niedziela, 30 listopada 2014

'A Christmas Carol' Charles Dickens


Oh! But he was a tight-fisted hand at the grindstone, Scrooge! A squeezing, wrenching, grasping, clutching, covetous old sinner! Hard and sharp as flint, from which no steel had ever struck out generous fire; secret, and self-contained, and solitary as an oyster. The cold within him froze his old features, nipped his pointed noose, shrivelled his cheek, stiffened his gait; made his eyes red, his thin lips blue; and spoke out shrewdly in his gratin voice. A frosty rime was on his head, and on his eyebrows, and his wiry chin. He carried his own low temperature always about with him; he iced his office in the dog-days; and didn’t thaw it one degree at Christmas.

Brrrrr! Aż się zimno robi od samego opisu! A co dopiero mają powiedzieć jego pracownicy? Kilka mizernych węgielków nie dających nawet światełka, a co dopiero mówić o świetle. To wszystko na co można liczyć w biurze Ebenezera  Scrooge’a. No może oprócz złego słowa, wiecznego niezadowolenia pracodawcy i samych nieprzyjemności. Sam Scrooge, po śmierci współpracownika Marleya, prowadził swoją firmę żelazną ręką, ale również nie pobłażał sobie we własnym domu. Ciemno, bo ciemność jest tania, malutki ogienek, żadnych przyjemności. Kiedy w wigilijny wieczór, wyjątkowo ciemny, mglisty i nieprzyjemny, wraca on do swojego domostwa przeżywa wstrząs widząc w kołatce twarz zmarłego wspólnika. Nie będąc jednak słabego ducha i nie wierząc w przesądy poszedł (w ciemności!) do swoich pokojów. Tam jednak odwiedził go niespodziewany gość – duch zmarłego Marleya. Twarz jego straszliwa, a głowa obwiązana chustką, aby szczęka nie kłapała. Ciągnął za sobą kajdany i łańcuchy symbolizujące jego wszystkie złe uczynki, wszystkie zaniedbania i każde odwrócenie się plecami na potrzebujących.  Przestrzegł on Ebenezera, że jego też czeka taki los, że po śmierci będzie błąkał się jak tysiące innych potępionych dusz nie zaznając spokoju, miłości i dobra. Zapowiedział też, że odwiedzą Scrooge’a trzy duchy, które mają za zadanie coś mu pokazać. 
 
Pierwszy duch to duch minionych Bożych Narodzeń. Zabrał on Scrooge’a na wycieczkę w przeszłość pokazując mu jakim był kiedyś zanim zmieniły go chciwość i pieniądze. Pokazał samotnego chłopca wyczekującego na odwiedziny rodziny, młodego czeladnika, który bawił się wesoło na świątecznym przyjęciu marząc o pewnej pięknej pannie. Pokazał również jak chciwość rozdzieliła go z jego miłością, a miejsce pięknej kobiety zajął pieniądz. Nie były to miłe obrazy.

Kolejny duch to duch obecnego Bożego Narodzenia. Pokazał on swojemu podopiecznemu jak różni ludzie potrafią pomimo biedy i choroby odnaleźć w tym szczególnym okresie szczęście i spełnienia i jak bardzo mogą ich cieszyć drobne rzeczy, jak np. świetnie przygotowany pudding lub niewinne gry i zabawy. Ebenezer zobaczył swojego czeladnika z rodziną i małym Timem, drobnym chłopcem chodzącym o kulach, którego entuzjazm jest większy niż niejednego zdrowego człowieka. Zobaczył również co ominęło go kiedy odmówił przyjścia na świąteczny obiad do swojego siostrzeńca, syna ukochanej, zmarłej już siostry. Pod koniec wizyty ducha zauważył, że spod szaty zjawy wyglądają dwie istoty. Była to para dzieci, brzydkich i chorych, w poszarpanych odzieniu. Były to dzieci ludzkości. Chłopca imię to Ignorancja (w angielskim jest to rzeczownik męski), a dziewczynki Potrzeba. Mimo, że lekcja była dosyć przykra to do pełnej przemiany Scrooge’a potrzebował on jeszcze jednego ducha.

