środa, 24 czerwca 2015

Zbrodnia w Kurniku: „Szurmo” Jean-Claude Izzo


żródło: empik.com


Kiedy młody Guito uciekł z domu, aby spotkać się potajemnie z pochodzącą z arabskiej rodziny Naimą, nie wiedział jak dramatycznie skończy się ich pierwsza wspólna noc.

Fabio Montale, ekspolicjant, zostaje poproszony przez swoją dawno niewidzianą kuzynkę o znalezienie jej najmłodszego dziecka, którym jest właśnie Guito. Jedzie do Marsylii sprawdzić jedyny trop jaki ma, czyli rodzinę dziewczyny. Na jego oczach ginie Serge, dawny znajomy z którym często współpracował w trakcie pracy w policji. Okazuje się, że dwie niby wcale nie związane sprawy łączy mroczna sieć kłamstw, dilerów narkotykowych i gangów, które rządzą Marsylią, w której rozgrywa się akcja. Fabio znów zanurzy się w bezlitosny półświatek, w którym dobrze pamiętano dawnego komisarza, a jego prywatne śledztwo zamieni się w osobistą wendettę. Montale, pomimo tego, że jest ekspolicjantem ma wielu znajomych wśród półświatka. Nie był takim typowym, sztywno przestrzegającym reguł policjantem, ale pomagał wielu takim, którym już nikt nie chciał pomóc. Dzięki temu stał się jednym z „nas”, swoim, należał do szurmo, ponad podziałami i różnicami. Z drugiej strony, byli policjanci  dla których jedynie statystyki się liczyły i gangsterzy dla których liczył się jedynie hajs i jak największa strefa wpływów. 

Montale, miłośnik lokalnej kuchni, pięknych kobiet oraz Marsylii, jest jakby żywcem wyjęty z klasycznego kryminału w stylu noir. Już nie warto wspominać o takich oczywistościach jak nieudane życie uczuciowe, słabość do pięknych, ale niebezpiecznych kobiet z tajemnicą i popijanie trunków o wszelkich możliwych godzinach w ilościach, które dawno już powinny sprawić, że zwaliłby się do swojego kawalerskiego wyra nieprzytomny. Jest on również źródłem mnóstwa powiedzonek i takich mrocznych prawd życiowych, którymi sypie jak z rękawa (np. „Śmierć mnie nie opuszcza, uczepiła się jak jakieś gówno, w które musiałem kiedyś wdepnąć” lub  „A ja byłem jak Marsylia. Stałem się nikim albo prawie nikim. Minus złudzenia, plus uśmiech, jakoś tak).  Dodatkowo Marsylia, która znana jest raczej ze słoneczno-rozrywkowych obrazków,  przedstawiona jest w sposób niepokojący jako miasto przeżarte korupcją, zepsuciem i degeneracją zarówno fizyczną jak i moralną.

- To dlatego, że jesteśmy dziećmi wygnania.
-Marsylia tez jest częścią wygnania. To miasto nigdy nie będzie czymś innym, to ostatni przystanek, ostatni port. Jego przyszłość należy do tych, którzy tu przyjeżdżają. Nie do tych, co wyjeżdżają.
- A co powiesz o tych, którzy zostają?
- Tacy sami jak ci, co na morzu. Nigdy nie wiadomo, czy są żywi, czy umarli.
Jak my, pomyślałem, dopijając kieliszek.

Zresztą Marsylia powinna być traktowana jako pełnoprawny współbohater tej powieści, bo to atmosfera tego właśnie miasta wpływa na umysły i zachowania jej mieszkańców. Zaludniona imigrantami, „mieszańcami”, którzy przez mieszkańców południowej Francji są określani jednym pogardliwym określeniem Mau-Mau zawierającym w sobie zarówno Arabów, jak i  Cyganów oraz Włochów urodzonych na południe od Rzymu. Miasto to jest targane wewnętrznymi konfliktami na tle narodowościowo-religijnym, które rodzą się na styku kultury arabskiej z europejską.

