Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 października 2014

'The Ice Princess' Camilla Lackberg ("Księżniczka z lodu")




The house was desolate and empty. The cold penetrated into every corner. A thin sheet of ice had formed in the bathtub. She had begun to take on a slightly bluish tinge.
He thought she looked like a princess lying there. An ice princess.

Ericka Flack, autorka poczytnych biografii o słynnych Szwedkach, po śmierci rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym, mieszka tymczasowo w domu rodzinnym w Fjallbace– niewielkim nadmorskim miasteczku, które mimo, że w sezonie zalewane jest falami turystów i właścicieli daczy nad morzem, zimą wydaje się mieć o wiele więcej uroku. Powolny powrót do normalności pisarki zostaje zaburzony tragicznym wydarzeniem. Zwabiona krzykiem jednego z sąsiadów udaje się do domu rodziców dawnej przyjaciółki z dzieciństwa, Alexandry Carlgren. W środku, w jednej z łazienek, znajduje martwą Alex z przeciętymi nadgarstkami.  Z powodu niedziałającego ogrzewania wanna wypełniona jest zamarzniętą wodą, a kobieta wygląda jak wyrzeźbiona  z lodu. Sprawa wydaje się prosta – przecięte żyły wskazują na samobójstwo.  Jednak kiedy Ericka zostaje poproszona przez rodziców Alex o napisanie o niej wspomnienia do jednej z gazet i zaczyna zbierać materiały o dawnej przyjaciółce, okazuje się, że w tej jednak sprawie nic nie jest takie jak się wydaje. Wspomnienia Ericki o Alex w ogóle nie przystają do tego jaką była osobą kiedy już dorosła. Chłodna, trzymająca ludzi na dystans i kryjąca w sobie jakąś bolesną tajemnicę. Ericka czuje, że musi dotrzeć do prawdy, jednocześnie widząc w tej historii materiał na książkę. W toku postępowania śledztwa  spotyka się z dawnym kolegą z dzieciństwa, Patrikiem Hedstromem, który jest jednym z policjantów prowadzących tę sprawę. Mając aroganckiego i gburowatego lenia za przełożonego to na Patriku leży ciężar rozwiązania zagadki. Równolegle z Eriką starają się zyskać jak najwięcej informacji o życiu Alex, o jej rodzinie i przyjaciołach. Stopniowo, Erika zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na mężczyznę, którego lata temu traktowała jak lekko męczącego, młodszego brata, który wszędzie za nią łaził. Teraz dostrzega jego urok i ciepło, a policjant coraz bardziej ją pociąga. Historia Alex przeplata się z osobistymi problemami Eriki, która  musi sobie poradzić nie tylko z żałobą po rodzicach i dawnej przyjaciółce, ale również z narastającymi nieporozumieniami z siostrą i rodzącym się nowym uczuciem.

Musze przyznać, że wręcz połknęłam tę książkę. Nastawiłam się na porządny, skandynawski kryminał, a dostałam opowieść obyczajową z wątkiem kryminalnym, który przewija się przez historię nadając jej smaku i treści. Postać Eriki spodobała mi się od samego początku pewnie dlatego, że jest taka… normalna. Ok, Erika jest autorką kilku dobrze się sprzedających biografii znanych Szwedek, więc to ją wyróżnia spośród przeciętnych ludzi, ale jej problemy osobiste znam z życia codziennego. Erika martwi się swoją wagą, ale mimo tego wcina słodkości, bo w końcu cóż innego jej w życiu pozostało. Jest samotna, jest jej źle, ma problemy rodzinne. Potrafi wybuchnąć niesprawiedliwym gniewem, jak i popełnić kilka błędów. Ot, taka przeciętna trzydziestokilkulatka, która po kilku nieudanych związkach, boi się wejść w kolejny, aby nie zostać zraniona. Jednocześnie przyznaje, że ma już swoje nawyki i wymagania w stosunku do hipotetycznego partnera. Spotyka Patrika, któremu zawsze się podobała. O, a Patrik to prawie, że ideał – pracowity, ciepły, uroczy, świetnie gotuje i ma super kontakt z dziećmi. Marzenie każdej teściowej. Tak, wiemy czego się spodziewać i wiemy jak to się skończy. Ale nie odbiera to uroku całej historii.