Tym duchem był duch przyszłych Bożych Narodzeń. Mroczny, w szacie zakrywającej całą postać, z niewidoczną twarzą. Milczący, komunikujący się jedynie gestem. Pokazał on fragmenty rozmów pewnych znanych Scrooge’owi ludzi, którzy mówili o śmierci pewnego człowieka. Odwiedzili zakazane rejony, w których kilkoro ludzi dobijało handlu rzeczami ściągniętymi z jakiegoś zmarłego i z jego łoża. Pokazał on rodzinę, która na wieść o śmierci tego samego mężczyzny ucieszyła się, bo jej dług zostanie przepisany na kogoś innego, a nikt nie może być aż tak nielitościwy jak  zmarły. Na końcu pokazał on staremu sknerze kim był zmarły – na zarośniętym, zaniedbanym nagrobku widniało „Ebenezer Scrooge”. Wstrząsnęło to starcem – czy aż tak zły był, że nikt po jego śmierci nie zapłakał? Że nie było nikogo kto by towarzyszył mu w ostatniej godzinie? 

Po przebudzeniu następnego dnia okazało się, że jest pierwszy dzień Świąt. Pełen nowego radosnego uczucia Scrooge zerwał się z łóżka jak szalony, a przepełniające go szczęście utrudniało mu ubranie się i ogolenie. Zawołał on przechodzącego chłopca, aby ten kupił największego indyka wiszącego w sklepie nieopodal i tak wszystko załatwił, że dostał go mały Tim. Szaleńcza radość poprowadziła go do wcześniej zaniedbywanego siostrzeńca, a tam spędził najlepszy czas w swoim życiu. Nie powróciło dawne skąpstwo, zgryźliwość i chytrość – Ebenezer postarał się, żeby każdy dzień był jak Gwiazdka, wypełniony dobrem i szczęściem.

Kto nie zna „Opowieści wigilijnej” ręka do góry! Nikt? Tak myślałam. W okolicy Świąt jesteśmy bombardowani przeróżnymi wersjami filmowymi tej klasycznej opowieści, jak również można znaleźć na stosy jej książkowe wersje (dla dzieci, nowoczesne, itp.). Co sprawiło, że jest ona tak uniwersalna, że trafia do każdego odbiorcy bez względu na wiek czy kulturę?

Myślę, że głównie jest to sprawa drastycznej przemiany głównego bohatera. Ebenezer Scrooge, wredny, chciwy, nieuprzejmy, staje się tak dobry, że jakby był choćby o drobinę lepszy to rzygałby tęcza jak jednorożec. Nie oszukujmy się, przemiana głównego bohatera jest iście bajkowa. No ale cóż, czy nie jest przez to tak przez czytelników na całym świecie lubiana? Chyba gdzieś tam w głębi mnie pod warstwą cynizmu żyje nadzieja, że ludzie są jednak dobrzy, że widząc swoje błędy zmieniają się na lepsze, a świat stanie się dobrym miejscem do życia. Dodatkowo, w czasie świątecznego sezonu łaknę tego ciepła i dobra, tej magicznej przemiany i łatwiej mi w nią uwierzyć. Dodatkowym smaczkiem jest obecność duchów. Mimo, że niektóre z nich wcale nie wydają się straszne to potrafią jednak  ukazać swoją mroczną stronę w taki sposób, że delikatne ciareczki przechodzą po plecach. Z drugiej jednak strony znajdziemy komfort w czytaniu tej historii, bo nie jest ona zbyt przerażająca, a szczęśliwego zakończenia możemy się spodziewać nawet nie znając jej zakończenia. Szczęście wypełniające książkę pomimo mrocznych wycieczek Scrooge’a jest wszechogarniające. Miło jest przyjrzeć się ludziom celebrującym Święta, które mimo, że czasem skromne lub wręcz biedne, są dla nich radością. Nawet ta pewna przesada w opisach Dickensa (jak np. w przypadku opisu monstrualnego indyka, który jest tak wielki, że nie byłby w stanie ustać na własnych nogach) jest mu wybaczona, bo w końcu magia Świąt działa.