Wiele miejsca zabierają przemyślenia  byłego policjanta. Jego podejście do życia mimo tego, że on sam twierdzi, że już jest z nim pogodzony, jest zabarwione negatywnie. Częste powtórzenia dotyczące szumnej młodości, w której często łamał on prawo wybierając łatwe życie wraz ze swoim przyjaciółmi, przypomnienia nieudanych związków z kobietami, opisy upadku dawnych przyjaciół oraz poczucie pustki w obecnym życiu, które nie ma celu,  pomimo pozornego spokoju i zadowolenia dodawałoby fajnego mrocznego smaczku, gdyby nie to, że te powtórzenia były jedna zbyt liczne i przez to lekko nużące. Często nie łączyły się z opisywanym śledztwem i dodatkowo spowalniały akcję.

Jak na taką krótką powieść wypełniona jest ona wieloma wątkami.  Nie jest to typowy kryminał, ale raczej powieść o zabarwieniu noir z wątkiem kryminalnym. Zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, bo akcja przyśpieszyła znienacka. Wpisało się ono jednak w styl kryminału noir, w którym to główny bohater, cyniczny i przegrany dokańcza sprawy z racji obowiązku i silnego poczucia moralności. 

Jest to świetna powieść. Ma swoje wady takie jak przerysowana sylwetka głównego bohatera, jego ciągłe wynurzenia i trochę zbyt monotonnie jednostronny opis Marsylii jako miasta przemocy i zepsucia. Jednak z ciekawością dowiedziałam się o „ciemnej stronie” Marsylii, a wiedza, która z tej książki wyniosłam przeraziła mnie. Ja wiem, może ja jestem naiwna i życia nie znam, bo pewnie tak już jest w dzisiejszych czasach, że nowoczesnymi miastami rządzi mafia, która zazwyczaj zajmuje się narkotykami, ale i tak aż tak dobitne uświadomienie sobie tej prawdy przeraża. Z drugiej strony, Marsylia jest miastem imigrantów, ludzi, Francuzów, wśród których przodków znajdziemy więcej przyjezdnych z Afryki czy Azji niż Europejczyków. Ta wybuchowa mieszanka pozostawała we względnym spokoju dopóki nie wmieszała się w nią religijność fanatyków muzułmanizmu, których ekstremistyczne poglądy nawet wśród innych Muzułmanów wywołują  krytykę. Dramaty rozgrywające się na ulicach i w domach Marsylii nie są jedynie typowe dla tamtego regionu, ale dla wszystkich miejsc, gdzie społeczność jest niejednolita pod względem pochodzenia, kultury czy religii. Nie chodzi mi to o tą „tradycyjną” nienawiść białego człowieka do Araba, ale o dramaty, które rozgrywają się w arabskich rodzinach, w których część chce żyć po „europejsku” ubierając np. krótkie spódnice czy słuchając nowoczesnej muzyki, a inni zaczynają fanatycznie przestrzegać Koranu rozumiejąc go w drastyczny i ekstremalny sposób. 

Powieść, która dostarczyła mi może nie przyjemności, ale wielu ciekawych informacji, lekko mną wstrząsając. Mroczna pomimo pełnego słońca Marsylia, w której lepka atmosfera osiada na skórze i przyciąga ku ziemi, w której obcy nie zapuszcza się w nieznane sobie blokowiska, a idee dobra i zła rozmywają się w szarościach, zostawiła głęboki ślad w moich myślach. 

„Szurmo” to druga część tzw. trylogii marsylskiej i z chęcią sięgnę po resztę tomów, jeśli tylko będę miała na to okazję.

Polecam wszystkim uprzedzonym do kultury arabskiej, chętnym na wycieczkę do Marsylii, jak i miłośnikom kuchni śródziemnomorskiej.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

sobota, 20 czerwca 2015

Kurczę czytane: ‘My Blue is Happy’ Jessica Young & Catia Chien





Lista książek dla dzieci o kolorach, gdyby ktoś się pokusił o jej spisanie, pewnie oplotła by Ziemię z raz albo i dwa. Warto jednak poszukać książek niebanalnych, takich, które będą służyć przez kilka lat, a nie tylko do momentu zaczajenia przez dziecię, że truskawka jest czerwona, a kurczątko żółte. 

Taką książka jest ukochany mój Pomelo. Taką książką jest też ‘My Blue is Happy’, która również łączy kolory z uczuciami. 


Główną bohaterką jest mała dziewczynka, dla której kolory kojarzą się z zupełnie innymi uczuciami niż reszcie jej rodziny. Podczas gdy dla jej siostry niebieski jest smutny jak piosenka o samotności, jej się kojarzy z radością podczas noszenia ulubionych dżinsów i pluskaniem się w basenie w gorący dzień. Podobnie opisane są kolejne kolory, a skojarzenia dziewczynki z poszczególnymi barwami są czasem naprawdę zaskakujące. 