Wątkiem, który definiuje tę książkę jako kryminał, jest samobójstwo Alexy, które wzbudza spore wątpliwości. Powoli, razem z Eriką, a potem i dzięki Patrikowi dokopujemy się do prawdy o życiu zamordowanej kobiety. Poznajemy co kryje się pod fasadą porządnej szwedzkiej rodziny z wyższej klasy średniej. Jedna śmierć pociąga drugą, a odkrywa prawdę o kolejnej. Szkoda tylko, że już w połowie książki odkryłam co tak naprawdę przydarzyło się Alex i co może łączyć zamordowaną kobietę, artystę – alkoholika i „idealnego” człowieka biznesu. Po za tym, niezbyt mogłam się dopatrzyć powiązania między wewnętrznym monologiem jednej z postaci napisanych kursywą z jej charakterem. Według mnie te krótkie rozdzialiki nie pasują do charakteru książki. Muszę jednak przyznać, że nie odgadłam tożsamości mordercy.

Mottem tej opowieści mogłoby być pytanie „Ale co ludzie powiedzą?”. Jej bohaterowie popełniają tragiczne błędy zapominając o tym co jest ważne dla nich i przekładając opinie sąsiadów nad dobrem własnej rodziny. Z niedowierzaniem kręciłam głowa czytając do czego zdolni byli bohaterowie książki, aby utrzymać pozory przykładności i porządności. Na zewnątrz zwykła, normalna rodzina, a tak naprawdę grupa pokrzywdzonych, który łączy jedynie wspólne dochowywanie piekielnego sekretu. Straszne do czego taki sposób myślenia może doprowadzić.

Czy Alex była tytułową księżniczką z lodu? Nie sądzę. Pomimo jej fasady chłodu i dystansu, zdolna była do płomiennych uczuć, radości i szczęścia. Nawet mimo ogromu cierpienia, którego doświadczała przez większość swego życia.

Świetnie się mi czytało ‘The Ice Princess’. Nie jest to dzieło wiekopomne, nie wstrząsnęło mną, ale dało mi wiele przyjemności czytania, zagadkę, która mnie zaciekawiła i bohaterów, których polubiłam. Jest to moje pierwsze spotkanie z Camillą Lackberg, ale na pewno nie ostatnie. Mam jedynie nadzieję, że kolejne kryminalne zagadki będą trudniejsze do odgadnięcia. Z przyjemnością się o tym przekonam sięgając po kolejną książkę tej autorki.

Polecam wszystkim fanom zimy, powieści obyczajowo-kryminalnych oraz miłośnikom dysfunkcyjnych szwedzkich rodzin.

Pozdrawiam,

Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

poniedziałek, 13 października 2014

"Włoskie buty" Henning Mankell




To miejsce miało być moim letniskiem. Nie szańcem, którego muszę strzec. Każdego ranka, kiedy wyrąbuję przerębel lub gdy latem wchodzę do nagrzanej słońcem wody, na nowo dziwię się, jak potoczyło się moje życie.

Wiem, co jest tego przyczyną. Popełniłem błąd. A potem odmówiłem poniesienia konsekwencji Często pytam sam siebie, co bym zrobił, gdybym wówczas wiedział to, co wiem dziś. Nie znam jednak odpowiedzi. Mimo to jestem pewny, że mogłem uniknąć zaszywania się na tej wyspie jak zbiegły więzień.