Kiedy wicher za oknem wieje, temperatura spada poniżej zera, a śnieg ew. marznący deszcz zacina, szukam magii. W ‘A Christmas Carol’ ją znalazłam. Już niedługo, po ubraniu choinki podczas której będę słuchać Wham! I Mariah Carey do znudzenia, włączę sobie którąś z wersji „Opowieści wigilijnej” i pomimo tego, że świetnie znam jej treść, z wielką przyjemnością przeżyję historię Scrooge’a na nowo.

Polecam wszystkim tym, którzy nie wierzą w Święta, żeby się naprostowali, tym, którzy magię Świąt chłoną każdym calem swego ciała, jak i tym, dla których porządna opowieść to ta z duchami i śniegiem.

Pozdrawiam,
Kura Mania.

 PS. Podobno to właśnie Dickensowi zawdzięczamy spopularyzowanie wyrażenia "Merry Christmas".

M.

 
Książkę przeczytałam z niesamowitą przyjemnością w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

piątek, 28 listopada 2014

„Nirvana bez tajemnic” Gillian G. Gaar






Kiedy i w jakich okolicznościach spotkałam się z muzyką Nirvany? Nie pamiętam. Mam wrażenie, że w jakiś przedziwny sposób pewnego dnia po prostu pojawiła się w moim życiu, namieszała i została ze mną przez kilka kolejnych lat. Uwielbiam książki, a czytanie jest dla mnie tak podstawową czynnością jak jedzenie, ale to muzyka daje wyraz moim uczuciom, pozwala mi je lepiej wyrazić, dać sobie z nimi radę lub odzwierciedla stan w jakim się znajduję. Mając lat 14 przestałam sobie Radzic z własnymi uczuciami, a tu nagle pojawiła się Nirvana i wszystko to co mną targało znalazło w jej muzyce odzwierciedlenie. Tak, zaczęłam nosić flanele i trampki. Tak, miałam czarne koszulki z zespołami. Nie rozstawałam się z walkmanem, a Nirvanę miałam na kasetach. I tak, nie czesałam się, a co! Przez kolejne dwa, trzy lata był to najważniejszy zespół mojego życia. Po latach moja miłość do Nirvany przygasła, a ostatnio wcale jej nie słuchałam. W lipcu jednak dostałam od rodziców książkę „Nirvana bez tajemnic”. Ucieszyłam się umiarkowanie i odłożyłam na półkę. Teraz wyszło tak, że sięgnęłam po tą książkę i wszystko wróciło. Znam te wszystkie zespoły – Mother Love Bone, Melvins, Mudhoney, Alice In Chaince, Bikini Kill, Tad, itp. Okazało się, że pamiętam większość faktów z historii Nirvany, a kiedy puściłam sobie ich muzykę pamiętałam wszystkie teksty. Nawet tych piosenek, które były na stronach B singli, mniej znanych. Wspaniale się poczułam! Mimo tego, że mając lat szesnaście uważałam, że wszystko jest do dupy to teraz muzyka Kurdta Kobaina i reszty sprawiła, że wrócił mi entuzjazm i chęć do życia. No dobra, koniec z tym rozwlekłym wstępem. Czas na konkrety.