Weźmy na przykład żółty. Radosny kolor jak letnie słońce. Nie dla naszej bohaterki. Dla niej to kolor zatroskania i zmartwienia, jak motyl złapany w sieć lub więdnący kwiatek.

Różowy dla przyjaciółki jest ładny jak tutu baletnicy. Niestety, dziewczynka nie lubi różowego, bo to kolor ugryzienia przez owada i gumy do żucia, która przylepia się do buta. 


Żaden z kolorów nie jest zwyczajny, każdy z czymś się kojarzy, a to pozytywnym, a to negatywnym. Nie są to jednak skojarzenia takie, które nasuwają się w pierwszej kolejności na myśl, ale bardziej oryginalne, choć nie mniej prawdziwe. 

Morałem tej książeczki może być zdanie ją kończące – I guess colours are how you see them and my blue is happy.

Ilustracje są bardzo ładne, utrzymane w kolorystyce, o której sie na danej stronie wspomina. Nie są zbyt wymagające, po prostu odzwierciedlają poszczególne zdania. Jest to jednak bardzo sympatyczna książka, której sens uchwycą nie co starsze dzieci, ale i takie szalone dwu i pół latki jak moja Mimi spędzą przy niej miłe chwile.

Pozdrawiamy,
Kura Mania i mała Mimi.

Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

czwartek, 18 czerwca 2015

‘Who’s Afraid of Jane Austen? How to Really Talk About Books You Haven’t Read’ Henry Hitchings




Większość ludzi wstydu nie zna. W sensie, że wstydu dotyczącego tego, że nie znają klasyki, nowoczesnych bestsellerów nie czytali, ani najpowszechniejszych dziecięcych lektur. Większości ludzi takie rzeczy nie ruszają, bo kto ma czas/siłę/hajs na takie fanaberie jak czytanie. Są jednak tacy ludzie, którzy czytają z zapałem i zacięciem. Wiadomo, nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkich książek. Zresztą niektórzy czytelnicy mają bardzo sprecyzowane gusta. Wampirze romanse, skandynawskie kryminały, powieści graficzne lub postapokaliptyczne. I w takim właśnie czytelniku czasem kiełkują pewne wątpliwości i ciągoty. A bo może powinnam czytać więcej klasyki, bo  mając ją obcykaną wyłapywałabym te wszelkie nawiązania do klasycznych pozycji, motywów i toposów? A bo może znając Jane Austen czy innego Dostojewskiego bardziej bym zabłysnął w towarzystwie niż znając wszystkie opowieści Grocholi? No, ale czasu szkoda, chęci zbytnio nie ma, jak żyć, ja się pytam, jak żyć? 

Dla takich właśnie osób skierowana jest ta niewielkich rozmiarów książka, której tytuł mówi wszystko. Jak mówić, ciekawie i inteligentnie, o książkach, których się nie czytało? Autor odpowiada nam na to pytanie w rozdziałach poświęconych kolejnym autorom i gatunkom literackim. A robi to na tyle dobrze, z dowcipem i polotem, że czyta się tą książkę nie dość, że szybko to i jeszcze całą masę przeróżnych (przydatnych w inteligentnej rozmowie) informacji, dykteryjek i ciekawostek łatwo się zapamiętuje. Okazuje się bowiem, że to nie dokładna znajomość fabuły jest gwarancją sukcesu w rozmowie dotyczącej książek, ale znajomość detali, szczególików, dotyczących autora, na których można oprzeć całą dyskusję. Znajomość chwytliwych fraz, odpowiednie zadawanie pytań, jak i znajomość podstawowych faktów sprawi, że będziecie błyszczeć w towarzystwie.

Tak więc dostajemy dwadzieścia skondensowanych rozdziałów mówiących zarówno o poszczególnych autorach, jak na przykład o tytułowej Jane Austen, Prouście czy Henry Jamesie, jak i o bardziej ogólnych tematach związanych z literaturą, czyli o najważniejszych książkach naukowych czy filozoficznych. Część z rozdziałów jest napisana w sposób kontrastujący pisarzy z danego okresu lub powiązanych pochodzeniem, np. jest rozdział o Tołstoju i Dostojewskim oraz o autorach starożytnych. Wszystko to jest naszpikowane informacjami oraz punktami startowymi do dyskusji nad książkami. Często książki, z których większość poznałam, pokazane są w całkiem nowym i oryginalnym świetle (np. kontrolowana nienawiść w powieściach Austen).

