wtorek, 29 kwietnia 2014

'Rivers of London' Ben Aaronovitch








Kiedy czytałam tą książkę nie wiedziałam jeszcze, że zostanie wydana w Polsce. Teraz, jak widzę, blogosfera jest pełna recenzji "Rzek Londynu". Odkopałam więc swoją i postanowiłam ja tutaj zamieścić. Przy takim nagromadzeniu recenzji na temat jednej książki ciężko jest powiedzieć coś nowego, ale w sumie... to moje miejsce i mogę sobie robić co chcę.



Zaczyna się morderstwem. Ofiara, znaleziona w zimną styczniową noc pod katedrą św. Pawła w Londynie, ma odciętą głowę. Peter Grant razem ze swoją koleżanką Lesley zostają wyznaczeni do warty przy miejscu zbrodni. Gdy ona idzie po kawę, Peter spotyka ducha. Nie wie, że to spotkanie zmieni zupełnie nie tylko drogę jego kariery w policji, ale również całe jego życie. Grant bowiem ma specjalne zdolności – potrafi wyczuwać vestigium, czy jakby zapachów pozostałych po działaniach magicznych lub rozpowszechnianych przez magiczne istoty. Zdolność ta zostaje zauważona przez inspektora Thomasa Nightingale’a, który jest ostatnim czarodziejem w Metropolitan Police. Peter, zamiast spodziewanej nudnej fuchy w wydziale zajmującej się papierkową robotą, zostaje przydzielony do ESC9, czyli wydziału zajmującego się przestępstwami ekonomicznymi i specjalistycznymi, zwanym krótko the Folly. Wydział ten, traktowany po macoszemu przez inne, składa się z jednej osoby – wspomnianego Nightingale’a. Grant przenosi się do siedziby the Folly i podejmuje naukę u inspektora, która zazwyczaj trwa 10 lat i wypełniona jest nie tylko nauką magicznych zaklęć, ale również nudnym wkuwaniem łaciny i greki. Jego zajęcia urozmaicane są wystawnymi posiłkami przygotowanymi przez, nie do końca ludzką, Molly oraz działaniami w terenie związanymi z prowadzeniem śledztwa. 

W całej opowieści są dwa główne wątki. Jeden to śledztwo dotyczące morderstwa pod katedrą, które jest prowadzone we współpracy z wydziałem do spraw zabójstw, gdzie przydział dostała Lesley. Lesley i Peter pracują wspólnie nad kolejnymi morderstwami, są nawet świadkami niektórych z nich. Doprowadza ich to do Puncha i Judy, czyli tradycyjnym przedstawieniem kukiełkowym, które ma długą historię w tradycji anglosaskiej. Pod koniec śledztwa, Peter będzie musiał polegać na swoim instynkcie, zdobytej wiedzy dzięki czemu uratuje życie pewnej drogiej mu osoby. 




 Punch i Judy


Drugi wątek związany jest z tytułowymi rzekami Londynu, bo wiecie, że każda rzeka ma swoją personifikację? I tak, np. mama Tamiza to ponętna i elegancka czarnoskóra bogini będąca w konflikcie ze bogiem Tamizy, który jest staruszkiem, który lubi przaśną zabawę i taniec. Jedna z córek mamy Tamizy, Beverley Brook, wpada w oko Grantowi. Zostaje on uprzedzony, że związek z boginią to nie jest prosta sprawa, ale wspólne rozwiązywanie konfliktu między bogami Tamizy przyciąga chłopaka do Beverley coraz bardziej. Zadaniem Granta jest ugłaskanie obu stron i zażegnanie konfliktu co wcale nie będzie takie łatwe. Szczególnie, że każda ze stron dysponuje potężną magia, której urokowi ciężko się oprzeć. 