Książka Gillian G. Gaar podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich poświęcona jest historii Nirvany. Krótko zarysowane są początki kariery muzycznej jej trzech członków, początki Nirvany z Novoselicem i Cobainem oraz całym wachlarzem zmieniających się perkusistów aż do odnalezienia równowagi (muzycznej) w postaci fantastycznego Dave Grohla. Dowiadujemy się o kolejnych koncertach i pierwszych wydawnictwach oraz o osobach związanych z Nirvaną zawodową (jak np. założyciele Sub Pop, wytwórni, która podpisała z zespołem pierwszy kontrakt). Dowiadujemy się jak Nirvana osiągnęła sukces kiedy został wydany ich drugi album pt. „Nevermind” oraz opisana jest droga prowadząca do „In Utero” aż do śmierci Kurta. Jest to kawałek rzetelnej roboty dziennikarskiej, w której każdy występ i wydawnictwo zostaje opatrzone odpowiednia datą. Nie znajdziemy tutaj wycieczek w rejony osobiste, aluzji i ploteczek. Wspomniane są związki Kurta oraz jego małżeństwo z Courtney Love, ale nie opatrzone są one jakimś dłuższym komentarzem. Wydaje się, że autorka postanowiła raczej przedstawić czytelnikowi nagie fakty, zamiast mnożyć teorie dotyczące uzależnienia wokalisty, jego związków,  jak i niezgodności między członkami zespołu. Jest to dobre kompendium szczegółowej wiedzy dla fanów Nirvany takich jak ja, którzy i tak wiedzą o przeróżnych niuansach dotyczących jej historii, a chcą sobie jedynie odświeżyć dokładniejsze informacje. Rozdział kończy się tekstami dotyczącymi dziedzictwa Nirvany i późniejszych karier jej członków co również było dosyć ciekawe, szczególnie jeśli chodzi o Novoselica, którego późniejsze, po-Nirvanowe życie nie jest tak dobrze znane jak kariera Grohla. 

Druga część poświęcona jest szczegółowym opisom muzyki Nirvany. Mamy wyszczególnione wszystkie nagrania i albumy zespołu co było dla mnie szczególnie ciekawe, ponieważ chciałabym powiększyć swoją mizerną kolekcję ich nagrań. Dobrze wiedzieć co zostało wydane oficjalnie, ponieważ krąży wiele nieoficjalnych nagrań o słabej jakości lub takich, które mało co wspólnego mają z Nirvaną. Kolejny podrozdział poświęcony jest 25 najważniejszym utworom Nirvany i co do niego mam uczucia mieszane. Wiele informacji jest powtórzonych z poprzednich rozdziałów, jak i opisy muzyki są mało oryginalne. W sumie można by wziąć jeden opis stworzony przez autorkę i opisać nim prawie że dowolny utwór Nirvany. Gniew, niewyraźna maniera wokalna, sprzężenia, spokojna zwrotka, głośny refren, rozgoryczenie, medyczne terminy, itp. Rozumiem, że to cechy charakterystyczne dla twórczości Nirvany, ale myślę, że bardziej ciekawe byłoby rozszerzenie opisów okoliczności w jakich powstały piosenki lub dodanie więcej wypowiedzi muzyków na ich temat. Szczególnie, że muzycy niechętnie wypowiadali się na temat tekstów poszczególnych piosenek. Po tej części następuje podrozdział opisujący kariery solowe członków Nirvany co już wydało mi się szczególnie absurdalne, ponieważ już w pierwszej części zostały one opisane. Dostajemy jednak kolejny, bardziej szczegółowy opis kariery Dave Grohla i opisy poszczególnych albumów przez niego nagranych, a następnie kolejny opis muzyczno-politycznej drogi, którą podążał Krist Novoselic.

Ostatnia część nosi tytuł Nirvanologia i wyszczególnia pozycje książkowe i filmowe dotyczące zespołu. Zaciekawiły mnie niektóre, nieznane mi wcześniej tytuły, szczególnie te dotyczące nie specyficznie Nirvany, a sceny muzycznej i grunge’u w ogólności. Dowiadujemy się również o coverach i nagraniach w hołdzie Nirvany, jak i o miejscach w Aberdeen, Olympii i Seattle szczególnie ważnych dla zespołu. Ostatni tekst poświęcony jest stronom internetowym dotyczących Nirvany co nie jest może szczególnie pomocne, ale świadczy o rzetelności dziennikarki. 

