czwartek, 16 października 2014

'The Map and the Territory' Michel Houelebecq ("Mapa i terytorium")






The world is weary of me,
And I am weary of it.
 
Charles d’Orleans

Jed Martin swoją karierę artystyczną zaczął od fotografowania urządzeń. Jego zdjęcia, perfekcyjne w swojej prostocie, robione dla firm na całym świecie dawały mu przyzwoity dochód. Jed jednak zerwał z fotografią komercyjną niespodziewanie dostrzegając piękno francuskich map Michelina. Proste kolory, przecinające się linie i zróżnicowanie gęstości występujących kształtów w ujęciu obiektywu Jeda urastają do rangi sztuki. W czasie współpracy z Michelinem fotograf poznaje przepiękną Olgę, Rosjankę pracującą we francuskim oddziale firmy. Mimo, że para wydaje się być niedobrana ich miłość kwitnie. Wystawa Martina odnosi wielki sukces, a dochód ze sprzedaży oryginalnych fotografii jak i reprodukcji jest bardzo duży. Niestety, Olga zostaje odesłana do Rosji, aby tam rozwijać oddział Michelina. Kiedy dziewczyna proponuje mu wspólne zamieszkanie w jej ojczystym kraju, ten nie potrafi się zdecydować na tak odważny krok. Kolejną zmianą w życiu Jeda jest decyzja o zrezygnowaniu z kontynuowania sprzedaży zdjęć map drogowych. Fotografia nie interesuje już mężczyzny, który poczuł w sobie potrzebę malowania. Postanawia zrobić cykl o zawodach przedstawiających przeróżne osoby od rzeźnika do Billa Gatesa i Steva Jobsa. Jako, że Martin ma trudności ze znalezieniem słów do opisywania swoich artystycznych kreacji do napisania krótkiego opisu kolejnej jego wystawy zostaje poproszony Michel Houellebecq, jako osoba znana i kontrowersyjna. W zamian pisarz dostaje nie tylko sporą sumę pieniędzy, jak i również swój obraz namalowany przez Jeda. Pomimo pozornego braku bliskości między nim a francuskim pisarzem, przywiązuje się on do autora „Cząstek elementarnych”, ceni sobie jego zdanie i w niewytłumaczalny sposób czuje, że Houellebecqa obecność ma znaczenie w jego życiu. Wystawa, do której pisarz stworzył komentarz stała się międzynarodowym sukcesem, obrazy zyskują wartość wielu tysięcy euro, a Jed staje się milionerem. Nie zmienia to jednak charakteru Jeda przyzwyczajonego do dobrobytu, który dalej mieszka w swoim starym mieszkaniu z wiecznie psującym się bojlerem. Po zakończeniu etapu malowania, Jed nie wie, w którą stronę się zwrócić. Przeżywa skomplikowane chwile związane z powrotem Olgi i śmiercią ojca, jak również przyjdzie mu zmierzyć się z okrutnym morderstwem Michela Houellebecqa. Autor prowadzi nas aż do końca życia Jeda, który po wielu latach samotnego mieszkania na wsi w domu rodzinnym swoich dziadków znów zaczyna otworzyć oryginalną sztukę jak również trochę otwiera się na wciąż zmieniający się świat wokół niego.

Ech. Ciężko jest mi pisać o tej książce. Zaczyna się intrygująco, trochę śmiesznie, od problemów Jeda z bojlerem i trudnościami w znalezieniu firmy, która szybko i rzetelnie mogłaby go naprawić. Później czytelnik dostaje jakby biografię artysty lub przewodnik po jego dokonaniach.  Wymieszane jest to z prywatnym życiem Jeda, które można by opisać w kilku zdaniach. Nie ma w jego życiu gwałtownych zmian, porywających namiętności czy nawału uczuć. Jed jest wycofany, wszystko przydarza mu się jakby mimochodem. Nawet o swoim życiu zawodowym nie ma on wiele do powiedzenia. Jego bierność prowadzi do zakończenia związku z Olgą. Mimo tego, że ciągle żyje w nim pytanie o samobójczą śmierć matki nie drąży on tego tematu w rozmowach z ojcem, z którym i tak spotyka się sporadycznie. Nie ma między nimi zbyt dużej więzi. Kiedy ojciec Jeda pod wpływem alkoholu zwierza się on synowi ze swoich młodzieńczych marzeń, ten jest zaskoczony zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę nie zna swojego ojca, jest on dla niego obcym człowiekiem. Pierwsza część książki trzyma tempo, jest spokojna, ale ciekawa, dobrze się czyta.