Książka jest świetnie wyważona – jest lekka, zabawna, ale jednocześnie zawiera ciężar brutalnych scen. Bardzo realistyczne dialogi dodają jej mnóstwo uroku. No i ta mieszanka kultur! Grant, jest mulatem, którego matka pochodzi z Sierra Leone, a ojciec jest emerytowanym muzykiem jazzowym, który dostaje heroinę na receptę od swojego lekarza. Wspomniana mama Tamiza jest czarnoskóra, jak i większość jej córek i ma egzotyczne preferencje, np. co do trunków i odzieży (co nie przeszkadza jej władać Tamizą w części londyńskiej). Dr Walid, przyjaciel inspektora Nightingale’a, mimo egzotycznie brzmiącego nazwiska jest rudowłosym Szkotem. 

Jednym z najważniejszych atutów tek książki i jej jednym z głównych bohaterów jest fascynujący Londyn. Pojawia się tutaj całe mnóstwo smaczków dotyczących jego historii, które są podane w bardzo przystępny sposób, jakby mimochodem. Kolejnym plusem jest to, że książka jest bardzo osadzona w współczesnych realiach. Jest tu i oglądanie sportu na sky, korzystanie z internetu i telefonów komórkowych. Często jest to pomijane w książkach, które mimo tego, że osadzone w XXI wieku równie dobrze mogą dziać się 20 lat temu. Czuć, że Peter to normalny młody człowiek, dla którego nowoczesne technologie nie są wcale nowoczesne, a są po prostu częścią jego życia od zawsze. 

Nie sposób napisać o wszystkich zaletach ‘Rivers of London’, ale naprawdę szczerze polecam wszystkim, którzy lubują się w lekkich kryminałach, tym, którzy są fanami urban fantasy, miasta Londynu lub po prostu każdemu szukającemu wciągającej lektury.

A ja już jestem po lekturze drugiej części i zapisałam się w bibliotece w kolejkę na trzecią.

Pozdrawiam,

Kura Mania.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Plany na kwiecień (1)








Tak, tak, zamierzam to wszystko przeczytać w kwietniu. Tak wiem, że nie ma na to szans. No ale zamierzam przeczytać przynajmniej połowę.

Od góry:
- Chandler 'The Big sleep and other novels' - przytargane z biblioteki. Jedno opowiadanie już znam. Czytałam je po polsku "Żegnaj, laleczko". Ale i tak przeczytam je w oryginale.
- Spenser "Mothers of the Novels' - wszystko przez Padmę. Przeczytałam gdzieś u niej na blogu o tej książce i zapragnęłam ją przeczytać. Już zaczęłam podczytywać.
- Swift 'Gulliver's Travels' - nie powiem, żebym miała ochotę na tą książkę, ale jakos tak od pewnego czasu mnie prześladuje, więc żeby się jej pozbyć muszę ją przeczytać.
- Auster 'The New York Trilogy' - zapłaciłam aż całe 50 pensów za nią, więc grzech było nie brać. Zresztą zamierzałam się na Usten od czasu przeczytania "Sunset Park", więc dobrze, że złożyło.
- Burnett 'The Secret Garden' - kolejna książka za 50 p. Jakieś 15 lat temu zaczęłam ją czytać i nie dokończyłam niestety, więc teraz mam okazję.
- trzy części przygód Paddingtona - czytałam już dwa tomy to i przeczytam kolejne.
- Ahern 'Thanks for the Memories' - czytam wszystkie książki tej autorki.
- Christie "Moja podróż po Imperium" oraz Thomas "Walt Disney. Potęga marzeń" - bardzo napaliłam się na te książki w styczniu, ale potem jakoś nie udalo mi się ich przeczytać, więc teraz zamierzam to wrescie zrobić.
- Aaronovitch 'Rivers of London' - z biblioteki. Znów wina Padmy.
- ostatnia pozycja jest dosyc zaskakująca, bo jest to rzecz o panowaniu Brytyjczyków w Palestynie. Jakoś mnie do tej książki ciągnęło, a że kosztowała "aż" funta to za długo się nie zastanawiałam nad kupnem.