Wśród tych rad, które mają nam pomóc w rozmowie o nieprzeczytanych dziełach,  są takie jak na przykład: skierowanie rozmowy na siebie i na swoje doświadczenia, zaskoczenie rozmówcy jakimś totalnie absurdalnym skojarzeniem lub porównaniem danego dzieła czy autora do czegoś totalnie abstrakcyjnego. Dobrze tez poznać jakąś powieść egzotycznego pisarza z, nie wiem, Wysp Zielonego Przylądka i luźno rzucić, że teraz to ty czytasz takie właśnie rzeczy (czyli snobowanie się na dany gatunek lub pisarza). Równie ważne jest przyjęcie tezy, że nasz rozmówca również nie czytał „Don Kiszota”, którego zna (tak jak i ty) głównie z animacji stworzonej na bazie powieści jak i umiejętność kłamania w żywe oczy.

Czy te rady się sprawdzają? Oczywiście! Gdyby nie wrodzona szczerość (ykhym) to mogłabym spokojnie pisać sobie tutaj teksty o książkach, których nie czytałam i, których nawet nie zamierzam czytać. Nie raz i nie dwa, uczestniczyłam w dyskusji o książce, której tytuł usłyszałam po raz pierwszy w trakcie rzeczonej dyskusji. Podam Ci dwa moje niesławne przykłady, oba miały miejsce kiedy studiowałam literaturę na uniwersytecie w  Southampton.

Pierwsza sytuacja miała miejsce w trakcie jednych z zajęć z kursu dotyczącego przedstawiania ciała w literaturze wieku XX i XXI. Mi się oczywiście coś pomyliło i przeczytałam nie tą książkę co trzeba. Przeżyłam lekki szok, kiedy podzielono nas na grupy, rozdano zagadnienia i mieliśmy pracować na podstawie jednej z książek Susan Sontag. O kobiecie w życiu nie słyszałam. Oczywiście, nasza grupa miała przedstawić temat jako pierwsza, a ja zostałam wybrana na lidera. Machnęłam wypowiedź na 15 minut, która zakończyła się ożywioną dyskusją. O czym mówiłam? Nie pamiętam, wiem, że było to coś na temat chorób i raka. Jak mi się to udało? Po prostu zaczęłam mówić o sobie i swoich doświadczeniach (jedna z rad udzielonych przez Hitchingsa).

Druga sytuacja miała miejsce w czasie zajęć poświęconych ‘Waves’ Virginii Woolf. Po lekturze książki pozostały mi jedynie jakieś mgliste ogólne pojęcie o czym była i przypadkowo wyrwane z kontekstu zdania. Okazało się, że reszta grupy, w której byłam również nic z tekstu nie zrozumiała. Ale nic to! Przeczytałam tonę materiałów na temat i nasza grupa zabłysła. Najlepsze jest to, ze pod koniec zajęć okazało się, że wszyscy mieli z ta powieścią problem.

(W ogóle ten semestr spędzony na uniwersytecie w S. był jak z Monty Pythona. Byłam jedyną  nie-Brytyjką, więc moja wiedza dotycząca literatury znacząco odbiegała od tego co wiedzieli moi koledzy z grupy. Nagle stałam się ekspertką od niemieckich słów, rosyjskich nazwisk, jak i różnej egzotycznej literatury (np. czeskiej). Pff.)

Acha, i jeszcze jedna powtarzająca się nagminnie sytuacja w czasach, kiedy snobowałam się na świetnie oczytaną (człowiek młody był i głupi). Wiele razy kłóciłam się na tematy związane z książkami, których nazwiska autorów nawet nie umiałam wymówić, rzucając jakąś kontrowersyjną uwagę typu „Po co tracić czas na nudziarza podniecającego się magdalenką jak prawdziwe życie leży w powieściach typu pulp, naszpikowanych przemocą, seksem i patologią, bo to właśnie jest bliższe życiu, a nie wydumane frazesiki hipochondryka, który życie oglądał z łóżka” (naprawdę tak było). Albo kiedy zapytana o zdanie na jakiś temat odpowiadałam mrocznie „Czytam jedynie „Ulissesa” Joyce’a, bo to powieść totalna, zawierająca wszystko.” Tak, tak, właśnie tak było :D A teraz nawet nie ma z kim się kłócić o książki, ech. 