Niestety, w drugiej części, którą otwiera okrutne i wyrafinowane morderstwo Houellebecqa, akcja siada. Dostajemy mnóstwo szczegółów dotyczących życia policjanta, który prowadzi to śledztwo, aby w pewnym momencie przeczytać o jego przejściu na emeryturę nie rozwiązawszy sprawy. Poznajemy jej zakończenie, ale nie wnosi ona nic, jeśli chodzi o Jeda Martina. Do niego wracamy później w monotonnym opisie jego lat po przeprowadzce na wieś. Martin prowadzi życie samotne, ale jest z niego zadowolony, uważa, że było satysfakcjonujące w sferze zawodowej i prywatnej (!!!). Najlepsze jest to, że nawet nie zauważa, kiedy kończy sześćdziesiątkę. Wszystko to jest raczej nudne i w sumie nie wiem, po co napisane. Czytałam tylko dlatego, żeby dowiedzieć się czy na końcu w końcu coś się stanie. No i się stało to, co zawsze jest na końcu – śmierć Jeda.

 Mimo, że poznajemy całe życie Jeda Martina od urodzenia do śmierci nie wiem nawet czy to naprawdę on jest głównym bohaterem książki. Może chodzi jednak o Houellebecqa, a Martin jest jedynie dodatkiem? Może jest to przeciwny PR autora, który pokazał siebie, jako ulubionego chłopca do bicia Francji, który prowadzi życie pustelnicze, wypełnione kartonami i alkoholem, posiadający mnóstwo wrogów, ale nieprzejmujący się tym. Pod koniec życie znajduje on swojego rodzaju ukojenie mieszkając w domu, w którym się urodził, dalej nie prowadząc życia towarzyskiego, ale odnajdując spokój. Nawet pomimo głoszonego ateizmu chrzci się on na kilka miesięcy przed swoją niespodziewaną śmiercią. 

W ‘The Map and the Territory’ znajdziemy satyryczny komentarz do współczesnego świata. Czy jest on odkrywczy? Raczej nie, ale momentami naprawdę wywołuje uśmiech. Tak jak w przypadku inspektora policji, który wybrał spokojne dostatnie życie, bez dzieci, które wprowadzają zbędny chaos, za to z ukochanym pieskiem- impotentem. Widzimy śmieszność i pustkę takiego powierzchownego życia bardziej na pokaz niż dla siebie.

Widzimy też obraz relacji międzyludzkich, płytkich i ułomnych. Relacja między Jedem a ojcem, od spotkania do spotkania, bez prób zrozumienia. Kiedy po śmierci ojca Jed przegląda jego stare projekty z czasów młodzieńczego idealizmu i widząc projekty domów niemożliwe do zrealizowania przedstawiających bardziej idee niż budowle użytkowe, czuje on zmieszania i wstyd. Dlaczego? Czy uznał on swojego ojca z jedynie człowieka biznesu, bez marzeń, bez inspiracji, a odkryta nieznana strona rodzica burzy ten już spokojny, wyrobiony pogląd?
Dziwnym jest też związek artysty z Olgą. Wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale jedynie do momentu, w którym Jed musi podjąć decyzję i to taką, która przewróci jego życie do góry nogami. I co robi wtedy Jed? Nic. Pozostawia podjęcie decyzji Oldze. Woli żyć wspomnieniami miłości niż aktywnie uczestniczyć w jej tworzeniu. Olga wraca do jego życia kilka lat później, ale Jed nie wie co ma robić. Odwiedza Houellebecqa, a wizyta ta, mimo, że nie spytał pisarza o radę, daje mu odpowiedź, co do jego przyszłości z Olga. Jed przypisuje pisarzowi jakby magiczną rolę w swoim życiu. Nie widzę w tym większego sensu. Widzę to na zasadzie – Michel oprze się o futrynę, a Jed już wie, że rozmowa z ojcem nie przyniesie oczekiwanego rezultatu. 