Ciekawe ile z tego przeczytam?

Pozdrawiam,

Kura Mania

wtorek, 18 marca 2014

"Wśród amerykańskich poetów"




W 1972 roku Ossolineum wydało niewielkich rozmiarów książeczkę zatytułowaną „Wśród amerykańskich poetów” opatrzoną wstępem Tadeusza Rybowskiego, który również wybrał i przetłumaczył wiersze do tomiku. Nigdy nie zwróciłabym na tą pozycję uwagi gdyby nie fakt, że zawierała ona dwa wiersze mojej ukochanej autorki sprzed kilku lat – Sylvii Plath. Tomik wypatrzyłam na allegro i zakupiłam za zawrotną sumę 7 zł. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że były to świetnie wydane pieniądze. 

30 autorów – 60 wierszy

Jak sam tłumacz wyjaśnia we wstępie nie jest to przekrój ówczesnej poezji amerykańskiej, a subiektywny wybór wierszy poetów wywodzących się z kręgów uniwersyteckich lub znanych  laureatów nagród literackich.

Ciężko mi pisać o poezji, ponieważ zazwyczaj jej nie czytam. Nie znam się na niej, męczy mnie i nic nie rozumiem. Mogę czytać wiersz co tydzień i za każdym razem wydaje mi się, że czytam go po raz pierwszy. Dlatego ewenementem jest, że tak lubię tą antologię. Lubię do niej wracać raz na jakiś czas, mam swoje ulubione wiersze.  

Co mi się w nich tak podoba? Przejrzystość obrazów, łatwość w identyfikowaniu się z tematem wiersza, nawet jeśli mówi o doświadczeniach, które nie były moim udziałem. Z drugiej strony często przedstawiają one codzienne czynności, jak wiersz Roberta Bly „Jazda do miasta wieczorem na pocztę” (5 linijek, a jakie piękno!) lub „Ciało” Williama Bronka o podglądaniu sąsiadów przez okno.  Jest to inteligentna proza, pełna wyrazistych emocji, a jednocześnie prosta jak rozmowa ze znajomym. Czytam i wiem o czym czytam. Nawet jeśli niektóre obrazy są jednak bardziej abstrakcyjne lub zawiłe to uczucia, które przedstawiają łatwo idzie zinterpretować. Przykładem jest „Wczoraj wieczorem” Davida Ignatova, czyli opowieść o spotkaniu z „nieżywą kobietą o zielonej twarzy”, która opowiada o swoim życiu. 

Kolejną rzeczą, która mi się podoba to obrazy przyrody. Czuć tu swobodę i przestrzeń.  Jak w wierszu „Spokój dzikich stworzeń” Wendella Bery’ego czy „Jesień w Kaliforni” Rexrotha Kennetha. Kiedy czytam „Dzień na wielkiej gałęzi” Howarda Nemerova to tak bliskie są te obrazy wypadu za miasto na kacu, aby odpocząć, aby się oczyścić, aby stać się lepszym, naturalnym choćby na te kilka godzin, a potem  wracamy do rzeczywistości.

 Klasą samą w sobie jest Charles Bukowski, którego lepiej znam z biografii niż z jego własnych utworów, ale powoli to nadrabiam. Z wierszy Bukowskiego w tym tomie najbardziej podobali mi się „Bliźniacy” o tym jak mimo wszystko jesteśmy podobni do swoich rodziców.  Zamieszczony jest też sztandarowy utwór Allen Ginsberga, czyli „Ameryka”. Uwielbiam ten wiersz, czytam go na okrągło sobie i mojemu biednemu dziecku skazanemu na to czy chce tego czy nie. Ma w sobie nostalgię, gniew, rozmach i miłość. Cudo. 

