.

LeDuff pokazuje nam w swojej książce wizję postapokaliptyczną, która nie jest jednak wyimaginowanym obrazem dalekiej przyszłości, ale dzieje się tu i teraz. Jego opisy, trafne i bezkompromisowe do bólu, są tak plastyczne, że widzimy opisywane przez niego problemy i zdarzenia, jak byśmy byli ich świadkami. Zgoda, czasem LeDuff się powtarza lub daje się w swoich opisach ponosić używając języka ocierającego się prawie, że o poezję. Zgoda, opisuje jedynie negatywną stronę miasta nie wspominając o tych pozytywnych, pełnych nadziei na lepszą przyszłość, inicjatywach. Ale taki właśnie był zamysł tej książki. Aby wstrząsnąć czytelnikiem, zburzyć jego mglisto-różowy pogląd na stan w jakim znajduje się nie tylko Detroit, ale i cała Ameryka, bo problemy Stanów jakby kondensują się w sytuacji w jakiej znajduje się to miasto. 

Była idealnym wcieleniem najbardziej typowego amerykańskiego polityka obecnych czasów.
Była przekarmionym błaznem, tuczącym się na koszt państwa, od którego chudnącego ciała coraz bardziej odstają żebra.
Jej niemożliwy do nasycenia głód nie był niczym szczególnym.
 (…) Była idealna karykaturą polityka ubraną w strój prawdziwej istoty ludzkiej.
 (o Monice Conyers, radnej miejskiej)

Ta książka złapie Was za jaja i nie puści do samego końca. Ze zgrozą i niedowierzaniem wpadłam zupełnie nieprzygotowana na to co zastanę w reportażu, w opowieść LeDuffa o Detroit. Ze zgrozą, bo odsetek nierozwiązanych przez policję spraw, jak i ilość zabójstw przeraża. Z niedowierzaniem, bo opisy działań skorumpowanych aż do trzewi władz i ich niekompetencja jest tak absurdalna, że aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się naprawdę.

Część z historii w niej opowiedzianych jest jakby żywcem wziętych z kryminałów noir, jak historia zabójstwa Truskaweczki, prostytutki, której zabójstwo podobno było zlecone przez burmistrza, a wykonane przez skorumpowanych policjantów.

Pomimo ciężkiego tematu książkę czyta się błyskawicznie. Nie jest to zestawienie suchych faktów i statystyk, ale wartko płynąca mięsista opowieść o mieście rodzinnym autora, przeplatana jego osobistą historią, rodzinnymi tragediami, odnajdowaniem własnej tożsamości, równie pokręconej jak ta, która należy do Detroit.

Rzadko, kiedy czytam literaturę faktu. Prawie wcale nie czytam już gazet codziennych. Nie mogę, bo opisywane w nich historię zbyt mną wstrząsają pokazując ogrom niesprawiedliwości, niekompetencji, a we mnie rodzi się chęć, żeby się przeciwstawić, żeby coś fundamentalnie zmienić, żeby wstrząsnąć tym światem.  A przynajmniej, żeby dyskutować. No, ale moje poglądy są niepopularne, co nie oznacza, że niesłuszne. Nie mam z kim rozmawiać o odległym Detroit, ale jego problemy zostaną we mnie na zawsze, nie pozwalając zasnąć w te duszne lipcowe noce. Chętnie sięgnę po inne książki LeDuffa o Stanach Zjednoczonych. 

A wiecie, że ostatnimi dwiema pozycjami z literatury faktu były „Polityka karmienia piersią” Gabrielle Palmer oraz „No Logo” Naomi Klein co pokazuje jak rzadko czytam coś z tej dziedziny.

Polecam wszystkim, którzy nie boją się mocnej, brutalnej literatury, którzy uważają, że w Polsce to dopiero źle się dzieje oraz wszystkim tym, którzy żyją marzeniami o American dream.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

wtorek, 5 maja 2015

‘Where’d You Go, Bernadette?’ Maria Semple ("Gdzie jesteś, Bernadette?")




Bernadette Fox, żona mężowi, matka córce, gospodyni domowi. Była pani architekt, która porzuciła pracę zawodową na rzecz rodziny.

Hmm… Czy na pewno mówimy o tej samej Bernadette Fox?

Tak, ma męża, Elgiego Brancha, jednego z bogów Microsoftu. Ma piętnastoletnią córkę, Bee, dla której jest najwspanialszą mamą i przyjaciółką. Jest panią nietypowego domu, a właściwie domiszcza, którego kiedyś było domem dla panien. 

Jest jedno „ale”. Bernadette Fox, kilkanaście lat temu, jeszcze przed narodzeniem Bee, przeżyła coś strasznego. Coś co sprawiło, że ta niezwykła, utalentowana pani architekt z wizją, która dostała prestiżową nagrodę nigdy wcześniej nie przyznawaną architektowi, teraz jest panikującą na widok ludzi kobietą. Taką, która nie załatwia sprawunków na mieście osobiście, tylko przez córkę. Taką, która bukuje miejsce w restauracji w mieście, w którym mieszka za pośrednictwem Internetu zatrudniając asystentkę w Indiach. Pomimo pozornego spokoju, eleganckiego ubrania i wielkich czarnych okularów, które nadają jej szykownego wyglądu, Bernadette jest w totalnej rozsypce. Zamyka się w swojej skorupie coraz bardziej, zachowując się irracjonalnie w zwykłych sąsiedzkich sytuacjach i oddalając się coraz bardziej od bliskich.