Sama nie wiem, co mam o tej książce myśleć. Może jestem zbyt ograniczonym, za mało wyrafinowanym czytelnikiem, ale wydaje mi się, że jest ona o niczym. Nic tam się nie dzieje, do niczego to nie doprowadza, a na końcu i tak główny bohater umiera, bo tak to już jest. Nie wzbudziła we mnie ta pozycja większych emocji. Sztucznym wydawał mi się język, w którym została napisana. Te wszystkie skomplikowane zdania i długie wyrazy sprawiały, że momentami lektura mnie męczyła. Może jest to cecha charakterystyczna tego autora, sama nie wiem. Miało to jednak dobrą stroną, ponieważ dawkowałam sobie lekturę przez dwa tygodnie, a czytanie jednej książki przez tak długi czas to dla mnie przyjemna nowość. Pewnie dam drugą szansę autorowi, ale może za kilka miesięcy.

Chcę powtórzyć, że książka ma oczywiście zalety. Satyryczny obraz francuskiego społeczeństwa, a szczególnie ludzi z terenów wiejskich, jest świetny. Jest też trochę humoru związanego z psującym się bojlerem i zachowaniem izolującego się, samotnego, wiecznie pijanego Houellebecqa. Ale to tylko na początku, potem atmosfera siada. I siedzi. I nawet Houellebecq przestaje pić i kupuje sobie psa.

Polecam tym, którzy nawet po przeczytaniu książki takiej, co to ani ziębi ani grzeje nie żałują spędzonego z nią czasu.

Pozdrawiam,

Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

poniedziałek, 13 października 2014

"Włoskie buty" Henning Mankell




To miejsce miało być moim letniskiem. Nie szańcem, którego muszę strzec. Każdego ranka, kiedy wyrąbuję przerębel lub gdy latem wchodzę do nagrzanej słońcem wody, na nowo dziwię się, jak potoczyło się moje życie.

Wiem, co jest tego przyczyną. Popełniłem błąd. A potem odmówiłem poniesienia konsekwencji Często pytam sam siebie, co bym zrobił, gdybym wówczas wiedział to, co wiem dziś. Nie znam jednak odpowiedzi. Mimo to jestem pewny, że mogłem uniknąć zaszywania się na tej wyspie jak zbiegły więzień.

Dwanaście lat temu Frederick Welin odwrócił się od świata. Mimo, że był chirurgiem zerwał wszelkie kontakty ze światem medycznym. Wyjechał na niewielką wysepkę na Morzu Bałtyckim odziedziczoną po dziadkach i tam zaczął prowadzić samotne życie. Z czasem zyskał dwie towarzyszki – sukę i kotkę. W zimę trzy razy w tygodniu widział się z listonoszem, Janssonem, który w lecie przypływał na wyspę we wszystkie dni robocze. Prawie nigdy nie ma poczty dla Welina, ale wymieniają kilka zdań na temat pogody. Prosi tez emerytowanego lekarza o badanie, chociaż jedyne, na co cierpi to hipochondria. Welin nie darzy listonosza szczególną sympatią. Raz na jakiś czas Frederick płynie motorówką na brzeg i robi zakupy. Ma też stary samochód zaparkowany na parkingu na lądzie. Prowadzi życie unormowane, samotne i przewidywalne przypominające bardziej wegetację. W okresie zimowym kąpielami nago w przeręblu przypomina sobie, że jednak żyje.