Dużo jest w tych wierszach rozczarowania, goryczy. Jak w „Ulicznej edukacji” Kennetha Patchena. To mocny, brutalny wiersz. Ma się wrażenie, że w wielu utworach autor mówi do nas: Tak, straciliśmy to życie, przegraliśmy je w karty i przepiliśmy wódką kupioną za pożyczone pieniądze, ale my chociaż w pełni uświadamiamy sobie jak żyjemy.  Nie nadajemy mu fałszywej wartości przez posiadanie dobrej pracy, porządnej rodziny i zadbanego trawnika przed domem. 

Może powinnam napisać tu o beat generation lub o wojnie w Wietnamie. O rozczarowaniu kapitalistyczna Ameryka będącym udziałem tak wielu ludzi w tamtym czasie. O wpływie zabójstwa Kennedy’ego na społeczeństwo. Ja jednak sadzę, że to co stanowi największą wartość wierszy zebranych w tej antologii jest ich uniwersalność. Ich przekaz pozostanie równie mocny jak w czasie ich powstania teraz jak i  za kolejnych 30 lub 40 lat.

Pozdrawiam,
Kura Mania

Książka przeczytana w ramach wyzwania Rok z poezją.

piątek, 28 lutego 2014

Misja: Miasteczko




Zachęcona postem Padmy z Miasta Książek postanowiłam dołączyć się do czytania 'Middlemarch' George Eliot. Miałam ta pozycję na liście książek do przeczytania... ale kiedyś, w odległej przyszłości. Ale jak już się nadarza okazja... Postanowiłam, że zakupię sobie taki egzemplarz jak i Padma, bo posiadam już w swojej biblioteczce kilka książek z tej serii, ale nie miałam cierpliwości szukać jej na Amazonie, więc poszłam po najmniejszej linii oporu i ściągnęłam sobie ebooka. Szczególnie, że dostałam lekkiej obsesji na punkcie mojego Kindla i po dwóch latach od dostania go na urodziny zaczęłam z zapałem czytać zgromadzone ebooki. W dalszym ciągu kupuję książki w wersji papierowej, ale czytam prawie wyłącznie ebooki. Sama nie wiem co mnie tak napadło.





W każdym bądź razie wczoraj zaczęłam czytać w wersji oryginalnej. Wstyd przyznać, że ja, mająca licencjat z anglistyki i przebywająca w Anglii już kilka lat, mam czasem problem ze zrozumieniem niektórych wyrazów. Na szczęście Amazon usłużnie udziela mi słownikowych podpowiedzi po zaznaczeniu trudnego słówka. No i robienie notatek jest bajecznie łatwe. Nie mówiąc już o zaznaczeniu ciekawych cytatów. Po wczorajszej wstępnej lekturze mam już kilka ulubionych:


"Women were expected to have weak opinions; but the great safeguard of society and of domestic life was, that opinions were not acted on. Sane people did what their neighbors did, so that of any lunatics were at large, one might know and avoid them."


"Notions and scruples were like spilt needles, making one afraid of treading, or sitting down, or even eating."


Nie wiem czy zmieszczę się w dwóch miesiącach zaproponowanych przez Padmę, ale wiem, że na pewno da mi ta lektura wiele przyjemności.

Pozdrawiam,

Kura Mania

poniedziałek, 24 lutego 2014

'Coraline' Neil Gaiman





Pewnego wieczoru zmęczona trzystoma zaczętymi książkami każda po milion stron postanowiłam wziąć sobie coś co szybko przeczytam i zadziałała na mnie odświeżająco. Hmm... Oczywiście, nic nie mogłam wybrać spośród całej półki książek do przeczytania. Przypomniałam sobie jednak o najświeższej ebayowej przesyłce - 'Coraline'. Książka niewielka, druk duży plus dziwaczne ilustracje Dave'a McKeana. Idealna pozycja na wieczór.

We are small but we are many
We are many, we are small
We were here before you rose
We will be here when you fall. 