Podsumowując, książka ta była miłym przypomnieniem kariery Nirvany, ale nie daje wglądu w życie zespołu. Jest to dokładny zapis koncertów, wydawnictw jak i najważniejszych wydarzeń, ale brakuje mi czegoś co pozwoliłoby na łatwiejszą lekturę książki. Gdyby była ona okraszona kilkoma anegdotami lub ciekawostkami byłaby o wiele łatwiejsza w odbiorze. Myślę jednak, że taki był zamysł dziennikarki, ponieważ nie byłaby w stanie konkurować z takimi wydawnictwami jak np. „Pod ciężarem nieba” Charlesa R. Crossa lub „Bądź jaki bądź’ Michaela Azerrada, które wypełnione są takimi smaczkami. Dziennikarka również nie podejmuje się wyjaśnienia samobójstwa Cobaina, chociaż zamieszcza listę wątpliwości co do tego czy było to samobójstwo czy może jednak morderstwo. Nie ma tez żadnej wzmianki o tym jaki wpływ, prawdziwy czy rzekomy, miała na niego Love. Opis uzależnienia Cobaina ograniczony jest do zaznaczenia kiedy prawdopodobnie był on na heroinie lub metatonie. Uważam to za uczciwe przedstawienie sprawy, bo za dużo spekulowano na ten temat w mediach, a ja mam swoje zdanie na ten temat. Zupełnie różne od tego z przed lat dwunastu, ale wydaje  mi się, że bliższe prawdy. Największym jednak minusem książki są powtórzenia, szczególnie jeśli chodzi o oficjalne wydawnictwa, jak i przeróżne demo, itp.
Mocną stroną książki są dodatkowe teksty na szarym tle, które poświęcone są tematom około Nirvanowym takim jak geneza Sub Pop, grunge, historia Frances Farmers czy Leadbelly’ego. Niestety, ich niefortunne umiejscowienie w książce (czasem przerywają tekst w pół zdania) odbiera im trochę uroku.

Polecam wszystkim, którzy Nirvanę lubią, chcą bliżej poznać, ale nie są sajko fanami (bo psychofani i tak ją kupią, aby posiadać).

Pozdrawiam,

Kura Mania.

PS. A okładka jest obrzydliwa.

M.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

czwartek, 27 listopada 2014

„Słuchaj pieśni wiatru / Flipper roku 1973” Haruki Murakami









Trzydzieści pięć lat po wydaniu pierwszej powieści Murakamiego doczekała się ona premiery w Polsce (co nie oznacza, że jesteśmy w tyle, wręcz przeciwnie). Książka od razu po premierze zakupiona czekała na swój czas. Jako, że Murakami to mój najulubieńszy autor bałam się sięgać po jego debiutancką powieść, bo może nie jest tak perfekcyjna jak inne? (Jeśli chodzi o obiektywizm w przypadku tego pisarza u mnie on nie istnieje). I tak przekładałam książkę z miejsca na miejsce wzdychając, aż wyzwanie GRA W KOLORY zmobilizowało mnie do przeczytania tej pozycji. Oczywiście, nie żałuję.

Pierwsza część książki pt. „Słuchaj pieśni wiatru” jest troszkę chaotyczną opowieścią o przyjaźni między dwoma młodymi mężczyznami. Jednego z nich, Szczura, znamy z powieści „Przygoda z owcą”. Drugim jest narrator opowiadający nie tylko o jego spotkaniach ze Szczurem przy piwie i orzeszkach w Jay’s Bar, którego właściciel Chińczyk mówi lepiej po japońsku niż rodowici Japończycy, ale i wtrąca fragmenty poświęcone swojemu pisaniu jak i twórczości Dereka Heartfielda. Nie do końca łączą się one z resztą historii, ale jest to charakterystyczne dla stylu Murakamiego. Cała opowieść jest przesiąknięta melancholią i jakby zmęczeniem charakterystycznym dla schyłku lata. To ten moment, w którym wiemy, że mamy jeszcze wolne, ale że już nie długo musimy wracać – do domu, pracy, na studia – i wszystko to nas lekko przygnębia.

Druga część to „Flipper roku 1973”. Główny bohater prowadzi  wraz z kolegą biuro tłumaczeń, gdzie zarabia wystarczająco dużo, aby wystarczało mu na wszystko czego potrzebuje. Dodatkowo w jego życiu pojawiają się tajemnicze siostry bliźniaczki, które wprowadzają się do jego mieszkania na pewien czas, po którego upływie po prostu wracają do miejsca z którego przyszły. Główną osią historii jest jednak jego poszukiwanie pewnego specyficznego rodzaju flippera, który jest prawdziwym rarytasem, rzadko spotykanym. Odegrał on ważną rolę w życiu głównego bohatera, a jego ponowne ujrzenie staje się przedziwnie silnym pragnieniem. Jako smaczek dostajemy całkiem spory kawałek historii flipperów.