Pewnego dnia podczas takiej właśnie kąpieli widzi na lodzie kobietę z balkonikiem, która po chwili się osuwa w śnieg. To przeszłość odnalazła Fredericka. Wyjazd na wyspę nie był bowiem jedyną ucieczką w życiu mężczyzny. Prawie czterdzieści lat temu uciekł od Harriet, zostawiając ja bez jednego słowa wyjaśnienia. Mimo, że Frederick uważał, że może uciec od konsekwencji tych dwóch ucieczek to dzięki powrotowi Harriet uświadomił sobie, że nosił je cały czas w sobie. Po dwunastu latach cztery kobiety sprawiły, że zdał sobie sprawę jak bardzo uciekanie od odpowiedzialności i wieczne skrywanie uczuć wpłynęło na jego życie. 

Pierwsza z tych czterech kobiet to Harriet, miłość sprzed kilkudziesięciu lat, z którą był tak blisko jak z żadną później. Druga to Louise, aktywistka mieszkająca wśród lasów, które skrywają niejedną tajemnicę. Trzecia to Astrid, która doświadczywszy wielkiej fizycznej krzywdy zwróciła się ku tym, którzy są jeszcze bardziej okaleczeni przez los. Ostatnia to Sima, której rany nie miały szansy się zabliźnić. Cztery kobiety, na których życie Frederick wywarł wpływ, ale które przez swoją obecność i zachowanie uświadomiły Frederickowi kim był a kim się stał. Mimo tego, że to Frederick przedstawiony jest jako główna postać powieści to jej prawdziwymi bohaterkami są kobiety, które nie mając innego wyjścia znajdują ukrytą siłę w sobie na podejmowanie twardych decyzji. 

Jest to głównie opowieść o samotności. O samotności, która mieszka w nas pomimo obecności innych ludzi i która sprawia, że nasze wybory zubożają nasze życie. O samotności, która sprawia, że rośnie w nas lęk przed jej przełamaniem. A kiedy ten lęk wypełnia nas już całych to nie ma odwrotu – tchórzymy uciekając od życia i izolując się jeszcze bardziej. Samotność Fredericka znajduje swoje odzwierciedlenie w mrowisku, któremu pozwala się rozrastać w jednym z pokojów jego domu. Mrówki powolutku zagarniają coraz więcej przestrzeni dla siebie budując mrowisko, które wchłania kolejne rzeczy. Tak samo samotność opanowując życie byłego lekarza sprawia, że stopniowo traci on swoją tożsamość.

Jest to też opowieść o miłości, ale takiej odczarowanej. Nie przenosi ona gór, nie sprawia, że jesteśmy lepsi.  Przypomina sobie jednak o nas w chwili, kiedy myśleliśmy, ze już prawie cały świat o nas zapomniał. Na dodatek nadchodzi z nieoczekiwanej strony. Nie robiąc nic, zmienia nasz sposób myślenia i wprawia w stan oczekiwania. Bo po wyrwaniu z marazmu samotności, Frederick nagle ma na co czekać. Nie wie do końca co ma się przydarzyć i w sumie na co lub na kogo czeka, ale czeka. 

Widzimy zderzenie wspomnień o miłości z lat młodości i o dawnej kochance z jej obecnym stanem. Harriet jest już stara i schorowana, jej ciało jest pomarszczone i zwisa, wygląda nieładnie. Frederick zauważa te zmiany z lekarska obiektywnością, nie jest nimi zszokowany, w końcu on też ma już swoje lata i czasem nie poznaje tej zmienionej, obcej twarzy w lustrze. To kolejny temat tej książki – starość. Starość brzydka i schorowana, uparta i upierdliwa, ale zasługująca na szacunek, bo w końcu stanie się udziałem większości z nas. 

Książka rozpoczyna się przybyciem Harriet na wyspę i jej podróżą, do której zmusza Fredericka. Wymaga ona od mężczyzny spełnienia obietnicy danej jej przed czterdziestu laty o wyjeździe nad małe leśne jeziorko, w którym były lekarz pływał razem z ojcem, jako chłopiec. Kobieta uznała tą obietnice za najpiękniejszą w jej życiu i przed śmiercią chce, aby dawny kochanek jej dotrzymał. Dziwaczna podróż zaowocuje nowymi znajomościami, odrodzeniem emocji i uczuć, które dawno zostały pogrzebane. Jest to również podróż w głąb siebie, która zapoczątkowana przez przybycie Harriet nie ma końca.