Koralina (w żadnym wypadku nie Karolina) nudzi się. Niedawno przeprowadziła się z rodzicami do nowego mieszkania, rok szkolny się jeszcze nie zaczął, a rodzice są jak zwykle zapracowani i nie mają dla niej czasu. Koralina uwielbia nowe przygody, a nie znosi nudy. Tak więc odwiedza swoich nowych sąsiadów i poznaje otoczenie. Jednak pewnego deszczowego dnia znienawidzona nuda ją dopada. Mama sugeruje telewizję. Tata nie daje się namówić na zabawę. Wreszcie Koralina zainteresowała się tajemniczymi drzwiami w nieużywanym salonie pełnym mebli po babci. Mama, zapytana o drzwi, wyjaśniła jej, że przed podziałem domu prowadziły one do kolejnego pokoju. Teraz, po ich otwarciu, okazuje się, że zostały one zamurowane. Pewnego dnia, po zakupach w mieście, Koralina zostaje sama w domu. Znów dopada ja nuda. Wiele nie myśląc bierze klucz do tajemniczych drzwi i je otwiera. Jednak tym razem za drzwiami nie ma muru z czerwonych cegieł. Jest za to mroczny korytarz. Koralina przechodzi przez niego i... znajduje się w swoim mieszkaniu. Znów jest w salonie wypełnionym meblami babci. Jednak nie jest on zupełnie taki sam, Koralinie wydaje się, że chłopiec na obrazie różni się czymś od tego zapamiętanego przez nią z domu. Nagle słyszy głos swojej mamy, ale okazuje się, że jest ona trochę wyższa i chudsza, i ma bielszą skórę, i palce ma długie i zakończone ostrymi, zakrzywionymi paznokciami. A zamiast oczu ma dwa wielkie czarne guziki. Alternatywny świat, w której się znajduje Koralina jest bardzo przyjemna - rodzice gotują pyszne potrawy, mają czas się z nią bawić, a jej pokój wypelniony jest świetnymi zabawkami. Niestety, jej wkroczenie do drugiego domu narusza rzeczywistość - jej prawdziwi rodzice znikają, a wraz z poszukiwaniami ich przez Koraline jej "other mother" zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze.



'Coraline' nie okazała się luźną historyjką dla dzieci. Od momentu kiedy przeczytałam, że Koraliny druga matka zamiast oczu ma dwa guziki i chce dziewczynce przyszyć takie same pomyślałam, że coś tu jest nie tak. Im dalej, tym lepiej (straszniej). Kołdra podciągnięta pod brodę i nerwowe oczekiwanie końca. Naprawdę mnie ta opowieść wciągnęła i wystraszyła. Może nie, wystraszyła to zbyt duże słowo. Wprowadziła niepokój, nie pozwoliła mi zasnąć, naprowadziła na dziwne myśli. Wyprawa do łazienki była ekstra szybka, szczególnie jak przeciąg uchylił drzwi. Najlepsze jest to, że już dawno przywykłam do skrzypiących drzwi w moim mieszkaniu, a po 'Coraline" podskakiwałam na każdy szelest. Uważam, że opowieść ta dorównuje niektórym opowiadaniom Kinga. Jest tu alternatywny świat, martwe dzieci, dziwny kot, pso-nietoperze i potwór w piwnicy. Lubię takie historie, w których znana wszystkim rzeczywistości odkrywa swoją mroczna stronę. Z drugiej strony, ta historia ma swój morał i będzie odpowiednia dla starszych dzieci, które lubią się trochę pobać.

Polecam wszystkim, ale rodzice, najpierw przeczytajcie tą książkę sami, a potem dopiero dajcie ją swoim dzieciom.

We have eyes and we have nerveses
We have tails, we have teeth,
You'll all get what you deserveses
When we rise from underneath. 

DELIKATNY SPOILER: A w ogóle, to najlepsze była akcja z ręką.