Znalazłam w tej niedługiej książce wszystko to za co kocham Murakamiego – spokojną narrację, fabułę prostą i skomplikowana jednocześnie, bo opowiadającą o życiu z jego dziwnostkami, przypadkami i pozornie błahymi wydarzeniami. Opowieści okraszone są jak zwykle odniesieniami do kultury – muzyki, filmu, literatury – jak i historii. Miłośnicy twórczości Murakamiego znajdą nawiązania do jego późniejszych powieści. Oczywiście, wiem, że często oskarża się tego pisarza o pisanie o niczym, ale według mnie skupia się on na opowiadaniu różnych prawd o życiu takim jakie jest. Pełne smutku, samotności, ale i przyjaźni, wypełnionego prostymi czynnościami takimi jak słuchanie muzyki, piciem piwa, gotowaniem, ale i skomplikowanymi związkami i trudnościami w życiu osobistym. Kiedy pomyślę sobie, że tak świetny miał Murakami debiut to aż ciarki przechodzą. Przesmakowita lektura.

Polecam wszystkim miłośnikom spokojnej narracji, nietypowych relacji międzyludzkich oraz tym, których życie wypełnia smutek, samotność i dziwne wydarzenia.

Pozdrawiam,
Kura Mania.                                                                                                                                               


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.

poniedziałek, 24 listopada 2014

„Zapiski stanu poważnego” Monika Szwaja




Już od jakieś czasu krążę koło Szwai. Latem zakupiłam jedną z jej książek, ale jakoś nie było mi po drodze. Kiedy natrafiłam na korzystną ofertę sprzedaży „Zapisków…” nie wahając się długo zakupiłam. 

Jest to historia Wiki Sokołowskiej, trzydziestodwuletniej reporterki telewizyjnej ze Szczecina, która raczej przypadkiem niż według planu zachodzi w ciążę. Z bardzo nieodpowiednią osobą, która na tatusia, a tym bardziej na męża Wiki, się niezbyt nadaje. Na dodatek, sprawę komplikuje pewien zabójczy biznesmen ze Świnoujścia wplatany w aferę szprotkową. No i czas ciągle goni, reportaż za reportażem, trzeba jeszcze zorganizować Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a oprócz tego jest jeszcze kolejnych trzysta spraw. No i problemy rodzinne. Ojciec Wiki jakoś nie może przejść do porządku nad brakiem tatusia dla nienarodzonego dziecięcia i próbuje rozwiązać problem w sposób dosyć kontrowersyjny. Wika zaś jest niezależna, może nie do końca wie czego chce, ale bardzo dobrze wie czego nie chce i żyje po swojemu.

Wikunia, Wicia, Krzyś, Jareczek, Filipek, Lalka, Maciuś, Maksiu. Dzidzia, kotuś, łóżeczko, śniadanko, obiadek, kordzik, koniaczek, facecik. Po kilkudziesięciu stronach zrobiło mi się mdło. Po trzechsetnej z trudem opanowałam odruch wymiotny. Czy ja jestem jakaś dziwna, bo jem śniadanie, idę na obiad, a wieczorem kładę się do łóżka? Czy może to wielki świat telewizji jest zmanierowany na zdrobnienia. Strasznie mnie to raziło i irytowało niemożebnie. No kto tak mówi, ja się pytam, kto?! 