‘Who’s Afraid of Jane Austen?’ to książka, która skierowana jest nie do tych, którzy wcale nie czytają, a chcą sprawiać wrażenie oczytanych, ale do tych, którzy czytają wiele, ale nie mają czasu lub ochoty na poznanie klasyków. Naszpikowana jest tak informacjami, że czytanie jej jest wielką przyjemnością. Taka, o, lekka lektura, która powinna być przyjacielem każdego ucznia czy początkującego studenta. Nic nowego dla średnio oczytanego czytelnika, ale wszystko napisane żartobliwie, z polotem i przymrużeniem oka (np. rozdział poświęcony filozoficznym dziełom otwiera pytanie How do you Get a philosopher off your doorstep?, a odpowiedzią jest pay for the pizza), sam miód i orzeszki. Dodatkowym atutem jest niewątpliwa erudycja autora, który płynnie i łatwo opowiada o zaprezentowanych zagadnieniach. Dba on o czytelnika tłumacząc co bardziej skomplikowane słowa czy twierdzenia. Jedynym minusikiem mogło by być to, że momentami miałam wrażenie, że książką ta stawia on sobie pomnik swojej wiedzy i traktuje czytelnika jak był on lekko przygłupi (choć przecież jest to pozycja niby skierowana do tych nie czytających, więc się nie czepiam).

A jakie jest moje zdanie na temat czytania klasyki? Czasem naprawdę nie ma co się szarpać i lepiej sobie odpuścić czytanie pewnych książek. No, ale faktycznie lepiej chyba poznać przystępne „Dumę i uprzedzenie”, która może dać nam wiele przyjemności przy jednoczesnym poczuciu, że oto czytamy klasykę niż „Finnegans Wake”, po którego przeczytaniu będziemy wiedzieć o tej książce tyle ile przed, czyli to co przeczytaliśmy na Wikipedii. 

 Polecam wszystkim miłośnikom książek o książkach (kto ich nie lubi?), uczniom, studentom, ale i nauczycielom, którym brakuje pomysłów na omawiane lektury (czyli, m.in czy zaprosiłbyś Jane Austen na obiad?).

Pozdrawiam,
Kura Mania.

PS. Tak w ogóle, to przecież każdy średnio oczytany czytelnik potrafi mówić o książkach, których nie czytał. Tak mi się wydaje. 

M.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

wtorek, 16 czerwca 2015

Bloomsday, czyli lans na książkę i trudna miłość albo dlaczego czytanie „Ullisesa” to powód do wstydu


Joyce źr. Pinterest


Bloomsday

16 czerwca 1904 James Joyce poszedł na pierwszą randkę ze swoją przyszłą żoną, Norą Barnacle. Wydarzenie to było tak ważne dla pisarza, że umieścił akcję swojego najbardziej znanego dzieła, czyli „Ullisesa” właśnie w tym dniu. Dzień ten, znany później jako Bloomsday od nazwiska głównego bohatera powieści, jest świętem miłośników twórczości Jamesa Joyce’a (choć niektórzy mówią, że Bloomsday ma tyle wspólnego z Joycem co Boże Narodzenie z Jezusem, if you know what I mean), którzy na całym świecie organizują maratony czytania „Ulissesa”, przebierają się w ubrania z epoki, wystawiają go na scenie, spotykają się w pubach, aby wypić za zdrowie pisarza i podyskutować, a w samym Dublinie organizowane są wycieczki szlakiem Blooma opisanym w „Ulissesie”. Tego też dnia, w 1956 roku, zawarli małżeństwo Sylvia Plath i Ted Hughes właśnie w hołdzie dla Joyce’a. Dla mnie czerwiec już od kilku lat stoi pod znakiem tego pisarza do którego mam słabość i na którego temat zbieram publikacje. Dodatkowo, nie tylko co dwa lata odświeżam sobie „Ulissesa”, ale i świętuję pierwszy śnieg czytając opowiadanie ‘The Dead’ ze zbioru ‘Dubliners’ (głównie ze względu na ostatnie zdanie, czyli His soul swooned slowly as he heard the snow falling faintly through the universe and faintly falling, like the descent of their last end, upon all the living and the dead). Rownież podtytuł tego bloga to zdanie wypowiedziane przez Joyce’a w odniesieniu do rozmów o literaturze. 
Pinterest