Pozdrawiam,

Kura Mania

czwartek, 12 grudnia 2013

Orwell a sprawa herbaty



W 1946, George Orwell dał się poznać jako wielki amator herbaty zamieszczając w londyńskim Evening Standard instrukcję jej parzenia. Oto ona:
 

Idealna herbata według Georga Orwella

Najważniejsze , użyj cejlońskiej lub hinduskiej herbaty. Chińska ma swoją wartość, której nie można lekceważyć - jest ekonomiczna i może być pita bez mleka, – ale nie jest się mądrzejszym, odważniejszym lub bardziej optymistycznym po jej wypiciu.

Po drugie, herbata powinna być zaparzana w małej ilości w imbryku. Herbata z termosu jest bez smaku. Imbryk zaś powinien być porcelanowy lub ceramiczny.  Srebro psuje herbatę.

Po trzecie, imbryk powinien być ogrzany. Lepiej zrobić to stawiając go na płycie kuchenki niż opłukując  gorącą wodą.

Po czwarte, herbata powinna być mocna. Na imbryk o pojemności kwarty sześć czubatych łyżeczek będzie akurat.

Po piąte, herbata powinna być umieszczona bezpośrednio w imbryku. Żadnych sitek, muślinowych torebek albo innych urządzeń mających na cel jej więzienie.

Po szóste, powinno się zanieść imbryk do czajnika, a nie odwrotnie. Woda powinna się gotować w chwili zaparzania.

Po siódme, po zaparzeniu herbaty, powinno sie ją zamieszać, lub lepiej, dobrze zatrząść imbrykiem.

Po ósme, powinno się pić herbatę z dobrej śniadaniowej filiżanki – w typie cylindrycznym, a nie płaskim, gdzie herbata jest zawsze chłodna.

Po dziewiąte, powinno się zlać śmietankę z mleka, które dodajemy do herbaty.

Po dziesiąte, najpierw powinno się wlewać do filiżanki herbatę. Przez wlewanie herbaty jako pierwszej oraz mieszanie jej w czasie wlewania można dokładnie wymierzyć ilość mleka.

I ostatnia rzecz, herbata powinna być pita bez cukru. Jak możesz nazwać się prawdziwym smakoszem herbaty, jeśli psujesz  jej smak  słodzeniem? Równie rozsądne byłoby dodawanie pieprzu lub soli. Herbata ma być gorzka. Jeśli ją posłodzisz to nie czujesz herbaty, a jedynie cukier.



Biedny Orwell za głowę by się złapał jakby zobaczył te wszystkie herbaty w torebkach zalewane na szybko, bez zaparzania, odgrzewane w mikrofali, słodzone, smakowe, i to bez mleka!

czwartek, 28 listopada 2013

Ian McEwan 'Sweet Tooth' ("Słodka przynęta")