Przedziwna to książka. Niewiele jest w niej akcji, bohaterowie są dosyć irytujący, a przedstawione wydarzenia w sumie powszednie. Wypełniona jest zimnem, śmiercią i samotnością. Ale tak jak po każdej, nawet najostrzejszej i najciemniejszej zimie nadchodzi zielona wiosna tak i tu, wśród ogólnej atmosfery przemijania znajdziemy perełki radości i szczęścia. 

Przykuła moją uwagę już od pierwszej strony i ciągle jestem pod jej urokiem. Nie daje rozstrzygających odpowiedzi, jej zakończenie nie satysfakcjonuje, ale jej siła tkwi w samym zadawaniu pytań. O konsekwencje naszych czynów, o przebaczenie, o lęki i samotności, o rolę rodziny. Na dodatek okraszona jest niespodziewanym humorem. Świetna lektura na jesień i zimę, bo Zawsze czuje się bardziej samotny, kiedy jest zimno.

Henninga Mankella znałam jedynie z jego powieści kryminalnych o policjancie Kurcie Wallanderze. Mimo, że wiedziałam, że napisał on sporo innych powieści, w tym skierowanych do dzieci, bałam się po nie sięgać, aby się nie rozczarować. Seria o Wallanderze jest jedną z moich ulubionych i sprawiła, że zaczęłam sięgać po kryminały. „Włoskie buty” trafiły do mnie jedynie dzięki promocji w Empiku, a po ich przeczytaniu żałuję, że nie zainteresowałam się nimi wcześniej. Dodatkowo odnajduję we „Włoskich butach” tą tak smutną atmosferę ostatniej części o Kurcie Wallanderze, która w stylistyce kryminału mnie przygnębiła, a tutaj wywołała jedynie pełen łagodności smutek. Taki a nie inny przewijający się w obu powieściach klimat starości i przemijania spowodowany jest zapewne wiekiem i chorobą samego autora, co nadaje jedynie prawdziwości obu książkom.

Pomijając wszelkie zalety powieści to były one momentami niszczone licznymi błędami stylistycznymi. W jednym przypadku brakowało słowa w zdaniu! Taka świetna powieść, miła oku czcionka, a błędy są. Bardzo irytujące.

Acha, a o co mają włoskie buty do historii Fredericka? Zostawiam Wam to do odkrycia, ale jak mówił Zhuangzi Kto ma wygodne buty, nie myśli o stopach.

Polecam miłośnikom dzikiej natury, morza i lodu, tym, którzy zaszczuci wydarzeniami z przeszłości boją się dać życiu szanse oraz fanom Kurta Wallandera, by dali szansę Mankellowi.


Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

środa, 8 października 2014

‘Death of a Witch’ M.C. Beaton ("Hamish Macbeth i śmierć czarownicy")