Rola lans, lans rola

Jak James Joyce stał sie jednym z moim ulubionych pisarzy? Ooo, wszystko zaczęło się na drugim roku studiów, kiedy to miałam zajęcia z literatury angielskiej. Na jednych z nich omawialiśmy jedno z opowiadań z „Dublińczyków”,  a ja oczywiście nie ograniczyłam się do przeczytania tego jednego wybranego na zajęcia, a zapoznałam się z całym tomem. Pamiętam, że bardzo mi się spodobały nie ze względu na ich temat, ale na język – przystępny, bardzo plastyczny. Później z rozpędu przeczytałam „Portret artysty z czasów młodości” i już mniej mi się spodobał, ale zaciekawił na tyle, że zaczęłam się dowiadywać kim jest ów James Joyce. Najpierw przeczytałam wszystko co było dostępne w bibliotece na jego temat, potem skonsultowałam się z babcią, miłośniczką książek, która powiedziała, że kilka razy zaczynała „Ulisessa”, ale nie dała rady go dokończyć. Po za tym, babcia powiedziała, że oglądała film na temat Joyce’a i okazał się on takim nieprzyjemnych człowiekiem, a na dodatek opisywał intymne szczegóły z życia swojej żony, na które ona się nie zgadzała, że babcia już zupełnie porzuciła chęć przeczytania tej powieści. No cóż, już wcześniej czytałam jak to ciężki językowo jest „Ulisses”, jak te wydarzenia w nim opisane są z jednej strony nudne i banalne, a z drugiej przedstawione w  tak niepotrzebnie zakręcony sposób, że nie warto nawet tego czytać. Nic specjalnego. Sztuczny tłok i pozłotko. Oczywiście, uznałam, że muszę przeczytać „Ulissesa”, bo kto jak nie ja, zresztą yntelygentna jestem i oczytana i w ogóle nikt mnie nie docenia taka jestem błyskotliwa. No i jaki to będzie lans jak rzucę w rozmowie, że tak, czytałam, fajne było, ale nie wiadomo o co tyle krzyku, na luziku przeczytałam w parę dni. Wyzwanie jakim wydawało się przeczytanie „Ulissesa” nakręciło mnie strasznie. Wypożyczyłam egzemplarz w języku polskim z biblioteki i… wsiąkłam na amen.

Joyce się nie wstydził
Wstyd i palące policzki

„Ulissesa” czytałam wszędzie. Targałam ze sobą stary egzemplarz wydrukowany na porządnym grubym papierze w twardej okładce, niewymiarowy i ciężki.  Podczytywałam w autobusie, na przystanku, w czasie okienka między zajęciami. Od pierwszej strony wciągnęła mnie nie tyle akcja, jak sposób jej opisania i niesamowity język. Ta książka naprawdę zawiera w sobie wszystko – banalne wydarzenia stawia na piedestale, a  przeciętne postaci zmienia w bohaterów. Pokazuje, że każde życie może być interesujące i każdy z nas nosi w sobie historię zdolną zaciekawić. Jest to książka rozgadana jak spotkany w pubie gaduła, który co prawda przeskakuje z tematu na temat, ale wybiera je podświadomie ze względu na skojarzenia. Oczywiście, ja wiem stream of consciousness, strumień świadomości, czyli przelewanie na papier zapisu myśli tak jak one „się myślą”, bez rozgraniczania, fragmentarycznie. Kiedy załapie się rytm tej powieści, nie ma nic łatwiejszego niż ją przeczytać. Nie jest może najprostsza, ale jest piękna. Również ze względu na użyty przez Joyce’a język. Nowatorski, przesycony obrazami, onomatopejami, złożony ze zbitek słów, który jednak świetnie oddaje naturę rzeczy. Za każdym razem kiedy czytam „Ulissesa” odnajduję w nim nowe rzeczy i zawsze mnie zaskakuje jak dobra jest to powieść.