Dwanaście lat temu Frederick Welin odwrócił się od świata. Mimo, że był chirurgiem zerwał wszelkie kontakty ze światem medycznym. Wyjechał na niewielką wysepkę na Morzu Bałtyckim odziedziczoną po dziadkach i tam zaczął prowadzić samotne życie. Z czasem zyskał dwie towarzyszki – sukę i kotkę. W zimę trzy razy w tygodniu widział się z listonoszem, Janssonem, który w lecie przypływał na wyspę we wszystkie dni robocze. Prawie nigdy nie ma poczty dla Welina, ale wymieniają kilka zdań na temat pogody. Prosi tez emerytowanego lekarza o badanie, chociaż jedyne, na co cierpi to hipochondria. Welin nie darzy listonosza szczególną sympatią. Raz na jakiś czas Frederick płynie motorówką na brzeg i robi zakupy. Ma też stary samochód zaparkowany na parkingu na lądzie. Prowadzi życie unormowane, samotne i przewidywalne przypominające bardziej wegetację. W okresie zimowym kąpielami nago w przeręblu przypomina sobie, że jednak żyje.

Pewnego dnia podczas takiej właśnie kąpieli widzi na lodzie kobietę z balkonikiem, która po chwili się osuwa w śnieg. To przeszłość odnalazła Fredericka. Wyjazd na wyspę nie był bowiem jedyną ucieczką w życiu mężczyzny. Prawie czterdzieści lat temu uciekł od Harriet, zostawiając ja bez jednego słowa wyjaśnienia. Mimo, że Frederick uważał, że może uciec od konsekwencji tych dwóch ucieczek to dzięki powrotowi Harriet uświadomił sobie, że nosił je cały czas w sobie. Po dwunastu latach cztery kobiety sprawiły, że zdał sobie sprawę jak bardzo uciekanie od odpowiedzialności i wieczne skrywanie uczuć wpłynęło na jego życie. 

Pierwsza z tych czterech kobiet to Harriet, miłość sprzed kilkudziesięciu lat, z którą był tak blisko jak z żadną później. Druga to Louise, aktywistka mieszkająca wśród lasów, które skrywają niejedną tajemnicę. Trzecia to Astrid, która doświadczywszy wielkiej fizycznej krzywdy zwróciła się ku tym, którzy są jeszcze bardziej okaleczeni przez los. Ostatnia to Sima, której rany nie miały szansy się zabliźnić. Cztery kobiety, na których życie Frederick wywarł wpływ, ale które przez swoją obecność i zachowanie uświadomiły Frederickowi kim był a kim się stał. Mimo tego, że to Frederick przedstawiony jest jako główna postać powieści to jej prawdziwymi bohaterkami są kobiety, które nie mając innego wyjścia znajdują ukrytą siłę w sobie na podejmowanie twardych decyzji. 

Jest to głównie opowieść o samotności. O samotności, która mieszka w nas pomimo obecności innych ludzi i która sprawia, że nasze wybory zubożają nasze życie. O samotności, która sprawia, że rośnie w nas lęk przed jej przełamaniem. A kiedy ten lęk wypełnia nas już całych to nie ma odwrotu – tchórzymy uciekając od życia i izolując się jeszcze bardziej. Samotność Fredericka znajduje swoje odzwierciedlenie w mrowisku, któremu pozwala się rozrastać w jednym z pokojów jego domu. Mrówki powolutku zagarniają coraz więcej przestrzeni dla siebie budując mrowisko, które wchłania kolejne rzeczy. Tak samo samotność opanowując życie byłego lekarza sprawia, że stopniowo traci on swoją tożsamość.

Jest to też opowieść o miłości, ale takiej odczarowanej. Nie przenosi ona gór, nie sprawia, że jesteśmy lepsi.  Przypomina sobie jednak o nas w chwili, kiedy myśleliśmy, ze już prawie cały świat o nas zapomniał. Na dodatek nadchodzi z nieoczekiwanej strony. Nie robiąc nic, zmienia nasz sposób myślenia i wprawia w stan oczekiwania. Bo po wyrwaniu z marazmu samotności, Frederick nagle ma na co czekać. Nie wie do końca co ma się przydarzyć i w sumie na co lub na kogo czeka, ale czeka. 