Wróciwszy z zupełnie nieudanych wakacji w Hiszpanii, Hamish Macbeth dowiaduje się, że w Lochdubh, niedużym miasteczku, w którym pełni służbę, jako jedyny policjant, jest nowa mieszkanka. Catriona Beldame, bo tak brzmi jej imię, w czasie krótkiego czasu, w którym mieszkała w szkockiej miejscowości, zyskała sobie miano czarownicy i to takiej, która para się czarną magią. Hamish dowiaduje się, że bardzo często widywano miejscowych mężczyzn odwiedzających w nocy jej dom. Podejrzewając, że przyjezdna może zajmować się prostytucją policjant postanawia ją odwiedzić. Co zaskakujące jej czar uderza go z taką mocą, że jak otumaniony wychodzi z jej domu nie uzyskując żadnych istotnych informacji. Urok znika dopiero po konkretnym posiłku spożytym przez rudego Szkota. Uznając, że faktycznie Catriona zna się na ziołach i dodała mu czegoś do ziołowej herbatki, która u niej wypił postanawia się bliżej jej przyjrzeć. W między czasie dowiaduje się, że coraz więcej mężczyzn zgłasza się do lokalnego doktora z obrzękiem i swędzeniem okolic intymnych, które spowodowane może być specyfikiem zawierającym hiszpańską muchę uznawaną za afrodyzjak. Powikłania po jej użyciu mogą poważnie zaszkodzić zdrowiu człowieka, tak więc Hamish wykrzykując przy różnych okazjach, że albo pogoni czarownicę albo ją zabije bierze sprawy w swoje ręce. Niestety, jego przełożony, Blair, mający problem z alkoholem oraz szczerze nienawidzący Hamisha, uznaje sprawę za durną błahostkę. Kiedy mleczarz informuje policjanta, że już od paru dni nikt nie odbiera mleka spod drzwi domniemanej wiedźmy, Hamish rusza wybadać sprawę. W domu Catriony znajduje ją martwą we własnym łóżku. Niestety, chwilę po tym jak wyszedł na dwór czekając na wsparcie dom staje w płomieniach. Zgromadzony tłumek mieszkańców uznaje to za znak od Boga – czarownica zostaje spalona. Okazuje się, że morderstwo Catriony to dopiero początek serii brutalnych zabójstw. Co łączy cztery kobiety zamordowane w Lochdubh i okolicach? Czy wśród spokojnych mieszkańców miasteczka znajduje się morderca? Czy może to zło z zewnątrz burzy spokój miejscowych?

‘Death of a Witch’ to dwudziesta piąta (!) część przygód z serii o Hamishu Macbecie, a pierwsza, która trafiła w moje ręce. Początkowo czułam się nieco zagubiona w tym, kto jest, kim, ale powieść jest napisana na tyle przystępnie, że już po kilkudziesięciu stronach postaci występujące na jej kartach zdawały mi się starymi znajomymi. 

Hamish Macbeth, wysoki rudowłosy policjant ze szkockich Highland to ciekawa postać. Z jednej strony ujmuje swoim przywiązaniem do Lochdubh i troska o jej mieszkańców. Jest odważny i opiekuńczy. Z równym spokojem tropi po wzgórzach ludzi, którzy dybią na jego życie jak i odwiedza miejscowych staruszków, aby dowiedzieć się czy dają sobie radę w śnieżną pogodę przy braku prądu. W czasie całego śledztwa ma nadzieję, że mordercą okaże się ktoś z przeszłości Catriony, a nie osoba z wioski.
Hamish korzysta z małego mieszkania, które połączone jest z posterunkiem policji, jeżeli można tak szumnie nazwać to miejsce. Jeżeli oglądaliście kiedyś Strażaka Sama to wiecie, że przy tego typu posterunkach często znajduje się małe mieszkanie. Tak tez jest w przypadku Hamisha. Mieszkanie dzieli on z dwoma zwierzakami – kundlem o bardzo niebieskich oczach o imieniu Lugs i udomowionym dzikim kotem nazwanym Sonsie. Hamish stawia dobro swoich zwierzaków ponad wszystko i nie waha się zabierać ich ze sobą do pracy lub podrzucać znajomym, aby się nimi zaopiekowali pod jego nieobecność. Zdarza się również, że Hamish zabiera swoich podopiecznych na randkę lub zamiast poświęcić trochę czasu kobiecie idzie ich nakarmić lub wypuścić na wrzosowiska, aby zażyli trochę ruchu. Rozumiem jego miłość do zwierząt, ale momentami bywa ona bardzo irytująca. Szczególnie wtedy, kiedy policjant nie może, ani nawet nie próbuje, zrozumieć tego, ze nie każdy przepada za jego zwierzętami. Jego zachowanie przypomina mi zachowanie stereotypowej starej panny otoczonej wianuszkiem kotów. A przecież Hamish ma lat dopiero trzydzieści parę.