Lata siedemdziesiąte XX wieku. Główna bohaterka, i zarazem narratorka powieści, Serena Frome (rymuje się z plum), córka duchownego, wkracza w dorosłość. Jej pasją jest czytanie książek, ale pod wpływem matki, zaczyna studia matematyczne na Cambridge. Mimo, że w szkole średniej radziła sobie bardzo dobrze to w hermetycznym męskim świecie matematyki nie odnajduje się. Kończy studia ze średnim wynikiem. Jeszcze studiując nawiązuje romans z dwa razy starszym  wykładowcą Tonym Canningiem, który  wprowadza ja w świat współczesnej polityki oraz przygotowuje ją do pracy w MI5. Serena nie jest specjalnie zainteresowana pracą dla wywiadu, ale posłusznie uczy się wszystkiego czego wymaga od niej Canning. Kilka tygodni przed jej interview w MI5 Tony z nią niespodziewanie zrywa oskarżając o próbę rozbicia jego małżeństwa. Dla załamanej Sereny interview jest jedynym celem w życiu, jedynym co pozostało jej z romansu z Tonym. Rozmowa w MI5 kończy się pomyślnie dla dziewczyny i dostaje ona pracę jako urzędnik najniższego szczebla zarabiając grosze. Po pewnym czasie zostaje jej zaproponowany udział w nowym programie nazwanym Sweet Tooth polegającym na cichym wspieraniu młodych obiecujących pisarzy, którzy propagując demokrację mają stać w opozycji do ideologii komunistycznej. Serena  z chęcią się zgadza. Jej częścią programu ma być nawiązanie współpracy z Tomem .H.Haleyem, młodym pisarzem, "a novelist without a novel". Pod płaszczykiem pracy dla fundacji wspierającej młodych twórców nawiązuje z Tomem wspólpracę. Szybko jednak młodzi zakochują się w sobie i niemal każdy weekend spędzają razem. Cała sytuacja staje się bardzo trudna dla Sereny, która nie może wyjawić Tomowi skąd płyną pieniądze, które zapewniają mu w miarę dostatnie życie i wolność twórczą, jak również nie może zdradzić jaką ona gra w tym rolę. Po trochu zaczynają wypływać różne fakty z życia jej wcześniejszego kochanka, Tony'ego. Również pewne wydarzenia sprawiają, że zarówno kariera Sereny jak i jej związek z Tomem są zagrożone.

Ech, ech, ech. Niby wszystko gra. Jest dziewczyna, jest chłopak (w sumie nawet dwóch, no i Tony na dodatek!), jest romans (dwa!), jest dreszczyk i element szpiegowski. Jednak na początku, ba, na początku? przez prawie dwie trzecie książki nudziłam się jak mops. Nudziły mnie te długie streszczenia opowiadań Toma. W romansach Sereny nie było jakichś szalonych emocji, jej biurowa praca polega głównie na pisaniu na maszynie i wertowaniu akt. Nawet jej rozrywkowa koleżanka Shirley Shilling zostaje mi odebrana. Dlaczego czytałam dalej? Tło, na którym rozgrywa się akcja powieści jest arcyciekawe. Lata 70. Zimna Wojna. Ataki IRA. Cicha rywalizacja z USA i zazdrość o ich wyniki i działania w sferze ideologicznej walki z komunizmem. Strajki. Trzydniowy tydzien pracy, aby zaoszczędzić węgiel! Cudowne to wszystko.  Po za tym, te książki! Serena czyta bardzo szybko i nałogowo. Jej mały pokój wypełniają stosy książek, przeczytane, te do przeczytania i te, których żadną miarą nie może dokończyć (zgadzam się co do Ballarda!). Książki leżą w stosach na podlodze i biurku (półek dziewczyna nie posiada). Serena lubi czytać o prawdziwym życiu, o dziewczynach w jej sytuacji. Z drugiej strony jej guilty pleasure to książki, które kończą się oświadczynami. Skonfrontowane jest to z podejściem Toma do czytania - on książki ocenia po ideologii, którą zawierają. Dystopia oraz modernistyczne eksperymenty są szczególnie mile widziane.
W miarę rozwoju akcji wszystko tak się gmatwa, że układałam mnóstwo różnych scenariuszy - czy Tom jest komunistycznym agentem? czy Tony tak naprawdę żyje? czy Serena ma wystąpić w roli ofiary, bo MI5 chce ukryć jakąś gorszą grandę? Zakończenie jest zaskakujące, ale mam pewien niedosyt. Myślałam, że jednak będzie to bardziej powieść szpiegowska niż obyczajowa. No i jakoś jednak brakowało tu emocji. Historia opowiedziana jest z dystansem, jakby najważniejsze były czyste fakty, jakby to jednak miała być powieść szpiegowska. Mimo wszystko, bardzo polecam. Książka, która irytuje, denerwuje, nie pozwala o sobie zapomnieć i pobudza do myślenia.

A to i sam Ian McEwan czytający "Sweet Tooth":