Główna bohaterka, Wicia, tfu, Wiktoria nie przekonała mnie do siebie zupełnie. Znaczy się, oczywiście nie musiała, ale jako postać była po prostu niewiarygodna. Może tak właśnie powinny zachowywać się wyzwolone singiel ki (żadne tam stare panny!). Przydarzyła się jej przygoda z młodym studentem i druga, prawie w tym samym czasie, z żonatym mężczyzną. Żonaty i nieuczciwy, ale jakże uroczy. Infantylna do bólu, zero jakiejkolwiek odpowiedzialności, jedyne co się liczy to praca i koledzy z zespołu. Okej, ja się nie czepiam pracoholizmu – praca w telewizji to prawdziwa pasja dla Wiktorii i najważniejsza część życia. Ale kobieta z choćby cieniem zdrowego rozsądku i choćby i sporadyczną myślą przepływającą przez mózg powinna choćby w minimalnym stopniu zwrócić uwagę na rozwijającego się w niej „facecika”. Oczywiście, ciąża to nie choroba, pracować można. Ale już te wszystkie koniaczki, winka i piwka, tudzież kawy po irlandzku to jest przesada. W ciąży się alkoholu nie pije. Nie, że się ogranicza do małego koniaczku i lekkiego wina. Się nie pije i już. Jak czytałam o kolejnych wypitych lampkach to się we mnie aż gotowało. W sumie, to Wicia powinna i sobie jakiegoś papieroska strzelić od czasu do czasu. Ale nie całego, ale pół, bo w końcu ciąża. Witki opadają. 

Na dodatek, rzeczona Wicia lata sobie w dziewiątym miesiącu ciąży po korytarzach przygotowując program jubileuszowy. I nie, że sprawy załatwia. Dosłownie jest napisane, że biega po korytarzach telewizji. No sorry, jak ja byłam w końcówce ciąży to ewentualnie mogłam potoczyć się, półczłapiąc, klnąc na czym świat stoi w tempie dziecka uczącego się chodzić. No ale Wici brzuch nie przeszkadza, bo przecież jedyna wzmianka o zmianie figury to to, że wygląda grubo. Żadnych tam problemów z ubieraniem, chodzeniem, jazdą samochodem, nie ma zadyszki ani bólów pleców. Nóżki jej puchną czasami, ale luz. No tak, wylądowała na patologii, ale w sumie nie interesuje się tym co jej jest, wie, że możliwe jest poronienie, ale spoko, będzie dobrze. Ja w obliczu wiadomości o możliwości poronienia najpierw płakałam pół dnia,  a potem ze stresu nie spałam tydzień. Ale pewnie przewrażliwiona jestem. 

 Nie wiem w ogóle po co ta ciąża w książce jest jak z o wiele większa uwagą i szczegółowością opisana jest praca Wikuni jako autora reportaży. Jesteśmy wręcz zasypani ilością szczegółów dotyczących pracy w telewizji i to właśnie wybija się na pierwszy plan w książce. No jest też oczywiście całkiem niezły wątek romantyczny, który mi się podobał. 

„Zapiski stanu poważnego”? O nie, stan, w którym znajduje się Wikunia, to radosna beztroska. Niestety, nie dane mi było tej radości zaznać, bo książka była nudnawa, akcja siadała. Jedyny plus to ta cała afera szprotowa. Mieszkam niedaleko morza, więc mnie to zaciekawiło. Może czytałoby się tę książkę lepiej gdyby było w niej więcej humoru. Spodziewałam się, że będzie to lekka, pełna dowcipu, przyjemna książka. Niestety, dowcip w niej nie istnieje. Żadna sytuacja nie sprawiła, żeby na obliczu mym pojawił się choćby cień uśmiechu. A taką miałam nadzieje, że przeczytam wreszcie coś lekkiego, z fajnym, normalnym podejściem do ciąży, ale dostałam książkę o pracy w telewizji, z ciążą gdzieś tam na ósmym planie. A jednak ciąża, coby nie mówić, bardzo wpływa na życie.

Mam jeszcze jedną książkę Szwai, ale na pewno do niej nie sięgnę w najbliższym czasie. No nic, dalej będę szukać dobrej książki  tzw. literatury kobiecej, na obcasach, czy jak to tam się nazywa.

Polecam tym… a nie, nie polecam nikomu. Szkoda czasu tracić na czytanie tej  książki, bo plusów jej nie widzę żadnych.

Pozdrawiam,
Kura Mania.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania GRA W KOLORY.