Kolejną irytującą cechą Hamisha jest jego rzekoma chęć do ustabilizowania się. Policjant myśli o wspólnym życiu zarówno z dziennikarka Elspeth jak i swoja „wielką” miłością Priscillą, córką właściciela lokalnego hotelu, ale w gruncie rzeczy są to jedynie sentymentalne marzenia dotyczące jakieś wyidealizowanej idei małżeństwa. Samolubne zachowanie Hamisha pokazuje, że nie jest on gotowy na wspólne życie z kimś, kto nie jest zwierzakiem. Jednocześnie te jego myśli o miłości są jakieś takie rozmazane i przelotne, nie zauważyłam w nim szczególnej tęsknoty, samotności czy głębszych porywów serca. O takie, rozważania „co by było gdyby…”. 

Nie stał się Hamish moim ulubieńcem. Momentami go lubię, momentami mnie irytuje. Siłą rzeczy porównuje go do Agathy Raisin z innej, popularnej serii tej samej autorki i stwierdzam, że chyba pani Beaton nie tworzy bohaterów łatwych do polubienia i miłych czytelnikowi. Za to sama intryga jest dobrze pomyślana, ciekawa, wypełniona lokalnym kolorytem i surowym szkockim krajobrazem. Lubię takie kryminały, które mimo lekkości i łatwości czytania dają czytelnikowi skomplikowaną zagadkę do rozwiązania.
Na pewno sięgnę po kolejne tomy z tej serii, aby dowiedzieć się czy Hamish Macbeth ulega namiętnością i porywom serca czy może zawsze kieruje się osobliwie pojmowanym poczuciem obowiązku.
 

Polecam wszystkim miłośnikom Szkocji, zatwardziałych kawalerów i fanom ciekawych cytatów (które otwierają każdy z rozdziałów książki).

Pozdrawiam,

Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

środa, 1 października 2014

Plany na październik (7)



Ojej. Moja idea klasycznego września upadła. I to upadła z hukiem. Nie przeczytałam ani jednej „klasycznej” lektury. Okazało się, że ma za wiele ciekawych książek piętrzących się w kątach i zachęcających z bibliotecznych półek. Po za tym, czasem jest tak, że ciężko jest się skupić na czymś ambitniejszym. Ja tak miałam. Dlatego namiętnie książki lekkie, łatwe i przyjemne, które można podczytywać kiedy puści się dziecku Disney Junior (zła matka ja, oj zła). 

Odpuszczam sobie więc klasyczne lektury, co pewnie będzie oznaczać, że zaraz zacznę je czytać jak szalona. Nie mam szałowych planów na październik oprócz „szarych” książek, które przeczytam w ramach świetnego wyzwania GRA W KOLORY. 




Ponieważ moi rodzice przylatują na kilka dni na drugie urodziny małej Mimi to zamówiłam sobie kilka książek.
Po entuzjastycznych recenzjach „Anglików na pokładzie” zapragnęłam też ją przeczytać. Poprosiłam mamę, aby kupiła mi tą pozycje jak i nowego Krajewskiego (bo wielbię bezustannie). Dodatkowo wspomniałam coś o klasycznych komiksach, które zaczął wydawać Egmont (ale to bez musu, najwyżej list do Mikołaja napiszę). No i poprosiłam o kilka pozycji z półki domowej – baśnie Andersa i braci Grimm, opowiadania Lovecrafta i Poe’go. Zobaczymy co dostanę.

Mam ochotę na jakiś cykl i prawdopodobnie zacznę coś związanego z baśniami. Mam tez pełno pomysłów związanych z Bożym Narodzeniem, ale to za wczesny obiad (jak mówi pewna osoba). 

Jesień, jesień, na blogach radość z powodu długich wieczorów spędzonych na czytaniu pod kocykiem i z herbatką raz kotem (opcjonalnie). A ja się martwię co ja będę robić w brzydsze dni z nadaktywną dwulatką. Na pewno nie czytać. Nie mówiąc o piciu gorącej herbaty. Ani o spokojnym leżeniu pod kocykiem (kota brak).

Pozdrawiam,

Kura Mania.