Jednocześnie organizuje za pośrednictwem swojej hinduskiej asystentki wymarzony przez Bee wyjazd na Antarktydę. Zamawia stosy ekwipunku, robi listy rzeczy do zabrania. Im bliżej jednak wyjazdu tym bardziej panikuje i kombinuje jakby tu się od niego wymigać. Wtedy właśnie z jej mężem  kontaktuje się FBI. Chodzi o Bernadette. Na dodatek Elgie dowiaduje się o „wybryku” żony, w wyniku którego dom sąsiadki zalała fala mułu, błota i wody. Te dwie rzeczy sprawiają, że Elgiemu otwierają się oczy na sytuację, w której postawiło jego rodzinę zachowanie żony i  organizuje fachową pomoc.

Bernadette jednak w ostatniej chwili w jakiś zadziwiający, niemożliwy do rozszyfrowania sposób znika.
Bernadette, gdzie jesteś?

Zaskakująca powieść. Od pierwszych stron zanurzamy się w świat Benadette Fox, jej męża i uzdolnionej córki. Czytamy mejle wymieniane przez jej sąsiadki, matki córek, które chodzą do tej samej nowoczesnej szkoły co Bee. Poznajemy szkolną korespondencję. Mejle wymieniane między Bernadette a Hinduską Manjulą Kapoor. Poprzetykane jest to notatkami napisanymi przez Bee. Ogrom informacji, które wydają się być chaotyczne i zupełnie przypadkowe trochę przytłacza. Z czasem jednak wciągamy się w historię, która one opowiadają i postać Bernadette coraz bardziej intryguje. Co wydarzyło się ponad piętnaście lat temu co tak przygniotło i zniszczyło tą niesamowitą kobietę?

Powolutku dowiadujemy się wszystkiego. Z kawałeczków pozornie przypadkowych historii opowiadanych przez różne postacie zaczynamy układać historię Bernadette. Jej zniknięcie to właściwie już sam koniec opowieści. Pretekst do opowiedzenia o tym co doprowadziło do tego wydarzenia. 

Po drodze poznajemy całą gamę kolorowych i zaskakujących postaci. Sąsiadka Bernadette, Audrey Griffin, lekko nawiedzona i zaślepiona miłością do wrednego syna, była moją ulubienicą od samego początku. Przekonana o swojej nieomylności, lubiąca się porządzić, również przeżywa załamanie nerwowe i dokonuje się w niej tak niespodziewana zmiana, że wystąpił u mnie opad szczęki. Soo-Lin Lee-Segal, przyjaciółka Audrey, która zostaje asystentką w zespole Elgiego Brancha, również przechodzi wewnętrzną zmianę spowodowaną przez sytuację rodzinną Bernadette. Tak jakby była ona katalizatorem zmian nie tylko w sobie, ale również w całym swoim otoczeniu, nawet wśród ludzi, którzy nie mają z nią bezpośredniego kontaktu. Smaczkiem była cała korespondencja ze szkoły Bee, która jest miejscem nowoczesnym, odrzucającym tradycyjne ocenianie i stawiającym nacisk na współpracę z rodzicami (co dodatkowo wykluczyło Bernadette, która jest zupełnie aspołeczna). 

Jest to opowieść o dysfunkcjonalnej rodzinie, w której każdy udaje, że nie widzi słonia, który z nimi mieszka. Jest to opowieść o ludziach z wielkimi problemami, noszących wielki ból w sobie. Ale Maria Semple tak napisała to wszystko opisała, że nie zostaje nam nic innego jak trochę się zirytować i posmucić, ale najczęściej po prostu zaśmiać się nad absurdalnością sytuacji z życia codziennego, które mogą przydarzyć się każdemu. Tobie też.


Świetnie opisane jest amerykańskie społeczeństwo, z naciskiem na specyficznych mieszkańców Seattle, miasta, którego tak nienawidzi Bernadette. Co prawda, poznajemy głównie społeczeństwo wyższej klasy średniej takiej jak rodzice uczniów do której uczęszcza Bee. Nie mówiąc już o tym, że i Elgie zarabia kupę hajsu w Microsofcie. Jest on typowym ojcem, który spędza większość czasu w pracy uważając, że wystarczy, że zarabia zostawiając opiekę nad domem i wychowanie córki żonie. Jest on wizjonerem, geniuszem, który idee potrafi przekuć w fizyczny przedmiot, ale nie radzi sobie ze zwykłym życiem. Tak jak Benradette. Tylko, że ją łatwo osądzić, bo nie pracuje zawodowo, a przecież każdy głupi potrafi domem się zająć, nie?



Bardzo mi się spodobało jak zostało opisane miejsce pracy Elgiego. Microsoft,  w którym żaden pracownik  nie ma czasu, co chwila jest jakiś kryzys, trzeba być ciągle dyspozycyjnym, a jednocześnie każdy jest nabuzowany energią, oryginalny, wyluzowany i lekko ekscentryczny. Gdzie każdy z szefów, czy dyrektorów to postać otoczona kultem,  wręcz bałwochwalczo uwielbiana. 

Niesamowita książka, ciekawie napisana z intrygującą gamą postaci i o oryginalnej fabule.  Po pierwszych stronach, które pozostawiły uczucie lekkiego oszołomienia, jak tylko zorientowałam się kto jest kim, nie mogłam się od niej oderwać. Gdzie jest Bernadette? Czy wróci do deszczowego Seattle, którego podobno nienawidzi? Czy zagubiła się gdzieś na Antarktydzie? Czy wyleczy się ze swoich manii? Ach, gryzłam palce z niecierpliwości i leciałam przez strony jak burza. Wiele jest zaskakujących zwrotów akcji, więc naprawdę nie można się przy tej lekturze nudzić. 

Polecam wszystkim fanom lekko absurdalnych, oryginalnych powieści, matkom, które myślą, że tylko z nimi coś jest nie tak jak i miłośnikom nietypowych podróży.

Pozdrawiam,
Kura Mania.