Widzimy zderzenie wspomnień o miłości z lat młodości i o dawnej kochance z jej obecnym stanem. Harriet jest już stara i schorowana, jej ciało jest pomarszczone i zwisa, wygląda nieładnie. Frederick zauważa te zmiany z lekarska obiektywnością, nie jest nimi zszokowany, w końcu on też ma już swoje lata i czasem nie poznaje tej zmienionej, obcej twarzy w lustrze. To kolejny temat tej książki – starość. Starość brzydka i schorowana, uparta i upierdliwa, ale zasługująca na szacunek, bo w końcu stanie się udziałem większości z nas. 

Książka rozpoczyna się przybyciem Harriet na wyspę i jej podróżą, do której zmusza Fredericka. Wymaga ona od mężczyzny spełnienia obietnicy danej jej przed czterdziestu laty o wyjeździe nad małe leśne jeziorko, w którym były lekarz pływał razem z ojcem, jako chłopiec. Kobieta uznała tą obietnice za najpiękniejszą w jej życiu i przed śmiercią chce, aby dawny kochanek jej dotrzymał. Dziwaczna podróż zaowocuje nowymi znajomościami, odrodzeniem emocji i uczuć, które dawno zostały pogrzebane. Jest to również podróż w głąb siebie, która zapoczątkowana przez przybycie Harriet nie ma końca.

Przedziwna to książka. Niewiele jest w niej akcji, bohaterowie są dosyć irytujący, a przedstawione wydarzenia w sumie powszednie. Wypełniona jest zimnem, śmiercią i samotnością. Ale tak jak po każdej, nawet najostrzejszej i najciemniejszej zimie nadchodzi zielona wiosna tak i tu, wśród ogólnej atmosfery przemijania znajdziemy perełki radości i szczęścia. 

Przykuła moją uwagę już od pierwszej strony i ciągle jestem pod jej urokiem. Nie daje rozstrzygających odpowiedzi, jej zakończenie nie satysfakcjonuje, ale jej siła tkwi w samym zadawaniu pytań. O konsekwencje naszych czynów, o przebaczenie, o lęki i samotności, o rolę rodziny. Na dodatek okraszona jest niespodziewanym humorem. Świetna lektura na jesień i zimę, bo Zawsze czuje się bardziej samotny, kiedy jest zimno.

Henninga Mankella znałam jedynie z jego powieści kryminalnych o policjancie Kurcie Wallanderze. Mimo, że wiedziałam, że napisał on sporo innych powieści, w tym skierowanych do dzieci, bałam się po nie sięgać, aby się nie rozczarować. Seria o Wallanderze jest jedną z moich ulubionych i sprawiła, że zaczęłam sięgać po kryminały. „Włoskie buty” trafiły do mnie jedynie dzięki promocji w Empiku, a po ich przeczytaniu żałuję, że nie zainteresowałam się nimi wcześniej. Dodatkowo odnajduję we „Włoskich butach” tą tak smutną atmosferę ostatniej części o Kurcie Wallanderze, która w stylistyce kryminału mnie przygnębiła, a tutaj wywołała jedynie pełen łagodności smutek. Taki a nie inny przewijający się w obu powieściach klimat starości i przemijania spowodowany jest zapewne wiekiem i chorobą samego autora, co nadaje jedynie prawdziwości obu książkom.

Pomijając wszelkie zalety powieści to były one momentami niszczone licznymi błędami stylistycznymi. W jednym przypadku brakowało słowa w zdaniu! Taka świetna powieść, miła oku czcionka, a błędy są. Bardzo irytujące.

Acha, a o co mają włoskie buty do historii Fredericka? Zostawiam Wam to do odkrycia, ale jak mówił Zhuangzi Kto ma wygodne buty, nie myśli o stopach.

Polecam miłośnikom dzikiej natury, morza i lodu, tym, którzy zaszczuci wydarzeniami z przeszłości boją się dać życiu szanse oraz fanom Kurta Wallandera, by dali szansę Mankellowi.


Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.