słowa Molly, które kończą 'Ulissesa' źr. Pinterest


 Aspektem na którego zgłębianie brakuje mi wiedzy, są te wszystkie sławne już nawiązania i aluzje do Homera, Dantego, Szekspira, Biblii, popularnych w owym czasie irlandzkich piosenek, polityki, itp. Musiałam o tym przeczytać, żeby zrozumieć, że Bloom ma być Odyseuszem, wędrowcem, Stephen Dedalus jest Telemachem, który błądzi po kraju na skraju ruiny, a Molly (żona Blooma) Penelopą obleganą przez adoratorów. A  może to czytelnik jest Odyseuszem, który wędruję po powieści w poszukiwaniu sensu?
I tu przechodzimy do kwestii wstydu. Kiedy czytałam „Ulissesa” po raz pierwszy nikt tak naprawdę nie zwracał na to uwagi (naród nieczytający, itd.). Któregoś więc dnia podczas przerwy w wykładzie z historii literatury, który mieliśmy w Sali z  rzędami siedzeń z otwieranymi pulpitami, które trzeba było złożyć, żeby wyjść, położyłam swoje rzeczy na biurku profesora (tak, zawsze zajmowałam pierwszy rząd). Po powrocie z przerwy, profesor wziął do ręki „Ulissesa”, a ja się zapadłam w sobie. I zaczął zadawać pytania: po co to czytam? Co o tym sądzę? Ja coś tam mamrotałam pod nosem spalając się ze wstydu, bo nie sama nie wiedziałam co odpowiedzieć, a nie chciałam wyjść na ostatniego debila. Długo później słyszałam uszczypliwe teksty o tym jak to chciałam zrobić wrażenie i przytargałam specjalnie tego „Ulissesa”. Niestety, często się rumienię, więc moje pałające purpurą  policzki były jedynie potwierdzeniem tezy, że się lansuję na „Ulissesa”. Koniec świata. Nie był to wypadek odosobniony. Jeśli zdarza się, że rozmawiam o literaturze (i jeśli nie są to peany na temat twórczości Sylvii Day, a uwierzcie zdarza mi się często takowych wysłuchiwać) i pada pytanie o ulubionych autorów, a ja wymieniam wśród nich Jamesa Joyce’a to albo jest to przyjmowane z niedowierzaniem, odbierane jako lansowanie się na inteligentkę albo kwitowane stwierdzeniem, żebym się do tego nie przyznawała, bo nie będę miała z kim rozmawiać o książkach (!). 

fragment mojej skromnej Joysowskiej biblioteczki


Tak jak uwielbiam „Ulissesa” tak kompletnie nie rozumiem ‘Finnegans Wake’. Język za trudny, obrazy zbyt abstrakcyjne, a fabuła jeśli jakaś jest, jest dla mnie tajemnicą. Co prawda przeczytałam tylko tłumaczenie fragmentu „ Anna Livia Plurabelle”, ale próbowałam tez swoich sił w oryginale (z marnym skutkiem, w sensie coś o praniu w rzece chyba było czy coś). Tę powieść zostawiam specjalistom o przepastnej wiedzy i błyskotliwym umyśle. Ja jestem zwykłą czytelniczką, dziękuję bardzo. 


Marilyn też była jedynie zwykła czytelniczką, jak ja

Love, nie love

Nie lubię Jamesa Joyce’a. Gdybym była jego żoną to chyba bym go biła codziennie. Za picie, za brak stabilizacji, za humory. Lubię jego twórczość, bo mnie intryguje i jest pewnym wyzwaniem intelektualnym. Teraz staram się odnajdywać wspomniane aluzje, poznaję teksty, którymi mógł się inspirować. Po za tym, „Ulisses” jest pod tym względem wymagający, że wymaga skupienia, poświęcenia mu trochę czasu. Jest to może nie pojedynek z autorem, ale podjęcie wspólnej z nim drogi, pozwolenie na poprowadzenie mu się ulicami Dublina. Jak już załapiemy rytm powieści i zaczniemy niejako współodczuwać przeżycia Blooma i Dedalusa, reszta będzie piece of cake. Albo pint of Guiness, bo przecież to taka barowa opowieść, rozgadana i towarzyska. 

Naprawdę z całego serca polecam wszystkim twórczość Jamesa Joyce’a. Nie wierz ludziom, którzy mówią, że jest on za trudny, zbyt skomplikowany, nie warty poznania. Podejdź do niego z otwartym umysłem, bez uprzedzeń i czytajcie, podczytuj, zachwycaj się. Warto.

Pozdrawiam,
Kura Mania.